Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Nie wycofujemy się - idziemy do przodu w innym kierunku", Oliver P. Smith

Informacje


Wydarzenia


Na froncie


Biografie


Tematycznie


Kultura i media


Współpraca





Polowanie na "Bismarcka"

”Bismarck” i „Tirpitz” - duma Adolfa Hitlera, dwa wielkie pancerniki, których siła mogła wzbudzić przerażenie wśród aliantów. W końcu nie na co dzień ich flota musiała walczyć z takimi gigantami. Do starcia jednak musiało dojść, szczególnie, że Niemcy opracowali i rozpoczęli operację, której kryptonim brzmiał: "Ćwiczenia Reńskie". Jak się okazało, jej głównym celem było tropienie statków alianckich i zatapianie ich po szybkich, nazywanych przez niektórych pirackimi, atakach.

„Tirpitz” nie był jeszcze gotowy do akcji, więc nie mógł wziąć w niej udziału. Pozostawał "Bismarck" - ówcześnie najnowocześniejszy i największy okręt świata. Ten stalowy gigant wyposażony był w osiem dział kalibru 380 mm, a jego wyporność wynosiła 50 000 ton. Zwodowany został 14 lutego 1939 roku. Obok imponujących wymiarów przedstawiał również ogromną wartość bojową. Potrafił rozwinąć prędkość 33 węzłów, będąc pod tym względem jedną z najszybszych jednostek w światowych flotach. 26 kwietnia, po żmudnych przygotowaniach, rozpoczęto operację, choć początkowo jej pierwszym dniem miał być 22 kwietnia 1941 roku. Z różnych względów termin ten przesunięto. Choć o planowej akcji wiedział Hitler, nie był świadom jej szczegółów, pozostając niedoinformowanym aż do jej zakończenia. Obok „Bismarcka” na wody Atlantyku miał wyruszyć krążownik „Prinz Eugen” (jednostka stosunkowo nowoczesna, która do służby weszła dopiero w 1940 roku – jej wyporność wynosiła nieco ponad 14 tys. ton, rozwijała prędkość do 33 węzłów). 19 maja pancernik wypłynął z Gdyni. Optymistycznej atmosfery nie mógł zmącić nawet fakt, iż dzień wcześniej okręt został zdemaskowany przez jednego z agentów alianckich, który usłyszał granie orkiestry, towarzyszące zwykle wypływaniu statku na morze. Odkrył on również i zawiadomił aliantów o wypłynięciu w morze grupy niemieckich statków, bowiem "Bismarckowi" towarzyszyła grupa złożona z niszczycieli, trałowców oraz lotnictwo myśliwskie asystujące w charakterze osłony. O godzinie 2.00 19 maja pirat wyrusza na łowy. Atlantyk nie jest już tak bezpieczny dla statków sił sprzymierzonych. Dowodzenie na „Bismarcku” objął admirał Lütjens, uważany przez kolegów za niezwykle zdyscyplinowanego dowódcę. Choć był przeciwny całej operacji, musiał ulec wpływowi Ericha Raedera – ówczesnego dowódcy Kriegsmarine. 21 maja flota niemiecka zostaje spostrzeżona przez lotnika brytyjskiego. Flota aliancka, poinformowana przez wywiad, wyrusza naprzeciw grupie okrętów przeciwnika, starając się zablokować drogę pancernika i towarzyszącego mu "Prinz Eugen. Lütjens nie ma czasu na uzupełnienie paliwa na „Bismarcku”, a pancernik musi uciekać z niebezpiecznych teraz dla niego fiordów norweskich, gdyż w każdej chwili mogła się tam pojawić flota brytyjska i lotnictwo, zaalarmowane przez pilota RAF-u. Jak wielkim zagrożeniem dla niemieckich okrętów były angielskie samoloty, dowództwo Kriegsmarine miało przekonać się już wkrótce. 23 maja „Bismarck” zostaje wykryty po raz kolejny. Tym razem przemierzając przedpola Arktyki.

