Kamikaze – boski wiatr śmierci

Artykuły serwisu "II wojna światowa"


Jednym z najbardziej wstrząsających epizodów kampanii na Pacyfiku było zaangażowanie w walkę japońskich pilotów-samobójców. Kamikaze budzili przerażenie i postrach wśród amerykańskich żołnierzy, którzy właściwie do końca wojny nie potrafili znaleźć skutecznego sposobu na walkę ze straceńczymi atakami. Tymczasem dla wielu Japończyków samobójcza śmierć była przejawem męstwa, patriotyzmu i honoru. Dla niektórych swoistym zaszczytem, który stanowił wystarczającą motywację do poświęcenia najwyższej wagi.

Premiera na Pacyfiku

Był 25 października 1944 roku. Amerykanie właśnie szykowali się do szturmowania Filipin. Archipelag był jednym z najważniejszych punktów na drodze do przełamania japońskiej obrony, a jednocześnie miejscem symbolicznym – oto po blisko trzech latach amerykańskie wojska wracały na wyspy, z których zostały wyparte, co pozwalało żywić nadzieję na rychłe zakończenie konfliktu. Bitwa Morska u wybrzeży Leyte właściwie została już rozstrzygnięta. Rankiem 25 października załogi amerykańskich lotniskowców szykowały pilotów samolotów do kolejnej wyprawy. Maszyny dopiero co wróciły na pokłady potężnych jednostek. Obsługa musiała zaopatrzyć je w paliwo i amunicję na kolejną wyprawę przeciwko okrętom nieprzyjaciela. Około 8.00 nad zgrupowaniem pojawiły się pierwsze japońskie bombowce. Jeden z nich wykonał ryzykowny manewr, nurkując wyjątkowo blisko USS „Santee”. Gdy wystrzelał niemal całą amunicję, runął na pokład lotniskowca. Strzelcy artylerii pokładowej nie byli w stanie reagować tak szybko. Eksplozja maszyny wyrządziła poważne szkody na USS „Santee”, nie zagrażały one jednak dalszemu uczestnictwu lotniskowca w walkach w rejonie Leyte. W ciągu kolejnych kilkunastu minut podobne akcje zostały przeprowadzone przeciwko USS „Suwannee” oraz „Petrof Bay”. Najmniej szczęścia miała załoga USS „Suwannee”, której wprawdzie udało się zestrzelić nieprzyjacielski samolot, jednakże japoński pilot rozbił maszynę wprost na pokładzie okrętu, który stanowił jego cel. Także w tym wypadku doszło do groźnego uszkodzenia pokładu. Obserwujący akcję Japończyków Amerykanie wiedzieli już, że atak lotników-samobójców był skoordynowany. Dążyli oni do rozbicia swoich maszyn na pokładach amerykańskich okrętów, chcąc wyrządzić jak najwięcej szkód. Marynarze z US Navy przeżyli prawdziwy szok. Już wcześniej zdarzały się podobne przypadki – japońscy lotnicy, często w poczuciu beznadziei, często pod wpływem nagłego impulsu, decydowali się na samobójcze uderzenia w obiekty wroga – nigdy jednak nie przybrały formy rozplanowanej, skoordynowanej operacji. A był to dopiero początek owianych złą sławą Kamikaze.

Kamikaze, czyli „Boski Wiatr”, który ratował Japonię

Nazwa „kamikaze” nie pojawiła się w japońskiej nomenklaturze przypadkowo. Etymologia słowa jest ściśle związana z historią wyspy oraz japońską mitologią. „Kamikaze” oznaczało dosłownie „Boski Wiatr”, co z kolei odnosiło się do tajfunów, które w XIII wieku uratowały Japonię przed inwazją ludów mongolskich. Według legendy w latach 1274 i 1281 tajfuny dwukrotnie zniszczyły flotę mongolską, gdy wrogie armie próbowały się przeprawić na wyspy. Japończycy uznali to zdarzenie za przejaw boskiej interwencji. Być może, decydując się na przeszczepienie nazwy na grunt II wojny światowej, ponownie spodziewali się cudu, który uratuje kraj przed klęską. Tym razem jednak cud się nie zdarzył.

