Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Mieli do wyboru wojnę albo hańbę. Wybrali hańbę. A wojnę będą mieli i tak!", Winston Churchill

Informacje


Wydarzenia


Na froncie


Biografie


Tematycznie


Kultura i media


Współpraca





Porwanie przywódców polskiego podziemia
- proces szesnastu


Gdy w 1941 roku Polski Rząd Emigracyjny, legalnie działająca Rada Ministrów, i rząd Związku Sowieckiego, ówczesnego sojusznika państw alianckich, nawiązywały stosunki dyplomatyczne, wielu było takich, którzy krytykowali drogę obraną przez premiera Władysława Sikorskiego. Ich zdaniem przymierze z dotychczasowym wrogiem, który we wrześniu 1939 roku zaatakował Polskę, współdziałając z hitlerowskimi Niemcami, nie było słusznym krokiem. Co więcej, po części związywało ręce polskim dyplomatom, którzy nie uzyskali zapewnień o uznaniu granicy z 1939 roku po zakończeniu II wojny światowej. W ten sposób, mimo iż wciąż w szeregu państw koalicji alianckiej, Polska stawała się odosobnionym bojownikiem o własną sprawę. Okazało się bowiem, iż w sporze z Sowietami, których potęga wzrastała wraz z rozwojem działań na froncie wschodnim, Rząd Emigracyjny może liczyć tylko na siebie i pobratymców. Alianci zachodni, Anglia, Francja czy Stany Zjednoczone nie doceniły sprzymierzeńca i nie zapewniły dostatecznego wsparcia na światowej scenie politycznej. Nastroje prorosyjskie na najwyższych szczeblach alianckiej dyplomacji sprawiły, iż Józef Stalin, dyktator Związku Sowieckiego znalazł się w niezwykle korzystnej sytuacji, gdy na jego działania w Europie Wschodniej sprzymierzeni faktycznie nie mieli wpływu (lub mieli go w niewielkim stopniu), a wszelkie posunięcia Sowietów były przez aliantów sankcjonowane, nawet gdy godziły w suwerenność innych narodów sojuszniczych. Regułą w tym względzie było wtrącanie się dyplomacji radzieckiej do polityki wewnętrznej krajów, które Armia Czerwona wyzwalała spod okupacji niemieckiej. Polskie Podziemie było organizacją rozwiniętą i prężnie działającą od pierwszych dni niemieckiej okupacji. Stąd też dowództwo, szczególnie Armii Krajowej, która skupiała na sobie ciężar walki z okupantem, przygotowane było na ewentualność prowadzenia dalszej działalności podziemnej, tym razem przeciwko Sowietom. Już w 1943 roku ówczesny komendant główny AK Tadeusz "Bór" Komorowski przewidywał, iż po wkroczeniu na ziemie polskie Armii Czerwonej niezbędna będzie dalsza konspiracja i tylko częściowe ujawnienie struktur Armii Krajowej. Liczono się z możliwością rozwiązania organizacji, a następca "Bora" Leopold Okulicki ps. "Niedźwiadek" posiadał wytyczne dotyczące postępowania względem wkraczających Sowietów. Rząd Emigracyjny, a w szczególności Wódz Naczelny gen. Kazimierz Sosnkowski (we wrześniu 1944 roku zmuszony do dymisji przez nieprzychylnych mu Brytyjczyków) dostrzegli zagrożenie, kontaktując i konsultując się przy tym z działaczami krajowymi. Szczególną rolę w prowadzeniu polityki władz londyńskich pełniła Rada Jedności Narodowej złożona z szesnastu działaczy reprezentujących różne stronnictwa. Była ona organem opiniotwórczym nieformalnego rządu państwa polskiego na okupowanych terytoriach (Delegatury Rządu na Kraj) a funkcję przewodniczącego Delegatury sprawował Jan Stanisław Jankowski. Obradom RJN przewodniczył Kazimierz Pużak ps. "Bazyli". Organy te pełniły funkcję wykonawczą obozu londyńskiego, będąc zalążkiem pod przyszłe niezawisłe władze polskie w wyzwolonym kraju. W związku z wkroczeniem Sowietów na ziemie polskie rozpoczęto program zapobiegania drugiej okupacji. Od wiosny 1944 roku na ziemiach wschodnich prowadzona była akcja "Burza" a władze Polskiego Podziemia szykowały się do częściowego ujawnienia swoich struktur, tworząc jednocześnie podwaliny pod nową organizację niepodległościową o kryptonimie "Nie". Do jej kierowania przeznaczony był gen. Emil Fieldorf ps. "Nil". Jej głównym zadaniem byłaby działalność antysowiecka w przypadku naruszenia suwerenności narodu polskiego. Przejawem takich działań było stworzenie marionetkowego Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego i Krajowej Rady Narodowej, które funkcjonowały z ramienia Kremla. Co więcej, z początkiem 1945 roku KRN została przemianowana na Tymczasowy Rząd opanowany przez komunistów, który uzurpował sobie prawo do rządzenia krajem, zyskując sobie oficjalne uznanie Moskwy już 4 stycznia 1945 roku. Proces ten obóz londyński okrzyknął samozwańczym, jednakże siła jego głosu na międzynarodowej arenie politycznej malała. Polacy stanęli teraz przed poważnym problemem - jakie środki podjąć przeciwko rosnącej dominacji Związku Sowieckiego? Czy w tej sytuacji w ogóle możliwe było wyjście kompromisowe?

Od początku 1945 roku na najwyższych szczeblach Armii Krajowej i powiązanych z nią organizacji trwały gorączkowe przygotowania do prowadzenia rozmów z Sowietami lub działań przeciwko nim w wypadku nadużyć. Okulicki meldował w styczniu do Londynu, iż potrzebuje pieniędzy na dalszy rozwój organizacji "Nie". Przewidywał wsparcie na okres dwóch lat, co jasno wskazuje, iż "Nie" miało przejąć od tej pory spuściznę po Armii Krajowej, którą komendant rozwiązał 19 stycznia. Nie rezygnował jednak z konspiracyjnej działalności, zdając sobie sprawę, iż przed byłymi Ak-owcami staje teraz problem dalszej walki podziemnej. Tym razem przeciwko teoretycznemu sojusznikowi. Niestety, działalność "Nie" od początku prześladował pech - 7 marca Fieldorf został aresztowany przez NKWD i nierozpoznany wywieziony do ZSRR (de facto w 1950 roku aresztowano go ponownie - został bowiem zwolniony - a następnie wytoczono mu proces, w którym został skazany na śmierć - wyrok wykonano 24 lutego 1953 roku). 20 stycznia Rada Jedności Narodowej, dowódcy Armii Krajowej i Delegatura otrzymały z Londynu upoważnienie do podjęcia rozmów z Krajową Radą Narodową i Rządem Tymczasowym, gdyby padły odpowiednie propozycje ze strony Sowietów. Tymczasem pozycja Rządu Emgiracyjnego wydawała się być mocno zachwiana. Tracił on międzynarodowe poparcie, a Brytyjczycy forsowali byłego premiera Stanisława Mikołajczyka, który wydawał się być politykiem skłonnym do ugody z Sowietami, szczególnie w kwestii powojennych granic Polski. Postanowienia konferencji jałtańskiej były bowiem jednoznaczne - po raz kolejny potwierdzono, iż wschodnią granicę Polski stanowić będzie linia Curzona, zmodyfikowana nieznacznie na korzyść Polaków. Rząd londyński nie miał już siły przebicia i nie był w stanie wywalczyć korzystniejszych warunków. Krajowa Rada Ministrów i Rada Jedności Narodowej szybko pojęły, iż nie ma praktycznych szans konkurowania z Sowietami na płaszczyźnie militarnej i należy zasiąść do rozmów. Stąd też 3 marca depeszowano do Londynu, iż w wypadku porozumienia się Rządu Tymczasowego z działaczami Polski Podziemnej ujawnione zostaną struktury KRM i RJN. W czasie, gdy Jankowski meldował premierowi Arciszewskiemu o planowanych posunięciach, NKWD doskonale orientowało się w poczynaniach KRM i RJN. Aparatem śledczym kierował generał Iwan Sierow, doprowadzając chociażby do zatrzymania rodziny Adama Bienia, jednego z pracowników Delegatury Rządu na Kraj. Jankowski prosił także o mediacje aliantów zachodnich, którzy mieliby interweniować w sprawie zatrzymań u Sowietów i doprowadzić do złagodzenia kursu przeciwko działaczom niepodległościowym. Kilka dni później strona brytyjska została poinformowana o personaliach osób obsadzających najwyższe stanowiska cywilne w okupowanej Polsce. W niedługi czas po tym, za zgodą Rządu RP na Uchodźstwie, lista powędrowała do Moskwy, gdzie zaznajomili się z nią Sowieci. Co ciekawe, dyskusje dotyczące zagadnień polskich władz podziemnych toczone były na najwyższych szczeblach brytyjskiej dyplomacji. Anglicy dość nerwowo reagowali na zaistniałą sytuację, nadal napierając na Rząd RP na Emigracji, aby ten zaakceptował sowiecką koncepcję linii granicznej. Mimo burzliwych debat, specjalna komisja brytyjska, która miała zaproponować skład Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, nie osiągnęła konsensusu. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że w skład gabinetu wejść muszą przedstawiciele opcji innych niż lubelska, ze Stanisławem Mikołajczykiem na czele. Nie wyłoniono jednak stabilnej reprezentacji narodu polskiego. Co więcej, nie gwarantowano bezpieczeństwa pozostającym w kraju działaczom, którzy teraz zagrożeni byli od strony sowieckiej dokonującej aresztowań wśród podziemnej opozycji politycznej. Tymczasem śmietanka podziemnego kręgu nie miała wystarczającego rozeznania sytuacji. Korespondencja z Londynem była zawikłana, ostatnie miesiące II wojny światowej upłynęły bowiem w gorączkowym przygotowywaniu planów powojennego ładu, przy częstych niedomówieniach i połowicznym załatwianiu pewnych spraw. Warto wspomnieć, iż w drugiej połowie lutego obradowała Komisja Główna RJN reprezentowana przez 5 przedstawicieli przysłanych przez Stronnictwo Narodowe, Stronnictwo Pracy, Polską Partię Socjalistyczną i Zjednoczenie Demokratyczne. Do dyskusji przyłączył się Delegat Rządu oraz gen. Okulicki. Podjęte uchwały zasługują na szczególną uwagę. RJN oznajmił, iż konferencja jałtańska była wysoce krzywdząca dla Polski, jednakże uznał jej postanowienia. Nierozstrzygnięty został spór o wschodnią granicę, co RJN uzależniał od powojennych relacji na linii Warszawa-Moskwa. Ogólnikowa deklaracja polityczna nie była jednak wymierzona w Związek Sowiecki, co skłania do refleksji, iż działacze podziemia gotowi byli na porozumienie, dostrzegając beznadziejność położenia Polaków i siłę partnera do rozmów. Mniej więcej w tym samym czasie Okulicki dostał propozycję spotkania z przedstawicielami najwyższego szczebla radzieckich sił wojskowych. Próbę porozumienia odrzucono, obawiając się komplikacji i możliwego dostania się do niewoli sowieckiej. Członkowie RJN naiwnie sądzili, iż udanie się całością rady na rozmowy z Sowietami będzie lepszym rozwiązaniem, ukazując legalną reprezentację narodu polskiego i zwiększając szanse członków RJN na przyszłe stanowiska w administracji państwowej (w rozmowach i deklaracji z lutego poświęcono temu tematowi sporo miejsca). Na początku marca ze strony sowieckiej nadeszły kolejne zaproszenia na rozmowy. Sygnowane były podpisem pułkownika Pimieniowa.

Zawikłana jest droga wspomnianej wiadomości. Historycy nie są pewni, jak naprawdę listy dotarły w ręce adresatów. Przypuszcza się, iż kurierem mógł być żołnierz Armii Krajowej oddelegowany przez dowództwo do pracy w Polskiej Armii Ludowej. Pimienow zapraszał Okulickiego i Jankowskiego do spotkania z gen. Iwanowem, przedstawicielem 1. Frontu Białoruskiego dowodzonego przez marsz. Żukowa. W połowie marca Stronnictwo Ludowe i Polska Partia Socjalistyczna powzięły decyzje o rozpoczęciu normalnej działalności i rychłym ujawnieniu się względem społeczeństwa, a co za tym idzie także przed Sowietami. Tymczasem Jankowski postanowił, że weźmie udział w rozmowach z gen. Iwanowem, nie wiedząc jeszcze, iż pod tym pseudonimem kryje się inny generał - Iwan Sierow. Doświadczony oficer doskonale zdawał sobie sprawę, iż tylko wyczerpującą pracą i stałym zapewnianiem o dobrych intencjach zyska sobie zaufanie adwersarzy, wciągając ich w zasadzkę. Przecież nie było im pierwszyzną nadstawianie karku w okupacyjnej codzienności, gdy wróg mógł czaić się wszędzie. Podejrzliwość wykształconą w okresie okupacji niemieckiej należało uśpić. Wreszcie około 11 marca Jankowski zadecydował, że weźmie udział w rozmowach. Członkowie RJN, informowani na bieżąco o sytuacji politycznej, także wyrazili przekonanie, iż uściśnięcie wyciągniętej dłoni ma sens i uzasadnienie. Łudzono się, iż będzie to wstęp do szerszych rozmów dotyczących dokooptowania przedstawicieli RJN do TRJN, co byłoby naturalnym krokiem przy formowaniu rządu złożonego z szerokiego przedstawicielstwa różnych opcji politycznych. 17 marca doszło do spotkania Jankowskiego i Pimienowa, który dalsze rozmowy uzależniał od dyskusji wstępnej. Przede wszystkim poruszono kwestię dywersji Armii Krajowej na tyłach Armii Czerwonej, co stronie polskiej zarzucali Sowieci. Jankowski zaprzeczył, jakoby pracę sowieckich żołnierzy destabilizował zorganizowany ruch oporu kierowany przez podziemne władze. Dodatkowo obaj panowie poruszyli kwestię wyjścia z podziemia ugrupowań politycznych. Pimienow odbył jeszcze kilka rozmów z przedstawicielami liczących się partii politycznych, między innymi ludowcami, Stronnictwem Pracy i Stronnictwem Narodowym. Wysłannicy SL, Stanisław Mierzwa, Kazimierz Bagiński i Adam Bień zrelacjonowali przebieg rozmów, które odbyły się w Pruszkowie. Stąd wiemy, iż Pimienow nie ukrywał, że za obradami nie stoją najwyższe władze, a jedynie przedstawiciele wojskowi. Co ciekawe, polskim stronnictwom przekazano instrukcje do wypełniania formularzy, które zdradzały ich okupacyjny dorobek, sposób ujawnienia i powiązania z Armią Krajową. Dodatkowo zachęcano poszczególne stronnictwa do oddelegowania na rozmowy po 2-3 przedstawicieli. Strona sowiecka zobowiązała się dostarczyć samolot, którym członkowie Polskiego Podziemia mieliby się udać do Londynu na konsultacje z Rządem RP na Emigracji. Ustalono, iż do kolejnego dużego spotkania, tym razem w obecności gen. Iwanowa dojdzie 28 marca. Nazajutrz sojusznik miał podstawić odpowiednią maszynę. Członkowie RJN i Okulicki słali depesze do Londynu, informując o przebiegu wstępnych rozmów oraz zapewniając o dobrych intencjach Sowietów. Z Wielkiej Brytanii nie przyszły słowa ganiące za porozumienie z wysłannikami radzieckimi, co zgodne było z wcześniejszymi wytycznymi, w myśl których możliwe było podjęcie rozmów na linii Warszawa-Moskwa. Atmosfera nerwowego oczekiwania udzielała się wszystkim zaproszonym na spotkanie. Niewielu z nich podejrzewało, iż mogą stać się ofiarami podstępu NKWD.

27 marca, zgodnie z planem, w pruszkowskiej rezydencji zajmowanej przez NKWD od rana trwał wzmożony ruch. Kolejne delegacje rozmawiały z Pimienowem, wszystko odbywało się w niezwykle miłej atmosferze. Wkrótce przewieziono Polaków (Pużak, Jankowski, Okulicki) do Warszawy, gdzie rozmawiali z człowiekiem podającym się za Iwanowa. Niestety, tutaj delegację Polskiego Podziemia spotkał srogi zawód - zamiast obiecanej podróży do Londynu Sowieci stwierdzili, iż lot odbędzie się najpierw do Moskwy, a dopiero potem na zachód. Delegację zapakowano w samolot i odwieziono do Moskwy, gdzie w godzinach popołudniowych nastąpił transport do osławionego więzienia na Łubiance. Nazajutrz do podróży szykowali się przedstawiciele polskich stronnictw. Także oni myśleli, że w niedługim czasie dotrą do Polskiego Rządu na Emigracji, nie spodziewając się, iż znaleźli się w poważnym niebezpieczeństwie. 12 delegatów na rozmowy z legalnymi władzami RP około południa 28 marca dotarło do wspomnianej już rezydencji w Pruszkowie. Tam zostali oficjalnie powitani przez szereg sowieckich oficerów. Odlot nastąpił bez przeszkód, tyle że Polaków nie poinformowano o celu podróży. Dopiero na gorączkowe pytania delegacji, która zorientowała się, iż obrany kierunek bynajmniej nie jest kierunkiem zachodnim, Sowieci udzielili wyjaśnień. Wylądowali, nie jak poprzednio w Moskwie, lecz w szczerym polu, skąd różnymi środkami transportu członkowie polskich władz dotarli do Moskwy. 30 marca wieczorem dwunastka pechowych wysłanników zajęła miejsca w więzieniu na Łubiance.

Wśród szesnastu podstępnie pojmanych działaczy Polskiego Podziemia znalazło się wiele postaci, które jeszcze przed wybuchem II wojny światowej wiele znaczyły na polskiej scenie politycznej. Niektórzy z tych, których wywieziono do Moskwy, wypłynęli dopiero przy okazji działalności podziemnej, jednakże wszyscy mieli niejako wyrobioną markę wśród wybitnych działaczy, którzy po zakończeniu działań wojennych mogli stanowić o sile polskiej dyplomacji, militariów. Dlatego też należy nieco przybliżyć sylwetki każdego z tych, którzy znaleźli się w feralnej szesnastce.
Leopold Okulicki - pełnił funkcję ostatniego komendanta Armii Krajowej i to z jego rozkazu organizacja ta została rozwiązana w styczniu 1945 roku. Objął także stanowisko komendanta Sił Zbrojnych na Kraj. W styczniu 1941 roku został aresztowany przez NKWD, jednakże po podpisaniu układu Sikorski-Majski został objęty amnestią. Krótko służył w Armii Polskiej na terenie ZSRR, następnie działał w Polskim Podziemiu.
Jan Stanisław Jankowski - przedwojenny poseł z ramienia Narodowej Partii Robotniczej, następnie działacz Stronnictwa Pracy. Pełnił stanowiska ministerialne. W okresie trwania II wojny światowej związał się z obozem londyńskim i otrzymał funkcję wicepremiera, a w 1943 roku został Delegatem Rządu na Kraj.
Adam Bień - przedwojenny działacz polityczny związany z ruchem Młodzieży Wiejskiej "Wici". Podczas okupacji pracował w podziemnej organizacji Stronnictwa Ludowego. W 1943 roku został zastępcą Delegata Rządu na Kraj i koordynował pracę kilku departamentów podległych delegaturze.
Stanisław Jasiukowicz - przedwojenny działacz Narodowej Demokracji (endecji), członek Ligi Narodowej. Poseł do Sejmu RP, pracował w Związku Ludowo-Narodowym. Podczas okupacji, od 1943 roku, sprawował funkcję zastępcy Delegata Rządu na Kraj. W 1944 roku został jednym z członków Krajowej Rady Ministrów.
Kazimierz Pużak - jeden z najwybitniejszych działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej. Wielokrotnie obierany posłem, jeden z współzałożycieli Centralnego Kierownictwa Ruchu Mas Pracujących Miast i Wsi - Wolność Równość Niepodległość. W 1944 roku rozpoczął kierowanie poczynaniami Rady Jedności Narodowej. Prężnie działał w reprezentacji przedwojennego PPS-u.
Kazimierz Bagiński - przed wojną zaangażowany w działalność ruchu ludowego. Był członkiem Polskiego Stronnictwa Ludowego "Wyzwolenie". Podczas wojny otrzymał funkcję zastępcy prezesa Rady Jedności Narodowej.
Aleksander Zwierzyński - przed wojną związał się ze Stronnictwem Narodowym. Obierany posłem z ramienia Związku Ludowo-Narodowego, pełnił nawet funkcję wicemarszałka Sejmu. W 1941 roku rozpoczyna pracę dla Delegatury Rządu na Kraj, kontynuując działalność w szeregach Stronnictwa Narodowego. W 1944 roku zostaje wiceprezesem Rady Jedności Narodowej.
Eugeniusz Czarnowski - działacz niepodległościowy, prezes Zjednoczenia Demokratycznego, któremu w 1944 roku przysługiwało jedno miejsce w Radzie Jedności Narodowej. Miejsce to zajął właśnie Czarnowski. Wszedł także w skład Komisji Głównej RJN.
Stanisław Mierzwa - przed wojną związany był z ruchem ludowym i działał w szeregach Polskiego Stronnictwa Ludowego. Podczas okupacji pracował dla Polskiego Podziemia i wszedł w skład Rady Jedności Narodowej.
Józef Chaciński - przedwojenny działacz Stronnictwa Pracy, poseł na Sejm. Lata 1940-42 spędził w Auschwitz, po wydostaniu się na wolność rozpoczął pracę w Polskim Podziemiu. Członek Rady Jedności Narodowej.
Zbigniew Stypułkowski - przed wybuchem II wojny światowej był związany z szeregami endecji i z ramienia Stronnictwa Narodowego wszedł w skład Sejmu II RP. Brał udział w kampanii wrześniowej, trafił do niewoli sowieckiej, skąd przekazano go Niemcom. W 1940 roku zwolniony i zaangażowany do działalności konspiracyjnej pod fałszywym nazwiskiem. Jeden ze współorganizatorów Narodowych Sił Zbrojnych.
Feliks Urbański - przedwojenny polityk związany z Obozem Zjednoczenia Narodowego. Był posłem na Sejm II RP z ramienia ugrupowań sanacyjnych. Następnie związał się ze Stronnictwem Pracy. Z ramienia tej partii zasiadł w Radzie Jedności Narodowej.
Stanisław Michałowski - walczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Działał aktywnie we władzach miasta Grudziądza. Był także posłem na Sejm II RP w latach 1935-38. W czasie wojny zmuszony do ukrywania się. Po przedostaniu do Warszawy zaangażował się w działania dla Polski Podziemnej. Był wiceprzewodniczącym Zjednoczenia Demokratycznego i z ramienia tej partii wszedł do Rady Jedności Narodowej.
Kazimierz Kobylański - przed wojną był związany z siłami endeckimi. W 1941 roku został pochwycony przez NKWD. Układ Sikorski-Majski uratował go przed niechybną śmiercią i umożliwił wyjście na wolność dzięki rzekomej amnestii względem polskich jeńców. Działał w Radzie Jedności Narodowej z ramienia Stronnictwa Narodowego.
Antoni Pajdak - walczył podczas wojny polsko-bolszewickiej. Wybitny działacz związany z Polską Partią Socjalistyczną. Podczas okupacji pracował w konspiracji i wszedł w skład Delegatury Rządu na Kraj, obejmując funkcję zastępcy delegata.
Józef Stemler - w okresie międzywojennym zaangażował się w działalność oświatową, realizując program walki z analfabetyzmem wśród Polaków. Pracował w Obozie Wielkiej Polski. Podczas okupacji pracował na rzecz Polskiego Podziemia, obejmując chociażby funkcję wiceministra Departamentu Informacji Delegatury Rządu na Kraj.

Jak zatem widzimy, komuniści mierzyli przede wszystkim w działaczy Rady Jedności Narodowej, którzy stanowili legalną przeciwwagę dla powołanej na początku 1944 roku Krajowej Rady Narodowej, uzurpującej sobie prawo do reprezentowania narodu polskiego, mimo braku poparcia legalnych władz Rządu Emigracyjnego w Londynie. KRN miała jednak za plecami Związek Sowiecki, który wspierał jej działalność wszystkimi możliwymi, nierzadko brutalnymi środkami. Likwidacja opozycji była pierwszym krokiem na drodze do dyktatury komunistycznej w wyzwalanej i odradzającej się po wojnie Polsce.

Zniknięcie szesnastu przywódców Polskiego Podziemia oczywiście nie umknęło Rządowi Emigracyjnemu, który w tak niefortunny sposób stracił swoich krajowych przedstawicieli. Szybko bowiem okazało się, iż z obiecanych rozmów nie wyniknie nic, a Sowieci po prostu zwiedli stronę polską, pozorując wszystkie dyskusje i rzekomą wyprawę. Rząd Emigracyjny został powiadomiony o całej sytuacji przez pozostałych na wolności współpracowników porwanych, którzy nadal dysponowali zabronionymi przez Sowietów radiostacjami. W związku z tym, iż ślad po szesnastce zaginął, Rząd RP na Uchodźstwie zdecydował się na interwencję dyplomatyczną za pośrednictwem aliantów zachodnich, którzy w Jałcie gwarantowali wolności obywatelskie i nieskrępowane wybory powojennych władz. Złamanie tego punktu poprzez porwanie członków przedstawicielstwa Rządu na Emigracji stawiało postępowanie Sowietów w sprzeczności z podpisanymi kilka tygodni wcześniej ustaleniami. Dlatego też niezbędne stało się poinformowanie sojuszników o zaistniałej sytuacji, gdyż w tym czasie tylko oni mogli mieć jakikolwiek wpływ na Józefa Stalina i jego podwładnych. Jeszcze 1 kwietnia do londyńskiego MSW dotarła depesza Stefana Korbońskiego, który informował o rozmowach i podejrzeniach pozostałych działaczy odnośnie losu zaproszonych przez Iwanowa. W krótkiej wypowiedzi Korboński uchwycił meritum sprawy - "podejrzewamy podstępne aresztowanie [...]". Tego samego dnia Polacy zwrócili się z prośbą do sojuszniczych rządów Wielkiej Brytanii i USA o wyjaśnienie zamieszania. Prawdopodobnie jeszcze tej samej nocy depesza informująca o zniknięciu Polaków trafiła do rąk Anthony'ego Edena, ówczesnego ministra spraw zagranicznych Rządu Wielkiej Brytanii. Co więcej, prośba o zainteresowanie sprawą szybko została wysłana do ambasadora brytyjskiego w Moskwie Clark-Kerra, który 4 kwietnia zwrócił się z pytaniem do rządu sowieckiego, jednak nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Edward Raczyński, ambasador RP w Londynie, prowadził rozmowy z Cadoganem, który zapewniał stronę polską, iż nie ma powodów do niepokoju. Podobne stanowisko zajmowali Amerykanie, informowani przez ambasadora Jana Ciechanowskiego. W związku z brakiem oficjalnych odpowiedzi strony sowieckiej Rząd RP na Emgiracji postanowił upublicznić dane dotyczące prawdopodobnego porwania. Polacy wciąż oczekiwali radykalnych posunięć ze strony sojuszników, którzy jednak nie kwapili się do niesienia pomocy stronie polskiej. Co więcej, ufali propagandzie sowieckiej zarzekającej się, iż żadnych rozmów nie było, a kilku spośród widniejących na liście zaginionych jest oskarżanych o popełnienie przestępstw przeciwko Armii Czerwonej. Jeszcze kilkukrotnie w kwietniu 1945 roku Clakr-Kerr komunikował się z Wiaczesławem Mołotowem, nadal nie otrzymując wyjaśnień. A tymczasem do Moskwy przybyła delegacja głównie działaczy PPR-u, którzy mieli prowadzić rozmowy odnośnie przyszłości państwa polskiego. Do konferujących wkrótce dokooptowano Mikołajczyka. Władysław Gomułka prawdopodobnie rozmawiał ze Stalinem na temat więzionych na Łubiance, uzyskując, według własnego mniemania, złagodzenie kar. Małe jest prawdopodobieństwo wpływu słów Gomułki na wysokość wyroków, warto jednak zwrócić uwagę, iż przyszły przywódca PZPR zwracał się z prośbą o umożliwienie osądzenia szesnastu w Polsce. Nie uzyskał jednak aprobaty Stalina. Pod koniec kwietnia Rząd RP na Emigracji ponownie rozpoczął starania o wsparcie amerykańskie i brytyjskie w próbach wyjaśnienia losów działaczy Polskiego Podziemia. Na początku maja pytania dotyczące sprawy zaczęli zadawać członkowie Izby Gmin. Kwestię tę poruszano jeszcze czterokrotnie - za każdym razem bez większych rezultatów. Wreszcie, 3 maja, Mołotow poinformował Edena i Stettinusa o aresztowaniu grupy polskich działaczy, wśród których znajdował się także gen. Okulicki. Pomimo protestów anglosaskich dyplomatów, Mołotow pozostał niewzruszony. Przedstawił zarzuty - działalność dywersyjną na tyłach Armii Czerownej, organizowanie antysowieckiego podziemia oraz nielegalne posiadanie radiostacji. Dwa dni później Churchill został o tym listownie poinformowany przez Stalina. Rząd RP postanowił wystosować pismo do formującej się Organizacji Narodów Zjednoczonych. Protesty i tym razem nie przyniosły efektu. Postanowienia jałtańskie zostały złamane w rażący sposób, a Amerykanie i Brytyjczycy, do tej pory gwaranci ładu w Polsce, nie mogli nic zrobić przeciwko samowoli Związku Sowieckiego. Eden i Stettinus nie podjęli rękawicy rzuconej przez Stalina i Mołotowa.

Wspominaliśmy już, co kierowało Sowietami, gdy planowali zasadzkę na przywódców Polskiego Podziemia. Ich działania w pierwszej kolejności miały godzić w elitę dyplomatyczną, której działalność podziemna przyniosła zasłużoną sławę i która po zakończeniu działań wojennych stać się miała głównym przeciwnikiem komunistów w drodze do objęcia władzy w odbudowywanym kraju. Planowane konsultacje z działaczami prolondyńskimi, w tym Stanisławem Mikołajczykiem, odbyć się miały jeszcze wiosną w Moskwie. Sowieci, aresztując szesnastkę wykluczali ich z udziału w spotkaniu, pokazując jednocześnie krajom anglosaskim, iż Polska to strefa wpływów radzieckich i wewnętrzna kwestia Związku Sowieckiego.

Polaków umieszczono w więzieniu na moskiewskiej Łubiance. Budynek zyskał sobie złą sławę jeszcze w latach trzydziestych, gdy kierowano tu więźniów politycznych, szczególnie w latach "wielkiej czystki". Teraz trafili tu przedstawiciele Polskiego Podziemia. Więzienie na Łubiance znacznie różniło się od typowych sowieckich miejsc odosobnienia, przede wszystkim ze względu na jego przeznaczenie dla ważnych więźniów, co wiązało się ze zwiększonym standardem życia za kratami. Jakże inaczej wyglądała Łubianka od sowieckich obozów, w których zginęły miliony ludzi, nierzadko z głodu i wycieńczenia. Relacje z Łubianki pozostawiło kilku polskich więźniów, którzy po wojnie zdecydowali się na spisanie wspomnień. Wśród niech był Kazimierz Bagiński, który szacował dzień więźnia na 16 godzin - od 6.00 do 22.00. W jego trakcie Sowieci podawali trzy posiłki, a o 14.00 zarządzano dwuipółgodzinną ciszę służącą tym, którzy lubili popołudniową drzemkę. Dodatkowo możliwa była krótka przerwa - 20-minutowy spacer, oczywiście w asyście strażnika. Dzień oczekujących na proces ubarwiały długotrwałe i uciążliwe przesłuchania. Relacjonujący życie na Łubiance przywódcy Polskiego Podziemia doliczyli się ponad stu wezwań w ciągu kilkudziesięciu dni pobytu za więziennymi kratami. Przesłuchania prowadzili oficerowie śledczy, którzy stosowali rozmaite metody nękania przesłuchiwanych w celu ich osłabienia fizycznego i psychicznego. Najczęściej unikali fizycznych starć. Decydowali się na wymyślne tortury psychiczne więźniów, stosując chociażby taktykę polegającą na zmienności nastrojów śledczego względem przesłuchiwanego, co miało zdezorientować ofiarę. Prowadzono przyjacielskie pogawędki, aby za chwilę zmienić klimat przesłuchania o 180 stopni. Co więcej, Polakom doskwierał głód, spowodowany mizernymi posiłkami, który dodatkowo utrudniał składanie zeznań. A trwały one w niektórych wypadkach do połowy czerwca. Najczęściej pytano o działalność przeciwko Armii Czerwonej, choć początkowo temat organizacji "Nie" nie był poruszany. Dopiero w czasem zdominował on kolejne przesłuchania, stając się podstawą do wytoczenia oskarżenia przeciwko przywódcom Polskiego Podziemia. Szczególnie ciężkie zarzuty stawiano Okulickiemu, który był przecież współorganizatorem "Nie". Oficerowie śledczy często w dowolny sposób interpretowali wypowiedzi oskarżonych, nadając im fałszywe brzmienie. I tak, w toku przesłuchań, prokuratura radziecka uzyskała niezbite dowody rzekomej działalności wywrotowej przetrzymywanych szesnastu Polaków.

Proces szesnastu rozpoczął się 18 czerwca 1945 roku. Odbywał się on w moskiewskim Domu Związków i jako żywo mógł przypominać słynne czystki z lat trzydziestych. Wszak to w tym budynku zapadały wyroki śmierci opozycjonistów. Wrażenie to potęgował fakt zaangażowania do pracy Kolegium Wojskowego Sądu Najwyższego ZSRR, któremu przewodniczył gen. Wasyli Ulrich. Obok niego w skład Kolegium weszli gen. Dmitrijew oraz płk Dietistow. Ponadto w rozprawie wziąć mieli udział A. Batner i płk L. Kudriawcew jako sekretarze, płk W. Sjudlin jako sędzia pomocniczy, oskarżyciele Nikołaj Afanasjew i Roman Rudenko (znany później z rozpraw przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze). Każdy oskarżony miał prawo do sowieckiego adwokata, z czego nie skorzystali Okulicki, Jankowski i Stypułkowski. Proces odbywał się w języku rosyjskim, a dla więźniów słabo władających tym językiem przygotowano tłumaczenia. Rankiem 18 czerwca oskarżonych przewieziono na salę rozpraw. Zakazano im komunikowania się ze sobą i uniemożliwiono podejmowanie kontaktów z otoczeniem zewnętrznym. Proces obserwował pracownik ambasady brytyjskiej Bolsover, który raportował do Londynu i spisał sprawozdanie z procesu. Akt oskarżenia podzielony był na pięć rozdziałów. Mówiąc skrótowo - wszystkie dotyczyły działalności na tyłach Armii Czerwonej oraz przeciwko żołnierzom sowieckim. Zarzuty określone były w artykule 58. Kodeksu Karnego Rosyjskiej SRR. Z reguły wyroki zasądzone z powodu przewinienia względem tegoż artykułu były bardzo wysokie, z karą śmierci włącznie. Tym razem radziecki wymiar sprawiedliwości okazał się łaskawszy, choć sytuacja sama w sobie była wysoce precedensowa - oto przywódcy państwa sądzeni byli na terenie innego kraju za przewinienia objęte kodeksem sądzących, popełnione na terenie sądzonych. Strona radziecka tłumaczyła to umową z dnia 26 lipca 1944 roku, którą sygnowali członkowie PKWN, a w kilka miesięcy później ratyfikował również Rząd Tymczasowy. Afanasjew odczytał akt oskarżenia, stwierdzając, iż część oskarżonych w toku śledztwa przyznała się do winy. Gen. Ulrich zwrócił się więc z pytaniem o przyznanie się do winy do Polaków zasiadających na ławach. Większość oskarżonych potwierdziła prawdziwość oskarżeń, przyznając się częściowo. Stypułkowski zdecydowanie zaprzeczył, Jasiukowicz także nie przyznał się do winy. W końcu przyszła kolej na zeznania. Jako pierwszy odpowiadał Jasiukowicz, następnie Bień. Prokuraturę interesowały przede wszystkim organizacja "Nie" i działalność przeciw Armii Czerwonej. Podsądni zeznali, iż nie wiedzieli o antyradzieckich wystąpieniach i dopiero w czasie przesłuchania mieli możliwość zapoznania się z podobnymi informacjami. Pytania oskarżyciela zeszły wkrótce na tory kolaboracji z Niemcami oraz oceny powstania warszawskiego. Dyskusja dopuszczała również uczestnictwo innych podsądnych. Delegat Jankowski przyznał się do winy w kwestii działania przeciwko władzy radzieckiej, tłumacząc się przed oskarżycielem, iż polski aparat rozróżniał działalność Armii Czerwonej od instalowanych struktur administracyjnych ZSRR. Mimo wszystko potwierdził też, iż nie wiedział nic o walkach z armią sowiecką. W trakcie zeznań Jankowskiego zarządzona została dwugodzinna przerwa. Po powrocie kontynuowano przesłuchiwanie Delegata Rządu RP na Kraj. Zawezwani świadkowie bardzo jednostronnie potraktowali sprawę, oskarżając zarówno AK, jak i "Nie" o przygotowywanie powstania antyradzieckiego. Późnym wieczorem pierwszy dzień rozprawy dobiegł końca. Przed południem przesłuchania wznowiono, doprowadzając kolejnych świadków oskarżenia. Przyszedł czas na Okulickiego. Z pewnością była to najciekawsza część rozprawy. Świadkowie procesu byli pod wrażeniem zdecydowanej postawy generała, który nie dał się podejść czyhającym na każdą jego pomyłkę Sowietom, znakomicie dyskutując z zarzucającym mu kolejne przewinienia prokuratorem. Musiał jednak przyznać, iż przygotowywał siły zbrojne na wypadek zagrożeniu niepodległości Polski ze strony ZSRR. Kolejni oskarżeni odpowiadali na następne pytania, choć w większości pokrywały się one z wcześniejszymi. Nieco więcej emocji wzbudziło zeznanie Pużaka, który zagmatwał się w wypowiedzi i w niektórych momentach podważył słowa Okulickiego i Jankowskiego.