Flota brytyjska szybko została poinformowana o wyjściu w morze silnego zgrupowania przeciwnika. Niemcy utracili tym samym czynnik zaskoczenia, tak przecież potrzebny jeśli wziąć pod uwagę powodzenie całej akcji. Plan zakładał bowiem szybkie ataki i równie szybkie odskoki od przeciwnika, co miało zapewnić długofalowy sukces. Lütjens nie zdecydował się jednak na zawrócenie, ponieważ obawiał się reakcji swojego przełożonego, który wydał mu jednoznaczne rozkazy - "Bismarck" ma zostać korsarzem Atlantyku, niszcząc alianckie konwoje wspomagające przemysł Wielkiej Brytanii i jej sojuszników. Lotnictwo sił sprzymierzonych nieustannie patrolowało rejon Morza Północnego, starając się wykluczyć możliwość niezauważonego przemknięcia okrętów wroga. W tym samym czasie Cieśninę Duńską pod kontrolą miały krążowniki "Norfolk" i "Suffolk", posiadające na pokładzie świetne urządzenia radiolokacyjne. Idąc dalej, na południowy wschód, odnajdziemy na mapie kolejne trzy krążowniki - "Manchester", "Birmingham" i "Arethusa". W Scapa Flow znajdowały się z kolei siły wiceadm. Hollanda, który miał do dyspozycji pancernik "Prince of Wales", krążownik liniowy "Hood" oraz flotyllę niszczycieli. Obok tego baza gościła pancernik "King George V", krążownik liniowy "Repulse", lotniskowiec "Victorious", 4 krążowniki ("Galatea", "Aurora", "Kenya" i "Hermione") i flotyllę siedmiu niszczycieli. Ostatnia z grup przebywała w stanie gotowości bojowej. Mimo to najlepiej przygotowana do boju była grupa wiceadm. Hollanda. W Gibraltarze stacjonowały krążownik liniowy "Renown", lotniskowiec "Ark Royal" i krążownik "Sheffield", działające w składzie zespołu adm. Jamesa Somerville'a. Ponadto Brytyjczycy mieli do dyspozycji okręty podwodne w bazach południowej Anglii. Dodatkowo, aby wspomóc działające przeciw "Bismarckowi" okręty, wydzielono grupę, w skład której weszły: pancerniki "Rodney" i "Ramillies" oraz dywizjon niszczycieli, w tym polski "Piorun", o którym jeszcze wspomnimy. 22 maja samoloty brytyjskie wykryły zespół wroga w cieśninie Kattegat oraz w pobliżu Bergen. Dzień wcześniej Niemcy opuścili fiordy norweskie. Nazajutrz Brytyjczycy rozpoczęli zakrojone na szeroką skalę poszukiwania zespołu wroga. Winston Churchill telegrafował do prezydenta Roosevelta:
"Wczoraj, 21 maja, zlokalizowaliśmy w Bergen okręty "Bismarck", "Prinz Eugen" oraz 8 statków handlowych. Duże zachmurzenie uniemożliwiło atak powietrzny. Dzisiaj okazało się, że okręty te już odpłynęły. Mamy powody, by przypuszczać, że na Atlantyku szykuje się poważny atak. Jeżeli uda się nam ich złapać, z pewnością Pańska marynarka będzie w stanie je wyśledzić. "King George V", "Prince of Wales", "Hood", "Repulse" oraz lotniskowiec "Victorious" wraz z jednostkami pomocniczymi będą na swoim szlaku. Proszę tylko przekazać nam wiadomości, a my dokończymy dzieła".