Idea niszczenia jednostek wroga przy zastosowaniu samobójczych ataków nie była nowa. Podobne koncepcje pojawiały się przed XX wiekiem, choć najczęściej były efektem pojedynczych, doraźnych akcji. W obliczu pewnej śmierci żołnierze decydowali się na samobójczą szarżę, licząc na zadanie jak największej ilości strat przeciwnikowi. Trzeba jednak podkreślić, że w żadnym kraju nie powstała specjalna jednostka grupująca samobójców. Koncepcję wykorzystania „żywych torped” rozwinęli dopiero Japończycy, którzy w połowie 1944 roku coraz gorzej radzili sobie w starciach z Amerykanami. Kolejne przegrane bitwy lądowe i morskie skłoniły dowództwo Połączonej Floty do sięgnięcia po rozwiązania szczególnie radykalne. Warto nadmienić, że pomysł poświęcenia w walce padł na podatny grunt. Japońscy żołnierze byli przesiąknięci ideą walki do końca, kierując się przy tym honorowymi zasadami Kodeksu Bushido. Dowódcy zdawali sobie sprawę z nastrojów panujących w armii. Fanatyzm żołnierzy oraz ich gotowość do oddania życia w walce były jednymi z głównych czynników, które wpłynęły na decyzję o utworzeniu specjalnej jednostki samobójców nazywanych od tej pory Kamikaze. Prawdopodobnie autorem koncepcji był kpt. Motoharu Okamura, choć nie można wykluczyć, że zanim Okamura zaproponował nową taktykę w czerwcu 1944 roku japońscy dowódcy byli poinformowani o możliwości wykorzystania w boju samobójców. Okamura wskazywał na potencjał nie tylko pilotów, choć ci mieli oczywiście największe możliwości ze względu na rozmiar potencjalnych zniszczeń, ale i członków załogi małych jednostek pływających. Na przełomie lata i jesieni 1944 roku Japończycy odbywali przeszkolenie w zakresie wykorzystania ataków Kamikaze w utworzonej do tego celu jednostce o nazwie Specjalny Korpus Uderzeniowy Boski Wiatr, wtedy też zapisywano pierwszych ochotników do samobójczej misji. Dużym orędownikiem formowania nowej jednostki był wiceadm. Takijiro Onishi, który osobiście nadzorował przygotowania do akcji. Mimo iż do pierwszych, można powiedzieć „próbnych” ataków doszło przed bitwą w Zatoce Leyte, 25 października 1944 roku stanowi cezurę, od której zaczyna się historia oddziałów Kamikaze. Pierwsza grupa ochotników liczyła 24 pilotów. Dowództwo nad wyprawą objął kpt. Yukio Seki, który wprawdzie zgodził się na udział w operacji, jednakże zgłaszał wątpliwości dotyczące sensu oraz faktycznej efektywności poświęcenia zdolnych, garnących się do walki pilotów. Start samolotów, najczęściej japońskich Mitsubishi A6M, podziwiał personel lotniczy oraz koledzy, którym nie dane było polecieć. Kamikaze żegnano jak bohaterów – oto zbliżali się do bogów, którzy mieli zbawić Japonię przed klęską. Wokół jednostki szybko zaczął narastać mit nieśmiertelności. Sam Onishi mamił ochotników wizją miejsca wśród samurajów, walecznych przodków. Przed startem piloci spisywali swoje wiersze Haiku, w których zostawiali cząstkę siebie, chwaląc przy okazji Japonię i Cesarza. Śmierć dla Hirohito była bowiem zaszczytem, a kto jej dostąpił mógł czuć się wyróżniony. Niewielu było takich, którzy przeżyli. Kamikaze był przeznaczony do samobójczej śmierci, wobec czego powrót do bazy nie wchodził w grę. Zresztą tankowano mu paliwa na lot w jedną stronę. Jeśli jakimś cudem udało się mu przetrwać atak, oczywiście pomimo rozbicia maszyny, nie mógł osiągnąć pełnej satysfakcji. Nie wykonał bowiem podstawowego zadania, jakim była śmierć w imię Cesarza. Bilans pierwszej misji Kamikaze przyniósł dowództwu sporo powodów do radości. Za cenę życia kilkunastu ludzi udało się trafić aż siedem amerykańskich krążowników oraz kilkadziesiąt mniejszych okrętów, które uszkodziły pociski, torpedy czy wreszcie wybuchy japońskich samolotów.

Przerażeni Amerykanie, dumni Japończycy

Amerykanie początkowo nie mogli się otrząsnąć po doświadczeniach pierwszego ataku Kamikaze. Co więcej, nie byli w stanie wymyślić odpowiedniej strategii wali z pilotami-samobójcami, którzy teraz stwarzali daleko większe zagrożenie dla amerykańskiej marynarki. Japończycy do końca wojny wykorzystywali do ataków szczególnie mocno zmotywowanych ochotników, tworząc kolejne jednostki pilotów, którym przydzielano odpowiednie kryptonimy. Po sukcesie październikowego ataku wzmożono wysiłki w formowaniu grup samobójców. Ze względu na liczebność dostępnych lotników dowództwo Cesarskiej Marynarki Wojennej mogło korzystać z napływu pilotów niemal do końca wojny. Dopiero w ostatniej fazie kampanii na Pacyfiku, gdy brakowało już osób gotowych do najwyższego poświęcenia, członkowie sił powietrznych otrzymywali rozkazy wylotu z samobójczą misją. Poświęcenie tak dużej ilości ludzi nie przyniosło jednak spodziewanego cudu w postaci przechylenia szali zwycięstwa na korzyść Japonii. Ataki Kamikaze w schyłkowej fazie wojny należy rozpatrywać przede wszystkim jako bezsensowną śmierć młodych ludzi zwiedzionych albo ideologią, albo celowo wysłanych na misję bez możliwości powrotu. Szczególnie jaskrawym przykładem bezmyślności japońskiego dowództwa był atak przeprowadzony 15 sierpnia 1945 roku, w dniu ogłoszenia kapitulacji przez cesarza Hirohito. Na rozkaz kontradm. Matome Ugaki grupa myśliwców zaatakowała amerykańskie okręty w rejonie Okinawy. Był to jeden z ostatnich aktów niezwykle krwawej kampanii na Pacyfiku.

Zanim doszło do kapitulacji Japończyków Kamikaze zdążyli zebrać pokaźne żniwo. Od początku 1945 roku fale pilotów-samobójców uderzały w amerykańską flotą. Szczególne zintensyfikowanie działań Kamikaze odnotowano w czasie bitwy o Iwo-Jimę oraz bitwy o Okinawę. I tak, 21 lutego 1945 roku w pobliżu Iwo-Jimy został uszkodzony lotniskowiec „Saratoga”, następnie tydzień później trafiony został okręt tej samej klasy „Enterprise”. 11 marca podobny los spotkał lotniskowiec „Randolph”. Lotniskowiec „Enterprise” miał raz jeszcze ucierpieć w wyniku samobójczego ataku 18 kwietnia, gdy uszkodzenia wyłączyły go z walki na ponad dwa tygodnie. W dniach 25-26 marca doszło do silnych ataków na flotę amerykańską w rejonie Okinawy. Także tam Japończykom udało się uszkodzić kilka jednostek, w tym pancernik „Nevada” oraz niszczyciel „Kimberley”. 1 kwietnia Amerykanie rozpoczęli operację przeciwko Okinawie. Był to ostatni przestanek na drodze do japońskich wysp macierzystych. Dowództwo Cesarskiej Marynarki Wojennej, zdając sobie sprawę z zagrożenia, wysłało do boju setki Kamikaze, licząc na zadanie amerykańskiej flocie strat uniemożliwiających kontynuowanie operacji. 6 kwietnia na okręty US Navy posypał się prawdziwy deszcz maszyn. Tylko tego dnia w operacji Kamikaze wzięło udział ok. 350 samolotów. Niemal zatopiony został niszczyciel „Laffey”, który trafiło aż sześć maszyn. Następnego dnia silnie uszkodzony został krążownik „Hancock”. Oprócz tego zatopionych lub uszkodzonych zostało kilkanaście mniejszych jednostek. Amerykanie próbowali przeciwdziałać japońskim atakom, atakując wyprawy Kamikaze w znacznej odległości od głównych sił floty. Taktyka ta zdawała egzamin, jednakże wobec uporu i poświęcenia japońskich pilotów niemożliwe było wyłapanie wszystkich maszyn i uniemożliwienie im samobójczego uderzenia. Ogromne zasługi na polu walki z Kamikaze miała artyleria pokładowa. Amerykańscy marynarze z ogromnym zaangażowaniem i poświęceniem odpierali kolejne fale nieprzyjacielskich samolotów. Pomimo czujności i przygotowania, nie wszędzie udawało się osiągnąć sukces. Jedną z największych tragedii ostatniej fazy II wojny światowej było ciężkie uszkodzenie lotniskowca „Bunker Hill”, który został wielokrotnie trafiony 11 maja 1945 roku. Śmierć poniosło wówczas blisko 400 członków załogi. Dwa dni wcześniej straty zanotowano także na lotniskowcu „Formidable”, pancerniku „Howe” oraz krążowniku „Victorious”. Warto podkreślić, że w ostatniej fazie wojny Japończycy próbowali stosować nowe rozwiązania technologiczne wspomagające wysiłki Kamikaze. Jak się jednak okazało, miniaturowe okręty-torpedy „Keiten” nie zdały egzaminu, nie przyczyniając się do zwiększenia amerykańskich strat w adekwatnym do nakładów stopniu. Nieco lepiej spisywały się samoloty „Oka”, które jednak ze względu na konieczność przenoszenia przez bombowce typu „Betty” także przynosiły więcej szkody niż pożytku.



Tragiczny bilans

Bilans uderzeń japońskich pilotów-samobójców jest przerażający. W okresie od października 1944 roku zginęło blisko 3000 Kamikaze. Udało się im zatopić kilkadziesiąt okrętów US Navy. Historycy nie są zgodni w szacowaniu dokładnych strat. Wydaje się, że liczba powinna się wahać między 35-50 okrętów zniszczonych. Na ponad 350 innych zanotowano uszkodzenia różnego typu, przy czym także w tym wypadku do szacunkowych statystyk należy podchodzić ostrożnie. Dodatkowo po stronie wyrządzonych szkód należy doliczyć blisko 4900 marynarzy zabitych w wyniku ataków Kamikaze. „Boski Wiatr” zebrał okrutne żniwo śmierci, ale nie przyniósł Japonii upragnionego zwycięstwa. Amerykanie tryumfowali w wojnie, a Cesarstwo czekała bolesna kapitulacja.


Polecamy


Patronat


Recenzje