Zatopienie pancernika "Tirpitz"

Zatopienie niemieckiego pancernika "Bismarck" było swego czasu jednym z największych sukcesów brytyjskiej Royal Navy, która w starciach z Kriegsmarine nie mogła się za bardzo wykazać, gdyż rzadko dochodziło do bezpośrednich walk. Los "Bismarcka" wstrząsnął opinią publiczną w Niemczech oraz niemieckim dowództwem, z Adolfem Hitlerem na czele, ponieważ był to cios zadany w samo serce hitlerowskiej marynarki wojennej. Duma i chluba Kriegsmarine poszła na dno po zaledwie kilku dniach grasowania po Oceanie Atlantyckim, odnosząc niewielkie sukcesy. Dlatego też Hitler mógł obawiać się o losy swojego drugiego superpancernika, który był bliźniakiem "Bismarcka" - "Tirpitz".

W 1936 roku stocznia Kriegsmarine Werft w Wilhelmshaven (w maju 1945 roku był to przystanek końcowy polskiej 1. Dywizji Pancernej) rozpoczęto budowę wielkiego pancernika, który swą nazwę odziedziczył po admirale Alfredzie von Tirpitzu, twórcy potęgi niemieckiej floty z przełomu XIX i XX wieku. Nic zatem dziwnego, iż jako matkę chrzestną okrętu wybrano córkę zmarłego w 1930 roku admirała. 1 kwietnia 1939 roku nastąpiła uroczystość wodowania "Tirpitza". Jego warunki były doprawdy imponujące i stawiały go ówcześnie w szeregu najpotężniejszych pancerników świata: Wymiary - długość - 252 metry, szerokość - 36 metrów, wysokość - 15 metrów, zanurzenie - 8,7 metra
Wyporność okrętu - standardowo - 43 tys. ton, ładunek - 53 tys. ton
Prędkość maksymalna - 30,5 węzła
Załoga - 2608 ludzi
Wyrzutnie torped - 8 wyrzutni kal. 533 mm
Samoloty ochronne - do sześciu maszyn typu "Arado" Ar 196
Uzbrojenie (ilość działek) - 8x380 mm, 12x150 mm, 16x105 mm, 16x37 mm, 78x20 mm
Opancerzenie - burty - do 32 cm, mostek - do 35 cm, osłona głównej artylerii - do 36 cm
Moc napędu - 138 tys. koni mechanicznych
Radar typu FuMO 23

Tak wyposażony okręt mógł być potęgą na atlantyckich szlakach i zupełnie uzasadnione stało się zainteresowanie Brytyjczyków jednym z głównych konkurentów do starć morskich podczas zbliżającej się wojny. Dowództwo niemieckie miało powody do zadowolenia, gdyż w stosunkowo niedługim okresie udało się stworzyć jednostkę na wskroś nowoczesną i zdolną do podjęcia się walki z faworyzowaną marynarką brytyjską, Royal Navy. Oczywiście, "Tipitz", nawet działający wespół z "Bismarckiem", nie był poważniejszym zagrożeniem dla przeważającego liczebnie przeciwnika, jednakże w latach trzydziestych nastąpiła spora rozbudowa i modernizacja Kriegsmarine, co znacznie wzmocniło niemiecką marynarkę, stawiając ją na jednej z czołowych pozycji na świecie. Główną siłę uderzeniową miały stanowić dwa śmiertelnie groźne bliźniaki - pancerniki "Bismarck" i "Tirpitz". Brytyjczycy doskonale orientowali się w założeniach niemieckiego planu rozbudowy i zdawali sobie sprawę, z kim przyjdzie im walczyć podczas światowego konfliktu, który zapoczątkowała właśnie niemiecka marynarka (a mianowicie pancernik "Schleswig-Holstein, ostrzeliwując pozycje polskie na Westerplatte) rankiem 1 września 1939 roku. Kriegsmarine ruszyła do boju, pokonując szybko o wiele słabszą marynarkę Polski. W podboju nie brały jednak udziału najsilniejsze jednostki pływające niemieckiej marynarki. Wśród nich "Tirpitz", który nie był jeszcze gotowy do służby i wciąż trwały prace nad jego ukończeniem. Okręt pozostawał w Wilhelmshaven. Zanim jednak wszedł do czynnej służby stał się celem ataków brytyjskiego lotnictwa. W nocy z 9 na 10 czerwca 1940 roku miały dosięgnąć go pierwsze bomby, jednakże atak RAF-u nie powiódł się. 11 z 14 wysłanych maszyn nadleciało nad cel i zrzuciło swój ładunek, chybiając. Kolejne naloty miały być dokładniejsze. Swoją drogą nasuwa się stwierdzenie, iż "Tirpitz" nie miał szczęścia do nieprzyjacielskich maszyn lotniczych, choć początkowo udawało się mu uniknąć bezpośrednich trafień. Tyle tylko, że nie dość, że nie ruszył jeszcze do akcji, już padały wokół niego bomby. I pamiętajmy, do czego zdążymy wkrótce dojść, iż to właśnie RAF pozbawił pancernik możliwości dalszej działalności.

W nocy 20 czerwca 1940 roku niemiecki okręt po raz pierwszy poczuł na sobie ciężar alianckiej bomby - "Tirpitza" dosięgło kilka pocisków, jednakże nie zanotowano większych strat. Podobne naloty, o różnym nasileniu ilości bombowców, trwały do pierwszych miesięcy 1941 roku. Co jakiś czas na niebie nad Wilhelmshaven pojawiało się alianckie lotnictwo, którego głównym zadaniem było zadanie możliwie najcięższych uszkodzeń "Tirpitzowi". Na szczęście pancernika i jego załogi, bomby, jeśli w ogóle spadały w pobliżu, jedynie rozpryskiwały wodę dookoła okrętu, nie czyniąc mu szkody. Wreszcie 25 lutego 1941 roku okręt wszedł do czynnej służby. "Tirpitz" został oddany pod komendę kapitana Karla Toppa i wkrótce został przerzucony na Bałtyk, gdzie miał zostać poddany serii prób i przygotowań do boju. Ćwiczenia przebiegały pomyślnie, kiedy to zakłóciła je wieść o niefortunnym rejsie bliźniaczego "Bismarcka", który zatonął pod koniec maja 1941 roku. Majowa katastrofa Kriegsmarine zaważyła na losach "Tirpitza". Adolfa Hitler, obawiając się o swój drugi supernowoczesny okręt, postanowił oszczędzać pancernik i nie narażać na podobne niebezpieczeństwo. Dlatego też wymyślono plan odesłania "Tirpitza" ku wybrzeżom Norwegii, gdzie mógłby przebywać względnie bezpieczny od alianckich samolotów i operować w rejonie Morza Północnego, dokonując korsarskich rajdów i przerywając łączność trasy konwojów sprzymierzonych z Islandii do Murmańska. 12 grudnia, podczas specjalnej konferencji, Hitler nakazał przerzucenie "Tirpitza" z Bałtyku do Norwegii. Jego śladem miały pójść również pancerniki "Scharnhorst" i "Gneisenau" oraz ciężki krążownik "Prinz Eugen" z Brestu. 10 stycznia 1942 roku kapitan Topp zameldował, iż jest gotowy do działania i w dwa dni później opuścił kilońskie wybrzeże, kierując się w stronę Skandynawii. Dowództwo Kriegsmarine przydzieliło okrętowi silną eskortę w postaci czterech niszczycieli, które bezpiecznie przeprowadziły "Tirpitza" do Trondheim, gdzie cała eskadra dotarła 16 stycznia. "Tirpitz" ukrył się w fiordzie Aas o 15 mil na wschód od Trondheim. Niestety, już w dzień po przybyciu namierzyło go tam brytyjskie lotnictwo. Brytyjczycy szybko postanowili działać. Okazało się, iż jedyną możliwością ataku, jak na ten okres, byłby rajd samolotów bombowych typu "Mosquito", jednakże i one miałyby mocno utrudnione zadanie z powodu ukształtowania terenu (pagórki i liczne zagłębienia) oraz silnej obrony przeciwlotniczej wokół "Tirpitza". Dodatkowo pancernika broniły urządzenia produkujące dym, który zasłaniał okręt tuż po pierwszym sygnale alarmowym. Dlatego też uderzenie "Mosquito", których Brytyjczycy za wiele nie posiadali, mogło napotkać spore trudności, jednakże wydawało się być najrealniejszym sposobem likwidacji "Tirpitza".

Nie od razu dowództwo niemieckie zdecydowało się włączyć "Tirpitza" do działań przeciwko flocie aliantów. Początkowo do podobnego pomysłu odnoszono się z pewną rezerwą, jak już mówiliśmy, spowodowaną przedwczesnym zatonięciem "Bismarcka". Zagrożenie ze strony pancernika dostrzegli jednak Brytyjczycy, którzy szybko postanowili przeciwdziałać możliwości włączenia się do aktywnej walki "Tirpitza", który był uważany za ich głównego wroga w basenie Morza Północnego. Dlatego też naturalnym stało się ograniczenie manewru dowódcy okrętu poprzez zablokowanie prawdopodobnie jedynego miejsca w basenie Kanału La Manche, do którego mógłby się ewentualnie skierować "Tirpitz" w celu chociażby dokonania niezbędnych napraw. Gdyby, przykładowo, marynarka brytyjska czy też lotnictwo alianckie zdołały uszkodzić okręt Karla Toppa, zmuszony byłby on do udania się do Saint-Nazaire, niewielkiego portu na zachodnim wybrzeżu francuskim, w pobliżu ujścia Loary. Nieduża w swoich rozmiarach baza marynarki posiadała zbudowany jeszcze przez Francuzów ogromny suchy dok, który niegdyś miał stać się miejscem napraw liniowca "Normandie". Po wygranej kampanii francuskiej port oraz dok wpadły w ręce Niemców, którzy postanowili wykorzystać go, co zrozumiałe, do własnych celów. "Normandie Dock" stanowił zatem miejsce ratunku dla "Tirpitza", gdyż to właśnie tam pancerny kolos zostałby poddany naprawom. Nic zatem dziwnego, iż w brytyjskim dowództwie zrodził się pomysł zniszczenia doku w Saint-Nazaire, gdyż to na jakiś czas wyłączyłoby to miejsce z boju i uniemożliwiło wykonanie manewru przerzutu "Tirpitza" w rejon ujścia Loary. Śmiały plan musiał być poparty doskonałą organizacją i opracowaniem uderzenia. Jeszcze w zimie 1941 roku powstały pierwsze plany szaleńczej operacji. Bardzo ryzykowny szkic operacji przewidywał użycie okrętu wyładowanego po brzegi materiałem wybuchowym, który miałby staranować keson zamykający dok. Następnie do akcji mieli wkroczyć komandosi wpływający do środka motorówkami. Ich zadaniem było zniszczenie urządzeń portowych. Po wykonaniu misji żołnierze ci winni zawrócić i dotrzeć do oczekujących ich niszczycieli. Na ich pokładzie śmiałkowie winni byli wrócić na Wyspy Brytyjskie. Wybór okrętu-taranu wzbudził sporo kontrowersji. Strona brytyjska zaproponowała nawet polski niszczyciel "Burza", jednakże Polacy zdecydowanie odmówili użycia pięknej polskiej jednostki w samobójczej akcji. Oczy brytyjskiej admiralicji zwróciły się teraz na amerykański niszczyciel "Campbeltown" dowodzony przez kpt. S. H. Beattiego. Całością planowania zajął się Lord Mountbatten. "Campbeltown" został odpowiednio przygotowany do zadania - na pokład wziął 24 bomby głębinowe wyposażone w zapalniki czasowe, a jego mostek poddano przebudowie, dokładając silną osłonę z płyt pancernych. Eskadra wspomagająca niszczyciel złożona była z kanonierki MGB-34 i ścigacza torpedowego MTB-74. W akcji wzięły też udział dwa niszczyciele, które na swój pokład zabrały 611 ludzi, w tym 256 komandosów, i 16 motorówek, użytych później podczas wpływania żołnierzy do Saint-Nazaire. 26 marca 1942 roku grupa opuściła Falmouth i skierowała się ku wybrzeżom francuskim. Dowódcą operacji został komandor Robert Ryder. Niestety, już na początku misji zaczął prześladować ich pech. Eskadra spotkała na swej drodze niemiecki U-Boot, który zauważył dziwny konwój i z pewnością zameldował przełożonym o nietypowym spostrzeżeniu. Zatopienie okrętu podwodnego nie powiodło się, choć Brytyjczycy podjęli szereg prób, uznając wreszcie, iż nieprzyjacielska jednostka poszła na dno. Ominięto miejsce, w którym zanurzył się U-593 i zmieniono kurs na południowo-zachodni, co dostrzegła załoga łodzi podwodnej, wysyłając do Saint-Nazaire meldunek, iż nieprzyjaciel kieruje się na zachód, co odsunęło podejrzenia, iż Brytyjczycy zmierzają do niemieckiej bazy. Co więcej, Niemcy wysłali na ich przechwycenie cztery torpedowce, pozbawiając się obrony. A defensywa portu była silna - bazę obsadzało blisko 5000 żołnierzy. I tym oto sposobem pech zamienił się w szczęście. Klasyczny przykład szczęścia w nieszczęściu - za cenę wykrycia alianci uzyskali osłabienie obrony doku. Saint-Nazaire broniły silne stanowiska artylerii liczące ponad 100 dział oraz mocna obrona przeciwlotnicza. Po zachodzie Brytyjczycy sformowali szyk bojowy i obrali kurs na Saint-Nazaire, gdzie dotarli po 1.00. "Campbeltown" został oświetlony przez niemieckie reflektory, a jego dowódca został wezwany do podania znaków rozpoznawczych. Beattie grał na zwłokę i przesłał znane Anglikom znaki jednego z niemieckich okrętów. Niemcy nie dali się jednak podejść, jednakże tracili cenne minuty, nie otwierając jeszcze ognia. Gdy pierwsze strzały dosięgły ex-amerykański niszczyciel, Ryder był już blisko wrót doku. O 1.34 jego okręt uderzył w nie z impetem. Wtedy też komandosi dopłynęli do brzegu na motorówkach i rozpoczęli dzieło zniszczenia, zakładając ładunki wybuchowe na ważnych urządzeniach portowych. Desantem kierował ppłk A.C. Newman. Na brzegu rozgorzała zacięta walka z zaalarmowanymi żołnierzami niemieckimi. Po półtoragodzinnym boju Ryder zarządził ewakuację, jednakże nie był w stanie podjąć z brzegu wszystkich komandosów. Newman i jego żołnierze zdawali sobie z tego sprawę i po godzinie walk postanowili przebijać się do miasta, a stamtąd w głąb Francji, aby dotrzeć do członków ruchu oporu. Odwrót przebiegał chaotycznie i pod silnym ogniem niemieckim. Oddział komandosów został rozbity, aż 169 z nich poległo, a blisko 200 dostało się do niewoli. Okazało się, iż tylko pięciu uniknęło losu pojmanych kolegów i przedostało się do Hiszpanii, skąd powrócili na Wyspy Brytyjskie. Także siły marynarki poniosły spore straty podczas ucieczki z pobojowiska. Rankiem 27 marca na okręt "Campbletown" weszli niemieccy żołnierze, w tym sporo grupa oficerów, którzy sprawdzali uszkodzenia wyrządzone podczas nocnego rajdu Brytyjczyków. Pojmany Beattie był w tym czasie przesłuchiwany przez Niemców w budynku komendantury miasta. Powietrzem wstrząsnął potężny wybuch. Ładunki założone w kadłubie niszczyciela eksplodowały z dużym opóźnieniem. Okazało się, iż Śluza Normandzka została doszczętnie zniszczona. Także ładunki wybuchowe założone przez komandosów spowodowały spore zniszczenia, uszkadzając w dużym stopniu tzw. Starą Śluzę. Dodatkowo dwa zbiornikowce przebywające wewnątrz portu zostały uszkodzone. Misja Rydera została zakończona - mimo dużych strat liczebnych i poświęcenia jednego z niszczycieli, dok w Saint-Nazaire został uszkodzony i nie nadawał się do użytku, oddalając zagrożenie rajdem "Tirpitza".

Sukces operacji "Chariot" był tylko wstępem do dalszych działań przeciwko pancernikowi. Do boju przeciwko niemieckiemu okrętowi zaangażowane zostało przede wszystkim lotnictwo, które nieustannymi nalotami miało nękać go u wybrzeży Norwegii. W trzy dni po wykryciu okrętu w pobliżu Trondheim Winston Churchill raportował, iż zniszczenie lub uszkodzenie pancernika jest "największym zadaniem na morzu obecnego czasu". Dlatego też już 30 stycznia została wysłana wyprawa, która wprawdzie nie dotarła do "Tirpitza", ale "przetarła" powietrzny szlak dla następnych eskadr bojowych. W pierwszej połowie marca Niemcy wreszcie zdecydowali się wypuścić pancernik z fiordu i użyć go do działań przeciwko brytyjskiej żegludze. Po nieudanych atakach na konwoje alianckie "Tirpitz" powrócił do Fattenfjord w pobliżu Trondheim. Tam trzykrotnie zapędzały się brytyjskie bombowce, jednakże ani razu nie udało się im trafić niemieckiego okrętu. Taka sytuacja utrzymywała się do lipca, kiedy to "Tirpitz" wyszedł na swoje pierwsze poważne łowy. Celem był zmierzający do Murmańska konwój PQ-17 składający się z 33 statków, 3 jednostek ratowniczych, zbiornikowca i eskorty. Wiózł on duże ilości broni dla walczącej na froncie wschodnim sojuszniczej Armii Czerwonej, dlatego jego bezpieczeństwo było szczególnie ważne. 2 lipca "Tirpitz" i "Admiral Hipper" przeszły do fiordu Vest, skąd następnie przeniosły się do fiordu Alta. Tam oczekiwały już inne jednostki Kriegsmarine. Wiadomości o przesuwaniu "Tirpitza" zelektryzowały Brytyjczyków, którzy postanowili rozproszyć konwój, aby uniknąć strat spodziewanych ze strony ataku pancernika. Agonia PQ-17 trwała długo, jednakże rozrzucone statki przebywające bez eskorty były niszczone jeden po drugim. "Tirpitz" wycofał się z walki 5 lipca, kiedy to został zaatakowany przez sowiecki okręt podwodny K-21 dowodzony przez kmdr Łunina. Wprawdzie trafienia Niemcy nie potwierdzili, lecz przesunęli swój największy okręt do Bogen. Stamtąd 23 października pancerny kolos przeniósł się do Fattenfjordu. Od tej pory miały nadejść nieco gorsze czasy dla morskiej dumy Adolfa Hitlera, który po nieudanych akcjach niemieckich okrętów nakazał ich wycofanie do norweskich fiordów, gdzie ich urządzenia bojowe miały ulec... demontażowi. Na szczęście nowy dowódca Kriegsmarine, Karl Dönitz, wyperswadował przywódcy Rzeszy ten pomysł i postanowił przenieść największe jednostki do Altenfjodru. To tam miały się wkrótce rozegrać pasjonujące wydarzenia.

Swego czasu Brytyjczycy podpatrzyli od Włochów ciekawą strategię operacyjną - Włosi posiadali bowiem specjalny oddział nurków, którzy montowali miniaturowe torpedy wewnątrz portów i w ten sposób niszczyli okręty przeciwnika. Nic zatem dziwnego, iż Churchill postanowił opracować podobną taktykę i wykorzystać zdobycze nowoczesnej techniki w walce z Niemcami. W kwietniu 1942 roku stworzono pierwsze jednostki miniaturowego typu, które po serii testów i prób oraz treningów obsługujących je nurków miały wejść do akcji. Jednym z głównych celów stał się doskonale strzeżony "Tirpitz", który siał taki postrach na atlantyckich szlakach. Niestety, operacja użycia pojazdów zaplanowana na koniec października 1942 roku okazała się niewypałem i zakończyła fiaskiem. Złe warunki atmosferyczne oraz duża odległość od Wysp Brytyjskich spowodowały, iż misja miała niewielkie szanse powodzenia. Okazało się jednak, iż jest to najskuteczniejsza droga do niemieckiego pancernika i tą właśnie trasą Brytyjczycy powinno nadal podążać, aby zatopić swojego śmiertelnego wroga. Jeszcze na początku wojny komandor Varley i adm. Horton opracowali projekt zastosowania miniaturowej łodzi podwodnej, która miała niepostrzeżenie zbliżać się do okrętów i wyrzucać śmiercionośny ładunek, który po detonacji powodowałby uszkodzenia lub zatopienie atakowanej jednostki. 24 marca 1942 roku przeprowadzono pierwszą próbę okrętu opatrzonego nazwą "X-3". Zanurzenie i testy przebiegły po myśli konstruktorów, nic zatem dziwnego, iż rozpoczęto rozbudowę tych nietypowych sił morskich. W 1943 roku miniaturowa flota brytyjska liczyła sześć jednostek "X", które szybko znalazły zastosowanie. Ich wymiary (około 16 metrów długości i nieco ponad 1,5 metra średnicy kadłuba) były niewątpliwie zaletą, gdyż utrudniały wykrycie okrętu przez przeciwnika. Dzięki ulepszonemu komfortowi wnętrza czteroosobowa załoga mogła podróżować 36 godzin w zanurzeniu. Okręty "X" osiągały zanurzenie 100 metrów poniżej poziomu morza i rozwijały prędkość do 6,5 węzła na powierzchni i 5 węzłów pod powierzchnią wody. Admiralicja ponownie postanowiła zaatakować "Tirpitza", tym razem przy użyciu sześciu miniaturowych okrętów podwodnych - "X-5", "X-6" i "X-7". "X-8" winien uderzyć na pancernik "Lützow" a "X-9" i "X-10" na "Scharnhorsta". Holowaniem małych jednostek zajęły się okręty podwodne normalnej wielkości, ciągnąc swoje miniatury na linach holowniczych. 11 września 1943 roku rozpoczęto operację, której nadano kryptonim "Source". Niestety, znowu nie wszystko szło po myśli dowództwa brytyjskiego, gdyż po czterech dniach podróży zerwała się lina łącząca "X-7" oraz "X-8" z większymi okrętami podwodnymi. Na szczęście "X-7" dotarł do norweskiego fiordu. Załoga "X-8" miała pecha, bowiem ich okręt stracił sterowność, a marynarzy miniaturowej łodzi podwodnej podjął okręt "Seanymph". Wkrótce po tym "X-8" zatonął. Zatonął także "X-9", tyle tylko że jego załoga nie zdołała się uratować i 16 września poszła na dno wraz ze swoją jednostką. 20 września eskadra zbliżyła się na 150 mil do wybrzeży Norwegii. Liny holownicze zostały zwolnione, a załogi miniaturowych łodzi podwodnych zdane na własny los. Skierowano się do Kaafiordu, gdzie znajdował się "Tirpitz" strzeżony przez sieci przeciw okrętom podwodnym oraz torpedom. Wieczorem 20 września 4 jednostki znalazły się w pobliżu metalowej zapory. Po całonocnej udręce spowodowanej trudnościami w przebiciu się do "Tirpitza" "X-6" dowodzony przez por. Cameron dotarł w pobliże pancernika. Niestety, okręcik został dostrzeżony przez załogę "Tirpitza" około 7.00. Marynarze rozpoczęli ostrzeliwanie niezidentyfikowanego obiektu. Cameron wiedział, iż nie zdoła się wymknąć z fiordu, dlatego też wyrzucił obie zabrane na pokład "X-6" miny i poddał okręt. Mniej więcej w tym samym czasie "X-7" dowodzony przez por. Place'a także dotarł w pobliże stalowego kolosa i o 7.20 zwolnił oba ładunki wybuchowe. Załoga nie wiedziała, jakim cudem udało im się przeniknąć w pobliże pancernika, nie wiedzieli też, jak się stamtąd wyrwać. Dlatego też, wiedząc, iż krótko po ósmej nastąpi wybuch, postanowili możliwie maksymalnie oddalić się od miejsca eksplozji. O 8.12 nastąpił wybuch. "X-7" wynurzył się i został ostrzelany przez Niemców. Wkrótce dowódca i jeden z członków załogi zostali wzięci do niewoli. Dwóm innym nie udało się uciec z tonącego okrętu. Zatopiony został także "X-5", którego wrak znaleziono w fiordzie po kilkudziesięciu latach. Prawdopodobnie i on zdążył pozbyć się ładunków wybuchowych pod pokładem "Tirpitza". Załoga "X-10" miała o wiele więcej szczęścia niż ich koledzy z pozostałych jednostek. "Scharnhorst" wypłynął z fiordu, co spowodowało, iż misja "X-10" nie miała racji bytu. Dlatego też dowódca okrętu postanowił wycofać się i odpłynąć. 28 września nastąpiło spotkanie z okrętem podwodnym, który zabrał miniaturową łódź do Wielkiej Brytanii. "Tirpitz" poniósł duże uszkodzenia. Do fiordu musiał wpłynąć "Neumark", którego załoga dokonywała niezbędnych napraw, aby przywrócić siłę pancernika. Dopiero w marcu następnego roku "Tirpitz" powrócił do sprawności.

Długotrwała naprawa na dobre wyłączyła "Tirpitza" z walk na Morzu Północnym. Niestety, rekonwalescencja nie miała zostać zakończona, gdyż jeszcze w lutym 1944 roku sowieckie bombowce rozpoczęły nowy sezon nalotów na pancernik przebywający w Altenfjordzie. Tym razem nie zanotowano trafień. Dopiero nalot 41 samolotów typu "Barracuda" z 3 kwietnia spowodował uderzenie 15 bomb w "Tirpitza". Znowu unieszkodliwiono głównego wroga. Tym razem na pełny kwartał. Przy okazji 122 marynarzy poległo a 316 zostało rannych. Kolejne naloty, mające na celu dobicie zwierzyny, nie zakończyły się powodzeniem. Powodem były kiepskie warunki atmosferyczne, które przeszkodziły w operacjach z 24 kwietnia, 15 i 28 maja. W sierpniu jednak pogoda poprawiła się na tyle, iż na niebie nad "Tirpitzem" znowu zaczęły się pojawiać alianckie samoloty. 22 sierpnia nie zaliczono trafień. Jednakże już w dwa dni później dwie bomby dosięgły pancernik. 29 sierpnia ponowiono atak, ale i tym razem lotnicy spudłowali. Nadrobili to z nawiązką 15 września, kiedy to dwie bomby tak niefortunnie trafiły pokład, iż całkowicie wyłączyły "Tirpitza" z możliwości brania udziału w walkach. Dlatego też dowództwo niemieckie postanowiło sprowadzić go do roli baterii, przenosząc okręt do Tromso. Tam dzieła zniszczenia dopełniło 31 Lancasterów w dniu 12 listopada. "Tirpitz" nabrał mocnego przechyłu, w konsekwencji czego przewrócił się, zabierając na dno blisko tysiąc ludzi. Epoka pancerników kończyła się, czego dowodem miało być wkrótce zatopienie superpancernika japońskiego "Yamato".

Zatopienie perełki niemieckiej marynarki wywołało wstrząs w dowództwie Kriegsmarine oraz u samego Hitlera, który przywiązywał dużą wagę do możliwej działalności korsarskiej "Tirpitza". Okazało się, iż nawet najlepszy okręt niemiecki nie jest w stanie obronić się przed nalotami alianckimi, nie mając zapewnionej odpowiedniej obrony. Nie wystarczyło maskowanie i ukrywanie się w norweskich fiordach. Okazało się bowiem, iż sprzymierzeni doskonale orientują się w działaniach niemieckiej marynarki i są w stanie zagrozić największym okrętom przeciwnika, używając albo wymyślnych środków (jak chociażby miniaturowe łodzie podwodne), albo tradycyjnego wroga okrętów - lotnictwa. Zaangażowanie w akcję stopniowego niszczenia siły bojowej "Tirpitza" umożliwiło aliantom osiągnięcie ostatecznego celu, jakim było zniszczenie pancernika i zdecydowane zmniejszenie zagrożenia na szlaku konwojów, które od tej pory nie musiały obawiać się grasującego u wybrzeży Skandynawii "Tirpitza". Sukces ten był także idealnym podsumowaniem rosnącej przewagi sprzymierzonych, którzy przechodzili do ofensywy na wszystkich frontach, niszcząc jednostki wroga nie tylko na lądzie, ale i na morzu. Zatopienie "Bismarcka", a następnie "Tirpitza" było wierzchołkiem góry problemów, z jakimi musiało zmierzyć się dowództwo Kriegsmarine, dziesiątkowanej przez okręty wroga. Sukcesy alianckiej marynarki były widoczne gołym okiem, bez zagłębiania się w szczegółowe statystyki, które także przemawiały na korzyść koalicjantów antyhitlerowskich. Prestiżowe opanowanie Kanału La Manche, następnie podbój kolejnych niemieckich baz morskich - to wszystko złożyło się na obraz końca wojny morskiej, która w konsekwencji rozkazów dowództwa niemieckiej marynarki i samego Hitlera nosiła znamiona wojny totalnej i bezwzględnej, obliczonej na wyniszczenie nieprzyjaciela. Początkowo brutalne metody prowadzenia walki sprzyjały agresywnie nastawionym Niemcom i ich sojusznikom, którzy odnosili spore sukcesy w starciu z wrogiem, często nieprzygotowanym do boju. Z czasem jednak sytuacja aliantów na morzach i oceanach ustabilizowała się i umożliwiła im rozpoczęcie kontruderzenia, w którego efekcie kolejne jednostki niemieckie spoczywały na morskim dnie. Operacje maszyn przynależnych do RAF ostatecznie przekreśliły szanse Kriegsmarine na przełamanie impasu i wyjście z dołka zapoczątkowanego zatopieniem "Bismarcka". Kolejny cios, wymierzony w samo serce niemieckiej marynarki, i tak borykającej się ze sporymi kłopotami, rozstrzygnął, do kogo należy i w ostatnich miesiącach II wojny światowej należeć będzie morska dominacja. Imperium Brytyjskie odzyskało hegemonię na morzach, przywracając dawny blask sukcesom Royal Navy, którą wydatnie wspomagało lotnictwo. Prestiżowy tryumf podniósł także morale Brytyjczyków, którym potrzeba było spektakularnych sukcesów, aby przyćmić nieco rosnącą dominację Amerykanów, którzy ponosili w tym czasie znaczny ciężar działań w Europie, nie wspominając już o Pacyfiku, gdzie toczyli niemalże samotny bój z Japończykami. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o reakcji strony niemieckiej na wieść o zatopieniu "Tirpitza". Hitler, jak to miał w swoim zwyczaju, wpadł w furię, mocno irytując się rzekomą nieudolnością dowództwa Kriegsmarine. Oczywiście, czołowi dygnitarze zdawali sobie sprawę, iż była to duża strata, jednakże powoli widzieli już, iż II wojna światowa jest przez Niemców przegrana a zniszczenie pancernika było tylko kroplą w morzu porażek. Hitler dostrzegł to dopiero pod koniec kwietnia 1945 roku, gdy Sowieci stali u wrót Berlina, niszcząc kolejne punkty oporu niemieckich żołnierzy.


Polecamy


Patronat


Recenzje