"Bismarck" skierował się do Cieśniny Duńskiej, która w tym czasie, z powodu srogiej zimy, zwęziła się pod wpływem lodów do ośmiu mil. Krążownikowi „Suffolk”, dzięki świetnemu radarowi, udało się tam wyszukać przeciwnika już wieczorem 23 maja. Lüjtens, dowiedziawszy się o nawiązaniu kontaktu z okrętem wroga, postanowił zgubić krążownik. Wyposażenie „Suffolka” pozwalało mu śledzić niemiecki pancernik nawet w gęstej mgle. O godzinie 20:30 pancernik przypadkowo napotkał na swojej drodze drugi ciężki krążownik brytyjski – „Norfolk”, który wyłonił się z mgły nieopodal niemieckiego okrętu. Mimo możliwości rozpoczęcia walki, dowodca „Norfolk” zdecydował o odwrocie, ponieważ jego okręt nie miałby większych szans w walce z lepiej wyposażonym „Bismarckiem”. W kierunku nieprzyjaciela rozpoczęły wędrówkę „Hood” i „Prince of Wales”, zaalarmowane depeszą z "Norfolka". Obrały kurs w kierunki Zatoki Duńskiej. Około północy „Bismarck” i towarzyszący mu „Prinz Eugen” znikają w burzy śnieżnej. Aura sprzyja Niemcom, przed którymi otwiera się szansa ucieczki. Na ich nieszczęście wytropieni zostali przez okręty brytyjskie - „Suffolk” znowu był górą! Admirał Holland rozkazuje wykonać zwrot w kierunku nieprzyjaciela. O godzinie 5:47 wybucha alarm na „Bismarcku”. Widoczność była znakomita, a od lewej burty wyłaniały się sylwetki groźnych okrętów brytyjskich. Okręt Hollanda był większy od „Bismarcka”, lecz słabiej opancerzony i mniej zwrotny (8 dział kalibru 381 mm, 42 000 ton wyporności i maksymalna prędkość 31 węzłów). „Hood” rozpoczął atak bokiem, w ten sposób doświadczony dowódca starał się zminimalizować ryzyko niszczącego trafienia. Działa „Bismarcka” początkowo milczały, natomiast „Prinz Eugen” zadziwiająco celnie strzelał ze swoich, dokonując pierwszych niegroźnych zniszczeń. Wreszcie pancerny kolos plunął ogniem. Na efekty nie trzeba było długo czekać, gdyż o 6:01 piąta salwa z „Bismarcka” zatapia „Hooda”. Jeden z pocisków uderzył w magazyn amunicji, co spowodowało tragiczną w skutkach eksplozję. Walka prowadzona była na odległości 22 150 metrów. Dowódca "Hooda" prawdopodobnie popełnił błąd taktyczny, gdyż powinien był dążyć do zmniejszenia dystansu, co z kolei powodowałoby zmniejszenie zagrożenia (mniejszy kąt uderzenia pocisków wroga). W ciągu kilku minut duma Royal Navy skrywa się pod wodą, biorąc na dno 1394 ludzi z 1397-osobowej załogi (według innych źródeł 1419 ludzi, faktem jest, iż uratowały się zaledwie trzy osoby). Reszta okrętów walczy z coraz większą zaciętością. „Bismarck” obrywa kilka razy od „Prince of Wales” i traci część paliwa. Spada tym samym jego prędkość. Pancernik nie jest w stanie płynąć szybciej niż 28 węzłów. "Prince of Wales" również ponosi straty, otrzymując kilka trafień od większego okrętu wroga. Brytyjczyków trafiają cztery pociski kalibru 381 mm i trzy kalibru 203 mm. Dowódca decyduje się zatem na postawienie zasłony dymnej i wycofanie. W międzyczasie „Bismarck” toczy walkę z samolotami torpedowymi, a wcześniej z latającą łodzią, Cataliną.

25 maja Lüjtens obchodzi urodziny, na które dostaje oschłe życzenia od Hitlera, mającego mu za złe, że admirał nie zatopił „Prince of Wales”. Atmosfera niewiele ma jednak wspólnego ze świątecznością. „Bismarck” musi uciekać, a Brytyjczycy wysyłają w pogoń za nim 2 lotniskowce, 4 pancerniki, 2 krążowniki liniowe oraz kilkanaście niszczycieli. Niemiecki pancernik borykał się z coraz większymi problemami, nie mogąc płynąć z prędkością większą niż 20 węzłów. Tym samym jego szanse na ucieczkę do bezpiecznych doków St. Nazaire, gdzie mogłyby zostać dokonane niezbędne naprawy, zmalały. Lütjens zdawał sobie sprawę, iż jedynym wyjściem było rozpoczęcie manewrów w stronę Brestu, bowiem dalsza walka była bezsensowna i mogła zakończyć się zatopieniem "Bismarcka".

Tymczasem Home Fleet podążała w tym czasie za pancernikiem, którego prędkość zmalała poniżej 20 węzłów. Był to efekt ataku samolotów pokładowych z lotniskowca "Victorious", jaki przeprowadzono w nocy z 24 na 25 maja. 9 samolotów torpedowych uzyskało jedno trafienie, które przesądziło los wielkiego rywala (choć trafienie samo w sobie nie było groźnie, doprowadziło do ponownego uszkodzenia wcześniej prowizorycznie naprawionego dziobu). Prawdopodobnie to właśnie wtedy pancernik stracił resztkę szans na dotarcie do bezpiecznych wybrzeży Francji.

26 maja. „Bismarck” ponownie został wytropiony. Po 31 godzinach bez kontaktu z wrogiem, styczność nawiązano styczność. Gdy już wydawało się, iż pancernik zdoła umknąć sforze okrętów Royal Navy, o 10.30 samolot rozpoznawczy wykrył go w odległości 550 mil na zachód od przylądka Lizard. Samotny kolos borykał się z poważnymi problemami, ale jego załoga nie zamierzała kapitulować. Dwa dni wcześniej "Prinz Eugen" odłączył się od pancernika, obierając kurs na Atlantyk, aby tam kontynuować swoją misję. Okręty bombardują „Bismarcka” z artylerii pokładowej, a samoloty znowu przystępują do zrzucania swojego śmiercionośnego ładunku. O 20.53 lotnictwo uzyskuje dwa trafienia torpedami, co powoduje kolejny spadek prędkości "Bismarcka" oraz zniszczenie sterów. O 22.45 „Piorun” rozpoczyna nierówną walkę z pancernikiem niemieckim, wiążąc go tym samym ogniem, który „Bismarckowi” krzywdy wyrządzić nie może, lecz skutecznie zatrzymuje go na miejscu. 27 maja. „Bismarck” wciąż traci prędkość, choć tym razem spowodowane jest to celowym zabiegiem załogi, która nie może odzyskać sterowności okrętu. Pancernik porusza się z prędkością 10 węzłów. To już koniec. U wybrzeży francuskich rozmieszczono okręty podwodne, które w razie potrzeby mają dobić przeciwnika. 8.47 - admirał Tovey osacza „Bismarcka”. „King Goerge V” i „Rodney” zaczynają strzelać. O 9.31 pancernik oddaje ostatnią salwę. „King George V” i „Rodney” muszą wracać do bazy, gdyż mają zbyt mało paliwa. O 10.22 „Bismarck” dostaje dwie torpedy w prawą burtę od „Dorsetshire” i o 10.40 idzie na dno (tutaj również natrafiłem na pewne rozbieżności, gdyż Edmund Kosiarz w "Bitwach morskich" podaje godzinę 11.37). Taki był koniec wielkiego pancernika, osaczonego przez sforę okrętów z Royal Navy - wielki sen o korsarskiej przygodzie prysł niczym bańka mydlana.

Ogólnie operacja przeciw "Bismarckowi", choć zakończona sukcesem, wykazała znaczną nieudolność dowódców brytyjskich. Współdziałanie lotnictwa i marynarki nie było spójne ani składne. Brytyjczycy wciąż wierzyli w doświadczenia wyniesione z I wojny światowej, kiedy to walki okrętów kończyła jedna salwa posyłająca jednostkę na dno. Działania w maju 1941 roku pokazały jednak, iż obecność lotnictwa w tego typu potyczkach jest niezbędna. Co więcej, to właśnie samoloty zadały najważniejszy cios, marynarce zostawiając jedynie dokończenie dzieła zniszczenia. Wojna na Pacyfiku całkowicie okazała znaczenie sił powietrznych, dla których II wojna światowa stała się największym teatrem działań w historii. Komentarze w Wielkiej Brytanii na temat zatopienia "Bismarcka" przeplatały się z obawami, które przyszły wraz z opanowaniem przez Niemców Krety. Zwycięstwo w bitwie morskiej podbudowało jednak mieszkańców Wysp Brytyjskich, dając im wiarę w kolejne tryumfy Royal Navy. Sam Churchill 28 maja wysłał do Roosevelta kolejną depeszę, chwaląc się świetnie przeprowadzoną akcją, choć dziś zdajemy sobie sprawę, jak wiele brakowało jej do doskonałości. Tak czy inaczej, liczył się przede wszystkim efekt końcowy. Operacja miała zakończyć się zatopieniem niemieckiego superokrętu i w tym akcie znalazła swój finał, doprowadzając do furii Hitlera. Ten przez długi czas nie mógł pogodzić się ze stratą, a winą za nieudany rajd obarczał nieudolnych dowódców Kriegsmarine. Kolejną konsekwencją działań marynarki brytyjskiej było wykluczenie przynajmniej części niemieckich wypraw korsarskich. Dyktator Rzeszy nie miał zamiaru ryzykować i nakazał zaniechanie operacji z udziałem swoich największych okrętów. Dopiero z czasem jego opór w tej kwestii zaczął słabnąć, ale nawet zaangażowanie do boju korsarzy nie pozwoliło na odniesienie zwycięstwa w bitwie o Atlantyk.

Udział ORP "Pioruna" w całej operacji urósł niemal do legendy. Nasz niszczyciel Polacy uznają za bohaterskiego rywala dla niemieckiego pancernika, z kolei większość zachodnich publikacji nawet nie wspomina w Polakach. Jedna z książeczek z serii "Żółty Tygrys" mówi o tym wydarzeniu w dość zawoalowany sposób. "Atakuje was 'Piorun'" to opowieść, która przeszła już do legendy - maleńki niszczyciel przeciw potędze "Bismarcka". Nie czarujmy się jednak, oprócz podarowania prasie polskiej i twórcom powojennych publikacji świetnego tematu, załoga "Pioruna" nie zrobiła wiele więcej. Ogień "Pioruna" nie mógł bowiem wyrządzić pancernikowi znaczącej krzywdy. Mimo wszystko udało się choć na chwilę zatrzymać w miejscu giganta i dać czas innym jednostkom. Działanie dla drużyny, mimo sporego ryzyka, opłaciło się, a za odwagę dzielnej załogi należą się powojenne historie.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków