Alamo Scouts - amerykańscy zwiadowcy na Pacyfiku

Artykuły serwisu "II wojna światowa"


Czy możliwe jest, aby formacja wojskowa przeprowadziła ponad sto operacji, nie ponosząc przy tym żadnych strat? Okazuje się, że tak. Nawet w realiach II wojny światowej. Zwiadowcy Alamo przeszli do historii jako jedni z najskuteczniejszych żołnierzy amerykańskich z czasów walk z Japończykami. Mimo iż byli zaangażowani w karkołomne, ryzykowne operacje, nie stracili w ich trakcie ani jednego żołnierza.

Czym byli Zwiadowcy Alamo?

Zwiadowcy Alamo (ang. Alamo Scouts) byli formacją zwiadu podległą 6. Armii USA. Armia używała kodowej nazwy "Alamo Force" i to od niej pochodzi nazwa specjalnego oddziału zwiadowców. Alamo Scouts powstali w listopadzie 1943 roku na Wyspie Fergussona i podlegali dowódcy 6. Armii generałowi Walterowi Kruegerowi. To właśnie Kruegowi przypisuje się zasługi sformowania oddziału, przy czym za samą ideę powstania takiej właśnie formacji odpowiadał generał Douglas MacArthur, który chciał mieć "własną" jednostkę zwiadowczą. Zwiadowcy Alamo przeprowadzili, do czasu rozwiązania formacji pod koniec 1945 roku, 106 operacji podczas których nie ponieśli żadnych ofiar śmiertelnych.



Szkolenie i kwaterunek

Zwiadowcy Alamo przechodzili wyjątkowo rygorystyczne, lecz także niebywale innowacyjne szkolenie, które niewątpliwie było kluczowe dla ich przetrwania pośród wojsk japońskich w dżunglach wysp Pacyfiku. Do szkolenia przystępowali ochotnicy z różnych jednostek, musieli jednak pozytywnie zaliczyć test sprawności. Rekruci byli poddawani różnym treningom, zwłaszcza tym o wartości praktycznej. Szkolili się w technice przetrwania (odpowiednik dzisiejszego survivalu) oraz zgłębiali tajniki różnych sztuk walki. W literaturze opisuje się wyjątkowo ciekawe, a przy tym oryginalne, ćwiczenie nieustannej gotowości i czujności. Polegało ono na tym, że każdy uczestnik szkolenia mógł w dowolnej chwili zaatakować innego uczestnika (nawet oficera). Oczywiście były to ataki pozorowane, niemniej jednak znacznie wyczuliły przyszłych zwiadowców na niespodziewane sytuacje. Ważne były także ćwiczenia sprawności fizycznej, np. umiejętności pływania. Każdy rekrut, który nie sprostał wymogom był odsyłany do macierzystej jednostki. Działo się to jednak bez żadnego upokorzenia czy wystawiania negatywnej oceny – wszyscy zdawali sobie bowiem sprawę, iż Alamo Scouts to absolutna elita, na przynależność do której trzeba sobie zapracować. Każdy, kto nie podołał trudom szkolenia lub chciał zrezygnować z ćwiczeń z innych powodów mógł bez problemu wrócić do swojej wcześniejszej formacji. Odsyłani byli także ci z rekrutów, którzy cechowali się agresywnością lub brakiem umiejętności do pracy w zespole. Dzięki takiej selekcji oraz trudnemu treningowi do Alamo Scouts przyjmowani byli tylko żołnierze o doskonałych zdolnościach i wysokim morale. Trudno się dziwić, specyfika pracy tego typu jednostek opierała się na absolutnym skoncentrowaniu na celu, podporządkowaniu i lojalności. Tym wyjątkowo nowoczesnym jak na tamte czasy szkoleniem kierowali dowódcy formacji Alamo Scouts: pułkownik Fredercik Bradshaw oraz major Homer Williams.



Zarówno Zwiadowcy Alamo, jak i rekruci do tej formacji, byli traktowani jako żołnierze elitarni. Oznaczało to między innymi, że ich kwatery były urządzone na wysokim poziomie. Otrzymywali często wyszukane posiłki. Posiadali także możliwość otrzymania na swoje misje takiej broni ręcznej, jakiej sobie zażyczyli. Metoda dowolnego "uzbrajania" zwiadowców była niezbyt formalna, jednak dowództwo "przymykało oczy" na tego typu działania, mając świadomość, że długie operacje na tyłach wroga wymagają personalizacji ekwipunku.



Taktyka zwiadu i operacji na tyłach

Zadaniem Alamo Scouts były różnego rodzaju operacje na tyłach wojsk japońskich. Operacje te były zarówno stricte wywiadowcze (rozeznanie liczebności sił wroga, odkrycie wrogich baz lub sprawdzenie wysokości morale przeciwnika), dywersyjno-sabotażowe, ale i ratunkowe (np. uwalnianie jeńców). W realiach wojny na Pacyfiku oznaczało to zazwyczaj działanie na kontrolowanych przez siły Cesarstwa Japońskiego wyspach (lub ich częściach, w przypadku wysp większych). Dlatego też niezbędne było wytworzenie specyficznej taktyki działania, dostosowanej do wyspiarskiego rejonu walk. Pierwszym jej elementem było dostarczenie zwiadowców na wyspę kontrolowaną przez wroga (lub dany rejon wyspy, o którą toczyły się walki). Najczęściej korzystano z transportu łodzią latającą Consolidated PBY Catalina, przypłynięcia okrętem podwodnym (np. USS S-47) lub kutrem torpedowym (np. PT-132) lub zrzutu z pokładu samolotu transportowego Douglas S-47 Skytrain. W celu lepszej konspiracji działań do samego brzegu zwiadowcy podpływali pontonami, z których spuszczali powietrze i zakopywali je w ziemi. Dalszą część zadania, trwającą nieraz ponad tydzień, realizowali pieszo. Korzystali przy tym z maskującego umundurowania. Ich uzbrojenie było różnorodne, co wiązało się z opisanym powyżej indywidualnym wyborem broni ręcznej. Niemniej jednak największą popularnością cieszyły się karabinki M1 oraz ich wariant ze składaną kolbą M1A1. Karabinki te były wykorzystywane także przez spadochroniarzy, gdyż przez swoje niewielkie (jak na tamte czasy) rozmiary doskonale nadawały się jako broń jednostek operujących na tyłach wroga. W użyciu często był także pistolet maszynowy M-3 nazywany popularnie "grease gun". W celu sprawnego działania w separacji od własnych wojsk Alamo Scotus starali się nawiązywać przyjazne relacje z ludnością tubylczą zamieszkującą wyspy. W tym celu nierzadko towarzyszył im tłumacz. Działanie to przynosiło bardzo pozytywne efekty, gdyż większość mieszkańców wysp Pacyfiku (np. Filipin) nie darzyła sympatią japońskiego okupanta.



Gdy zwiadowcy wykonali już swoje zadanie, musieli wrócić do swojej bazy. W tym celu kontaktowali się ze swoim łącznikiem, który najczęściej pływał na jednym z okrętów marynarki wojennej w pobliżu rejonu operowania Alamo Scouts. Wykorzystywali do tego radiostacje: SCR-300 (warto dodać, iż została ona skonstruowana przez Polaka Henryka Magnuskiego) lub ATR-4. Gdy łącznik otrzymał taki sygnał, kontaktował się ze zwiadowcami, by dograć szczegóły "odbioru" i zapewniał im bezpieczny transport. Sami Alamo Scouts wykopywali zaś swój ponton i ruszali na miejsce spotkania z kutrem, okrętem lub łodzią latającą, które miały przetransportować ich do bazy. Operacje te najczęściej przeprowadzano nocą oraz przy sprzyjających warunkach pogodowych.



Dokonania

Alamo Scouts przeprowadzili 106 operacji w czasie wojny na Pacyfiku (zwłaszcza na obszarze Nowej Gwinei i Filipin). Jak to już zostało wspominane, nie ponieśli w ich trakcie żadnych strat. Do najbardziej spektakularnych akcji, jakie mieli na koncie można zaliczyć: śmiałą akcję zwiadowczą na Los Negros, uwolnienie 197 alianckich jeńców na Nowej Gwinei oraz udany atak na Cabanatuan, podczas którego wzięli do niewoli 84 Japończyków (działali wraz z 6. Batalionem Rangersów) oraz uwolnili 500 jeńców. Co ciekawe, te znaczące wyczyny długo nie były znane światu, gdyż wszelka dokumentacja związana z Alamo Scouts była utajniona aż do roku 1986, a na weteranów nałożono trwający dość długo obowiązek milczenia. Dopiero od tych lat 80-tych Zwiadowcy Alamo mogli mówić o swoich dokonaniach, przeniknęli także do kultury masowej. Niewątpliwie znaczącą rolę odegrała w tym książka Larry’ego Alexandra "Shadows in the Jungle. The Alamo Scouts behind Japanese Lines in World War II", którą autor napisał na podstawie licznych rozmów i spotkań z weteranami. Na podstawie polskiego przekładu tej książki powstał także ten artykuł.



Bibliografia:
- Larry Alexander, Cienie w Dżungli. Zwiadowcy Alamo na wyspach Pacyfiku, Warszawa 2010
- Zdjęcia pobrane z domeny publicznej Wikipedia; opisy do zdjęć zostały zrobione przez autora artykułu.

Marek Korczyk - student historii na Uniwersytecie Śląskim. Do jego zainteresowań należą przede wszystkim historia wojskowości oraz dzieje XX wieku. Kolekcjoner różnego rodzaju antyków, zwłaszcza numizmatycznych i filatelistycznych, oraz militariów. Za swój cel uważa obiektywne przedstawianie dziejów minionego stulecia oraz popularyzację mniej znanych źródeł i materiałów historycznych.




Do poczytania


Patronaty


Recenzje