Nazajutrz rozpoczęto o 12.00. Sprawę Pajdaka przeniesiono na inny termin i wyłączono z aktualnie trwającego procesu. Ponadto odmówiono Okulickiemu możliwości powołania się na zawezwanych przez niego świadków, tłumacząc to trudnościami w przewiezieniu ich z Polski. W związku z tym gen. Ulrich postanowił zakończyć proces. Afanasjew wygłosił bardzo ostre przemówienie końcowe. Jego mowa, pełna inwektyw i oszczerstw, niewątpliwie była znakomitym podsumowaniem całego procesu – było to bowiem farsa wymiary sprawiedliwości. Nazwał oskarżonych "zbrodniczą spółką" i "organizatorami zabójstw i dywersji". Pohamował jednak swój gniew, prosząc kolegium o łagodniejszy wymiar kary z powodu radosnych dni radzieckiego zwycięstwa, które nie powinno być zmącone rozstrzeliwaniami, mimo iż, w jego opinii, oskarżeni na taką karę zasługiwali. Następnie przemawiał Rudenko, także nie przebierając w słowach. Po nim przyszła kolej na obrońców. 80-minutowa mowa Okulickiego, który nie korzystał z adwokata, była wielkim manifestem zakończonym słowami: "Spełniłem swój obowiązek względem ojczyzny jak żołnierz, który działał stosownie do rozkazów swojego rządu". Następnie swoje chwile mieli obrońcy sądzonych. Po nich przyszedł czas na Jankowskiego i Stypułkowskiego. Nastąpiła krótka przerwa, po której oskarżeni mogli po raz ostatni zabrać głos w swojej obronie. O 0.45 21 czerwca zakończył swoją przemowę Stypułkowski. Urlich ogłosił przerwę. O 4.30 rozpoczął odczytywanie wyroków. Jak już mówiliśmy, w porównaniu z toczonymi niegdyś na tej sali i przed podobnym kolegium procesami, orzeczone kary nie były tak wysokie. Oskarżonym zaliczono okres uwięzienia od 27 marca 1945 roku, co wydatnie skróciło kary więzienia w przypadku niższych wyroków. I tak:
L. Okulicki - 10 lat
J.S. Jankowski - 8 lat
A. Bień i S. Jasiukowicz - 5 lat
K. Pużak - 1,5 roku
A. Zwierzyński, K. Bagiński, E. Czarnowski, J. Chaciński, S. Mierzwa, Z. Stypułkowski i F. Urbański - 4-18 miesięcy
Uniewinnieni zostali K. Kobylański, S. Michałowski i J. Stemler.

Ogłoszenie wyroku akurat w tym dniu było sprytnie zaplanowaną intrygą Sowietów, którzy w tym czasie prowadzili w Moskwie negocjacje ze Stanisławem Mikołjaczykiem, premierem Rządu RP na Emigracji. Rozmowy dotyczyły przyszłości państwa polskiego oraz utworzenia rzekomo koalicyjnego rządu tymczasowego, w skład którego obok komunistów weszliby także członkowie innych ugrupowań. Mimo iż układ sił na polskiej scenie politycznej był dla komunistycznej partii niekorzystny, przemawiali oni z pozycji siły, mając do dyspozycji Ludowe Wojsko Polskie oraz, a może i przede wszystkim, Armię Czerwoną. Pod przykrywką tworzenia rządu działającego na demokratycznych zasadach Sowieci chcieli stworzyć w Polsce dyktaturę komunistyczną i tak naprawdę pozbawić opozycję pola do działania. Mikołajczyk nie był wyjątkiem - miał co prawda nadzieję, iż uda mu się cokolwiek uzyskać w stolicy Związku Radzieckiego, jednakże jego złudzenia zostały szybko rozwiane przez działaczy komunistycznych, którzy nie mieli zamiaru przejmowania się współzawodnikami w drodze do rządzenia krajem. Zniszczona po wojnie Polska nie mogła w zdecydowany sposób stawić oporu nowemu najeźdźcy, który z czasem rósł w siłę, likwidując kolejne oddziały, które po rozprawie z hitlerowskim okupantem nie złożyły jeszcze broni. Rażąca niesprawiedliwość była tylko początkiem aktów represji względem Polskiego Podziemia. Działaczy Armii Krajowej, którzy nie zdecydowali się na współpracę z Sowietami, czekały szykany, więzienie czy zsyłki. Okazało się bowiem, iż komuniści za wszelką cenę, wykorzystując rozbudowany aparat przymusu, starali się poszerzyć zakres swojej władzy, której na drodze stali byli żołnierze organizacji kierowanych przez Rząd Emigracyjny. Ten z kolei stracił wpływ na sprawy dotyczące Polski, gdyż na arenie międzynarodowej cofnięto mu uznanie dyplomatyczne, co sprawiło, iż kolejni premierzy i ich gabinety nie były w oczach świata legalnymi przedstawicielstwami narodu polskiego.

Smutny był los tych, którzy dla dobra kraju nie wahali się podjąć ryzyka pruszkowskich rozmów. Ludzi, którzy stanowili o sile oporu Polskiego Podziemia w okresie II wojny światowej, oporu wymierzonego przede wszystkim przeciw wspólnemu wrogowi Polaków i Sowietów, przeciw Niemcom. Okazało się jednak, iż w powojennej rzeczywistości nie ma to większego znaczenia, a ci, którym winien przysługiwać status bohaterów narodowych, doczekali się wyroków i więzienia. Jeszcze w 1945 roku do Polski powrócili zwolnieni Michałowski, Kobylański, Stemler (czerwiec), Stypułkowski, Mierzwa, Chaciński, Urbański (sierpień), Czarnowski (wrzesień), Zwierzyński, Pużak, Bagiński (amnestia listopadowa). W 1949 roku ojczyznę ponownie zobaczył Bień. Z kolei Pajdak, sądzony w późniejszym czasie otrzymał pięcioletni wyrok i dopiero w 1955 roku odzyskał wolność. Trzech uwięzionych nie miało tej możliwości. W 1946 roku życie zakończył Okulicki, w 1950 roku zmarł Jasiukowicz, a w 1953 roku, ledwie dwa tygodnie przed końcem kary w niewyjaśnionych okolicznościach zginął Jankowski. Proces szesnastu ostatecznie dobiegł końca.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków