Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Front nie zawsze jest z przodu", Piotr Szreniawski

Informacje


Wydarzenia


Na froncie


Biografie


Tematycznie


Kultura i media


Współpraca





Bitwa o Arnhem
Operacja "Market-Garden"


Gdy 6 czerwca 1944 roku alianci rozpoczynali operację "Overlord", lądując w Normandii, świat wstrzymał oddech. Wydawało się, iż krok przez Kanał La Manche jest jednym z ostatnich, które należy podjąć w celu zakończenia II wojny światowej i pobicia koalicji Państw Osi. Lądowanie w Normandii zakończyło się spektakularnym sukcesem, choć okupionym sporymi stratami. Dało również początek trudnej i wyczerpującej kampanii w Europie Zachodniej, która miała otworzyć siłom sprzymierzonym drogę na Berlin. Historia pokazała, iż realizacja tak ambitnego planu nie mogła się powieść, choć alianckie wojska poczyniły ogromne postępy na niezwykle ciężkim terenie bronionym przez armie niemieckie. Pierwsze tygodnie po otwarciu drugiego frontu zeszły koalicji alianckiej na umacnianiu się na zdobytych terytoriach. Stamtąd musieli wyruszyć w głąb Francji. Bitwa o Normandię mogła zostać rozstrzygnięta na korzyść aliantów w znacznie większym stopniu niż to miało faktycznie miejsce. Posuwające się ramię w ramię brytyjska 21. Grupa Armii gen. Bernarda Law Montgomery'ego i amerykańską 12. Grupa Armii gen. Omara Bradleya (nieco bardziej na południowy-wschód od lewego sąsiada) szybko uporały się z przeciwnikiem stawiającym desperacki opór. W zasadzie pod koniec lipca 1944 roku udało się przełamać niemieckie linie, co doprowadziło do niezwykle korzystnej sytuacji na froncie - spore siły Wehrmachtu zostały niemalże odcięte w rejonie Falaise, gdzie w sierpniu rozegrała się bitwa z udziałem polskiej 1. Dywizji Pancernej. Wydawało się, iż sytuacja jest idealna, aby zniszczyć zgrupowanie wojsk niemieckich i nie pozwolić na wycofanie Wehrmachtu na kolejne linie obronne. Niestety, mimo zwycięstwa w Normandii, nie udało się aliantom pobić Niemców w rejonie Falaise. Bitwa wprawdzie została rozstrzygnięta na korzyść sił sprzymierzonych, a wróg poniósł spore straty, jednakże "korek" zamykający kocioł w tym rejonie nie został domknięty w porę, co umożliwiło Niemcom skuteczne wycofanie i zorganizowanie kolejnego pasa, z którym przyszło się zmierzyć nacierającym. Niemcy wycofywali się w zwartych szykach, ich odwrót nie miał charakteru panicznej ucieczki. Co więcej, mimo iż oddawali przeciwnikowi spore połacie terenu, nie odpuszczali miejscowości portowych (co ciekawe, Dunkierka, spod której w maju 1940 roku panicznie uciekały jednostki brytyjskie i francuskie, trzymała się mocno w rękach niemieckich do maja 1945 roku). Alianci zmuszeni byli dowozić wsparcie głównie za pośrednictwem portu w Cherbourgu, co w dużej mierze utrudniało ich marsz na północ i północny-wschód. 4 września 11. Dywizja Pancerna z Wielkiej Brytanii zajęła wreszcie Antwerpię, jednakże i tam sukces nie był pełny, bowiem od północy miastu wciąż zagrażały jednostki niemieckie. Alianci cierpieli z powodu braku wsparcia. Utrudniony transport i trudności z wyposażeniem mogły w dużej mierze wypaczyć wynik ich jesiennej kampanii, którą przecież zaplanowano jako końcową w drodze na Berlin. Według ankiety przeprowadzonej wśród dowódców amerykańskich i brytyjskich, II wojna światowa w Europie miała zakończyć się jeszcze przed Nowym Rokiem. Te niezwykle optymistyczne zapowiedzi nie miały odzwierciedlenia w rzeczywistości, choć przecież sytuacja na froncie nadal była korzystna, a przewaga sił sprzymierzonych bynajmniej nie malała. Dowództwo natrafiło po drodze na masę rozbieżności dotyczących prowadzenia dalszych działań. We wrześniu sytuacja rozwijała się już niekorzystnie, na co spory wpływ miały trudności z dowozem zaopatrzenia, o czym już wspominaliśmy. Jednostki alianckie rozciągnięte były na szerokim froncie od wybrzeża Kanału La Manche po południową część Francji, gdzie niedawno lądowała amerykańska 6. Grupa Armii dowodzona przez gen. Jacoba L. Deversa. Jej lewym sąsiadem była w tym czasie 12. Grupa Armii z 3. Armią gen. George'a Pattona kierującą się w stronę Zagłębia Saary oraz 1. Armią gen. Courtneya Hodgesa, która jeszcze na początku września osiągnęła granicę z Niemcami i tam natrafiła na szaleńczy opór jednostek nieprzyjaciela. Okazało się, iż wycofujący Niemcy nie stanowili tak wielkiego problemu we Francji, jak podczas obrony własnego kraju przed naporem przeciwnika. Tutaj walka toczyła się już o coś innego. Nie był to cel strategiczny, była to bitwa o przetrwanie. Taki charakter miały zatem zmagania o Akwizgran (niem. Aachen), które kosztowały aliantów wiele sił i środków. Nieco bardziej na północny-zachód znajdowała się 21. Grupa Armii, którą od 1 września bezpośrednio dowodził Montgomery (wcześniej był dowódcą całości sił sojuszniczych). Z dniem tym otrzymał stopień marszałka polnego. Jego siły trzymały spory kawałek gruntu, nacierając na kierunku Antwerpii (brytyjska 2. Armia dowodzona przez gen. Milesa Dempseya) oraz Boulogne, gdzie walczyła kanadyjska 1. Armia gen. Harry'ego Crerara. Wspomnieliśmy pobieżnie o rozbieżnościach w dowództwie alianckim. Te wzięły się zapewne z nieporozumień między wybitnymi jednostkami w szeregach armii brytyjskiej i amerykańskiej. Gen. Dwight David Eisenhower, dowódca operacji sojuszniczych w Europie oraz bezpośredni dowódca wojsk sojuszniczych, planował uderzenie szerokim frontem, co zapewniać miało możliwie jak największe sukcesy. Spora ilość napierających na Niemców wojsk była zdaniem Eisenhowera wystarczająca do tego, aby bić przeciwnika w wielu miejscach jednocześnie. Nieco inny punkt widzenia przedstawiał Montgomery, który jeszcze w sierpniu zwracał uwagę na to, iż należy zgromadzić możliwie jak najwięcej jednostek w jednym miejscu i koncentrycznym atakiem przełamać linie niemieckie. W związku z tym prosił Eisenhowera o przydzielenie mu wsparcia kilkunastu dywizji amerykańskich. Popularny Ike nie mógł przystać na propozycję, bowiem pozbawiłby amerykańskich dowódców znacznej części zgrupowania. W związku z tym Montgomery przystąpił do dalszej krytyki swojego przełożonego, czemu upust dał w powojennych "Wspomnieniach". Nie pozostawił na Eisenhowerze suchej nitki, mówiąc chociażby: "Beddel Smith porównał kiedyś Eisenhowera do trenera drużyny piłki nożnej, który przez cały czas biega po boisku i zachęca wszystkich do kontynuowania gry". A że gra miała polegać na nieustannej ofensywie, Monty miał podstawy, by twierdzić, iż nie da to zamierzonego rezultatu. Z drugiej jednak strony musimy pamiętać o dość kłótliwej naturze Brytyjczyka, który często wypowiadał się w sposób odmienny do zdania innych dowódców. Supreme Headquaters Allied Expeditionary Force (Naczelne Dowództwo Sojuszniczych Sił Ekspedycyjnych) miało zatem twardy orzech do zgryzienia. Niełatwo było w tym czasie pogodzić napływające zewsząd koncepcje prowadzenia wojny, tym bardziej że opór niemiecki tężał, a ofensywa została ostatecznie wyhamowana. W patowej sytuacji na froncie Eisenhower oczekiwał rozwiązania. A to przyszło ze strony człowieka, który miał szczególnie wiele do powiedzenia - Bernarda Law Montgomery'ego.

Montgomery, mimo iż jego umiejętności wojskowe często są poddawane w wątpliwość, był człowiekiem, który w koalicji znaczył bardzo wiele. Szczególnie Brytyjczycy wielbili niegdysiejszego zwycięzcę spod El Alamein, który zatrzymał pochód feldmarszałka Erwina Rommla w Afryce Północnej. Nic zatem dziwnego, iż marszałek cieszył się zaufaniem Winstona Churchilla oraz głównych dowódców brytyjskich. Bardziej sceptyczni względem Monty'ego byli Amerykanie, ale nawet mimo niechęci zmuszeni byli do respektowania jego autorytetu. Jeszcze w sierpniu Brytyjczyk proponował ciekawe rozwiązanie - przy użyciu dywizji powietrznodesantowych alianci mogliby zająć przeprawy na Renie i umożliwić sobie prowadzenie dalszej ofensywy po północno-wschodniej stronie rzeki. Wśród jednostek, które planował wykorzystać w operacji "Comet" znaleźć się miała 1. Samodzielna Brygada Spadochronowa składająca się z Polaków. Ostatecznie jednak z ambitnego planu zrezygnowano, jednak nie był to koniec tego typu pomysłów. Monty sztywno trzymał się opracowanej wcześniej taktyki koncentracji sił i środków. Oczywiście, spodziewał się, iż koncentracja ta przebiegnie na froncie 21. Grupy Armii, cały czas naciskając na Eisenhowera, aby ten zapewnił mu wsparcie. Amerykanin robił, co mógł, często ulegał namowom marszałka, jednakże przekazanie Monty'emu części jednostek amerykańskich nie wchodziło w grę. Mimo wszystko gen. George Patton zauważył, iż Ike jest "najlepszym generałem, jakiego mają Anglicy". Nie była to pochlebna opinia w ustach dowódcy 3. Armii. Wróćmy jednak do pomysłu Montgomery'ego. Ten, w związku z całkowitym odwołaniem operacji "Comet", postanowił nakłonić innych dowódców do przeprowadzenia jeszcze szerzej zakrojonej operacji powietrznodesantowej, której głównym celem byłoby uchwycenie przepraw i mostów na Renie, a co za tym idzie przełamanie niemieckiej linii obronnej. Aby lepiej zrozumieć wydarzenia tamtych dni, musimy spojrzeć na to, jak wyglądała sytuacja Niemców i gdzie rozmieszczone zostały ich jednostki.

Dowództwo Wehrmachtu doskonale zdawało sobie sprawę, iż rejon Holandii świetnie nadaje się do obrony. Wprawdzie nie ma tam wzniesień, które musieliby szturmować alianci, jednakże płaska Holandia została przez naturę obdarzona gęstą siecią rzek, które przez wieki człowiek łączył kanałami. To wszystko stawiało przed aliantami szereg zapór wodnych, bardzo trudnych do sforsowania, wziąwszy pod uwagę, iż brzegi obsadzały doborowe jednostki niemieckie, zaprawione w boju i zdeterminowane do tego, by nie przepuścić armii przeciwnika. Porażka oznaczała bowiem przełamanie bardzo ważnego pasa defensywy, który pośrednio chronił drogi na terytorium III Rzeszy. Szczególnym punktem, którego należało bronić za wszelką cenę, było Zagłębie Ruhry z ważną metropolią Essen. Montgomery doskonale zdawał sobie sprawę ze znaczenia miasta i regionu, dlatego też w jego planach pojawiła się koncepcja zwrócenia uderzenia właśnie w tym kierunku, aby zająć uprzemysłowione rejony Niemiec i zadać ostateczny cios gospodarce przeciwnika. Przypomnijmy, iż na południu do Zagłębia Saary zbliżał się Patton, obejmując szerokim frontem obszar na południe od Metz, przez Luksemburg po Bastogne. Naprzeciw Amerykanów znajdowała się potężna Linia Zygfryda, niemiecki pas umocnień rozciągający się z grubsza od Zagłębia Saary przez Trier, Akwizgran, na wysokość łączącą Eindhoven i Zagłębie Ruhry. Oba niemieckie zagłębia przemysłowe zostały dobrze przygotowane do obrony, a drogi do nich strzegły silne fortyfikacje. Przyjrzyjmy się jeszcze zgrupowaniu niemieckiemu na całej długości frontu. Odcinka południowego broniła Grupa Armii "G" gen. Johannesa Balskowitza obejmująca swym zasięgiem także rejon Saary. Co ciekawe, właśnie z tej armii wydzielony został 2. Korpus Pancerny SS dowodzony przez SS-Obergruppenführera Wilhelma Bittricha. Jego żołnierze mieli za sobą niezwykle trudny szlak bojowy, a dowództwo postanowiło skierować ich w rejon Arnhem, aby mogli odpocząć. Nikt nie spodziewał się, iż w tym rejonie mogą rozpocząć się jakiekolwiek walki. W skład korpusu wchodziły przede wszystkim dwie dywizje pancerne SS - 9. Dywizja Pancerna SS "Hohenstaufen" (SS-Oberführer Walter Harzer) i 10. Dywizja Pancerna SS "Frundsberg" (SS-Brigadeführer Heinz Harmel). W sumie Grupę Armii "G" stanowiły 1. Armia, 5, Armia Pancerna i 19. Armia, jednakże nie miały one wpływu na zmagania pod Arnhem i nie będziemy się nimi zajmować. Wreszcie dochodzimy do Grupy Armii "B" dowodzonej przez feldmarszałka Walthera Modela. Jej armie rozciągały się na najszerszym froncie, który obejmowały 7. Armia gen. Ericha Brandenbergera, 1. Armia Spadochronowa gen. Kurta Studenta i 15. Armia gen. Gustawa Adolfa von Zangena. W zasadzie 7. Armia także nie interesuje nas ze względu na operację "Market-Garden", dlatego szczegółowo przyjrzeć się musimy pozostałym zgrupowaniom działającym w ramach Grupy Armii "B". 15. Armia von Zangena znajdowała się najbliżej Kanału La Manche, na północ od Gandawy, która z kolei była już w rękach 1. Armii gen. Crerara. Obejmowała w swym pasie działania obszar od wybrzeża do Antwerpii. W skład niemieckiej jednostki wchodziły 68. Korpus gen. Sponheimera i 88. Korpus gen. Reinharda. Niezwykle ciekawa, ze względów taktyczno-militarnych, była 1. Armia Spadochronowa gen. Studenta. Dowódca ten miał bogate doświadczenia związane z operacjami powietrznodesantowymi, brał bowiem udział w kampanii francuskiej, a następnie kierował operacją zajęcia Krety. To przyniosło mu zasłużoną sławę i rozgłos. Nie należy zapominać, iż jako kierujący podobnymi jednostkami, miał niebywałe doświadczenie w prowadzeniu operacji spadochroniarskich. 4 września Adolf Hitler nakazał Studentowi objęcie w dowództwo 1. Armii Spadochronowej, która w tym czasie trzymała kierunku na Eindhoven. Jej obszar działania rozciągał się od Maastricht do Antwerpii, z grubsza na odcinku Kanału Alberta. Pod jego dowództwem działać miały 86. Korpus gen. Hansa von Obstfeldera (176. Dywizja Piechoty gen. Landau, Dywizja gen. Erdmanna, Grupa "Walther", 107. Brygada Pancerna mjr Maltzahna i 6. Pułk Spadochronowy płk van der Heydte), 2. Korpus Spadochronowy gen. Eugena Meindla (3. Dywizja Spadochronowa gen. Beckera, 5. Dywizja Spadochronowa gen. Heilmanna i Grupa "Greschick") i 12. Korpus SS Obergruppenführera Kurta von Gottberga (180. Dywizja Piechoty gen. Kempera, 190. Dywizja Piechoty gen. Hammera i 363. Dywizja Grenadierów Ludowych gen. Dettlinga). Tak z grubsza przedstawiały się siły niemieckie w przededniu operacji aliantów, 14 września 1944 roku. Tymczasem dowódcy sił sprzymierzonych podejmowali wiekopomne decyzje.

Operacja "Comet" miała zostać przeprowadzona 9 września. Jak już mówiliśmy, nic z niej nie wyszło, jednakże Montgomery, który w dużej mierze był autorem planu, postanowił zorganizować inne przedsięwzięcie, któremu nadano kryptonim "Market-Garden". Tak jak za poprzednim razem głównym celem operacji miały być mosty na Renie, choć w porównaniu do "Cometa" lista była nieco inna. Zanim jednak zaczniemy zagłębiać się w szczegóły operacyjne, musimy zaznajomić się z jednostkami, które oddelegowano do tego niezwykle trudnego zadania. W zasadzie podstawę sił stanowić miała 1. Armia Powietrznodesantowa, niedawno utworzona, ale już zaprawiona w boju. Szczególnie jednostki amerykańskie miały za sobą ciężki szlak bojowy, lądując chociażby w Normandii. Nie można również zapominać o dywizji brytyjskiej. Doświadczenie zdobyte na różnych polach walk miało procentować w przyszłości.

W ramach 1. Armii Powietrznodesantowej funkcjonować miały dwa korpusy - amerykański 18. Korpus Powietrznodesantowy (17., 82., 101. Dywizja Powietrznodesantowa) i brytyjski 1. Korpus Powietrznodesantowy (1., 6. Dywizja Powietrznodesantowa, 52. Dywizja Szkocka, 1. Samodzielna Brygada Spadochronowa). Dowódcą całości sił został gen. por. Lewis Brereton, który miał pod swoją komendą gen. Lloyda J. Austina i gen. Fredericka Browninga. To właśnie siły wydzielone z 1. Armii Powietrznodesantowej miały głównie wziąć udział w operacji "Market-Garden". W pierwszej kolejności wymienić należy brytyjską 1. Dywizję Powietrznodesantową z gen. Royem Urquhartem na czele (1. Batalion Spadochronowy, 4. Batalion Spadochronowy i 1. Brygada). Urquhart był jednocześnie głównodowodzącym operacją powietrznodesantową. Pod jego rozkazy miały zatem wejść 1. Samodzielna Brygada Spadochronowa gen. Stanisława Sosabowskiego (1., 2., 3. Batalion Spadochronowy), 52. Dywizja Szkocka gen. Hakewella-Smitha (dywizja ta nie została jednak wysłana do boju, choć obejmowały ją plany; dlatego też nie będziemy zagłębiać się w szczegóły jej struktur). Dodatkowo do "Market-Garden" zaangażowano dwie dywizje amerykańskie - 82. Dywizję Powietrznodesantową gen. Jamesa Gavina (504., 505., 508. Pułk Spadochronowy oraz trzy bataliony artylerii) i 101. Dywizja Powietrznodesantowa gen. Maxwella D. Taylora (501., 502. i 506. Pułk Spadochronowy oraz trzy bataliony artylerii). Jeśli chodzi o siły lądowe, które także mogły odegrać niepoślednią rolę w operacji, to zwrócić musimy uwagę przede wszystkim na wywodzącą się z 21. Grupy Armii 2. Armię gen. Milesa Dempseya. W jej składzie działały 8. Korpus gen. Richarda O'Connora (3. Dywizja Piechoty gen. Whistlera, 11. Dywizja Pancerna gen. Robertsa, belgijska 1. Brygada Piechoty płk Piron, 4. Brygada Pancerna bryg. Carvera), 12. Korpus gen. Neila Ritchie'ego (7. Dywizja Pancerna gen. Verneya, szkocka 15. Dywizja Piechoty gen. Barbera, walijska 53. Dywizja Piechoty gen. Rossa), 30. Korpus gen. Briana Horrocksa (Dywizja Pancerna Gwardii gen. Adaira, 43. Dywizja Piechoty gen. Thomasa, 50. Dywizja Piechoty gen. Grahama, 8. Brygada Pancerna bryg. Palmera i holenderska Królewska Brygada Piechoty płk Stevenincka).

Tak, mniej więcej, wyglądały siły aliantów zgromadzone w celu wykonania operacji "Market-Garden". Plany zostały ustalone jeszcze na początku września, jednakże ostateczna decyzja zapadła 10 września podczas spotkania Eisenhowera i Montgomery'ego w Brukseli. Naczelny dowódca pofatygował się do kwatery Brytyjczyka i tam postanowił omówić cele strategiczne na najbliższe tygodnie zmagań. Monty po raz kolejny żądał realizacji swoich postulatów, a Eisenhower musiał szybko przywrócić go do porządku i przypomnieć mu, gdzie znajduje się jego miejsce w hierarchii wojskowej. Monty przedstawił na spotkaniu ostateczny plan operacji "Market-Garden". Z grubsza zakładał on lądowanie sił powietrznodesantowych między Eindhoven a Arnhem, na 60-milowym pasie, gdzie spadochroniarze mieliby opanować szereg mostów na Renie. To pozwoliłoby na wyprowadzenie koncentrycznego uderzenia 30. Korpusu i całej 2. Armii znad kanału Skalda-Monza. Mimo iż nacierać powinny niemal wszystkie jednostki z armii Dempseya, to siłom Horrocksa wyznaczono najważniejsze zadanie, a więc uderzenie wzdłuż osi Eindhoven, Grave, Nijmegen i Arnhem. Po drodze Brytyjczycy natrafiliby na pięć poważnych przeszkód. Zapory wodne będące trudną do przebycia barierą stanowiły Kanał Wilhelminy, Kanał Zuid Willemsvaart, Moza w rejonie Grave, Ren Waal pod Nijmegen i Dolny Ren pod Arnhem. To właśnie tam mosty mieli utrzymać żołnierze Browninga. Zasadniczo ich zadaniem było zaskoczenie jednostek hitlerowskich, zdobycie mostów zanim wysadzi je nieprzyjaciel i utrzymanie przepraw do czasu nadejścia odsieczy. Ta powinna błyskawicznie pokonać tereny Holandii i w ciągu dwóch dni dobić do Arnhem. Siły 2. Armii ukształtowane zostały na wzór strzały, gdzie grotem był 30. Korpus, a jego ramiona stanowiły 12. Korpus na lewo i 8. Korpus na prawo. Wysadzenie jednostek powietrznodesantowych alianci planowali w trzech rzutach, które objąć miały 1. Dywizję Powietrznodesantową ze wspomagającą ją polską brygadą (ich celem byłoby Arnhem), 101. Dywizję Powietrznodesantową, której powierzono przeprawy na Kanale Wilhelminy oraz rejon Eindhoven oraz 82. Dywizję Powietrznodesantową lądującą między Grave a Nijmegen. Zastanawiające jest, iż spokojny zazwyczaj Montgomery nagle zaczął optować za tak radykalnym rozwiązaniem problemu niemieckiej obrony. Jego pomysł sam w sobie nie był zły, jednakże siły niemieckie nie zostały rozpoznane w wystarczającym stopniu, a dowódcy koalicji nie spodziewali się większych kłopotów. Monty wiedział, iż w wypadku powodzenia jego akcji, zostanie okrzyknięty bohaterem. Gdyby pomysł nie wypalił, nikt nie miałby do niego pretensji, bowiem operacja była niezwykle ryzykowna i trudna do zorganizowania i przeprowadzenia. Jeszcze ciekawsze jest to, iż wielu dowódców miało poważne zastrzeżenia wobec planu brytyjskiego marszałka. Urquhart zauważał, iż całe przedsięwzięcie może się nie powieść, Browning obawiał się, iż dywizje wylądują "o jeden most za daleko", ale większych zastrzeżeń nie zgłosił. Radykalne stanowisko przedstawił również Sosabowski, dla którego cały pomysł był niewypałem jeszcze w zarodku. Polski dowódca wyraził swoje wątpliwości jeszcze w trakcie przygotowań do operacji "Comet". 8 września spotkał się z gen. Urquhartem, któremu przedstawił swoją wizję prowadzenia działań. Następnie obaj udali się do Browninga, który miał stwierdzić dość beztrosko: "Mój drogi Sosabowski, Czerwone Diabły i waleczni Polacy mogą dokonać wszystkiego". Jak się okazało, nie mogli. Także strona amerykańska pełna była obaw co do słuszności projektu operacji. Gen. Gavin, zgodnie zresztą z poglądami Sosabowskiego, powiedział, iż teren jest niesprzyjający, a Niemcy uzyskają doskonały przegląd pola z pobliskich wzgórz Groesbeek. Nikt jednak nie śmiał zaprotestować w sposób bardziej porywczy. 12 września odbyła się odprawa u gen. Browninga, który nadal tryskał dobrym humorem i entuzjazmem. Jego samopoczucie nie odzwierciedlało tego, co mogło wydarzyć się na froncie. Podczas odprawy omówiono plan zajęcia okolic Arnhem. 17 września w rejonie miasta miały wylądować sztab 1. DPD, 1. Brygada Spadochronowa byg. Geralda Lathbury'ego oraz 1. Brygada Szybowcowa bryg. Philipa Hicksa. Następnie siły te winny skierować się do Arnhem, aby tam przygotować grunt pod lądowanie 4. Brygady Spadochronowej oraz brygady polskiej, której lądowanie wyznaczono na dzień 19 września. W późniejszym terminie mogła zostać dowieziona 52. Dywizja Szkocka, jednakże rzeczywistość zweryfikowała te plany, a jednostka nie wzięła udziału w operacji. Alianci natrafili też na poważne problemy logistyczne w dziedzinie pozyskiwania niezbędnej ilości samolotów. Ostatecznie do celów operacji oddano 1545 samolotów transportowych oraz 478 szybowców typu "Waco" i "Horsa". Zaangażowano siły amerykańskie i brytyjskie, na które składały się głównie 8. (gen. James H. Doolittle) i 9. Armia Powietrzna Stanów Zjednoczonych (gen. Hoyt S. Vandenberg) oraz 2. Armia Lotnictwa Brytyjskiego air marshalla Arthura Coninghama (Tactical Air Force). Była to zatem ogromna operacja, największa tego typu w historii. Zaangażowano ponad 34 600 żołnierzy, dla których przewieźć należało ogromną ilość artylerii, ponad 1700 pojazdów oraz ponad 3000 ton innego rodzaju zaopatrzenia. Do poprawnego przeprowadzenia operacji wymagana była niezwykła synchronizacja w czasie. Zadania musiały zostać wykonane skutecznie i w odpowiedniej kolejności, ponieważ jedno zdarzenie mogło wywołać lawinę innych. I tak, 82. DPD nakazano chociażby, aby nie szturmowała wyznaczonych mostów zanim nie padną wzg. Groesbeek. Był to jeden z postulatów Sosabowskiego, który przekazał swoje uwagi Browningowi. Warto jeszcze wspomnieć, iż Polak wyraził bardzo ważną myśl dotyczącą rozpoznania niemieckiego - co się stanie, jeżeli siły hitlerowskie będą w stanie udanie interweniować i zatrzymają ofensywę aliantów. Tego nie wiedział nikt, a wywiad aliancki tym razem nie przyniósł cennych i szczegółowych informacji na temat zgrupowania wroga. Pojedyncze głosy rozsądku, mówiące o tym, iż Niemcy są w stanie stawiać desperacki opór, nawet pomimo niedawnej rewolty w armii, zlekceważono.

8 maja 1892 roku w Stanisławowie urodził się Stanisław Sosabowski. Człowiek ten szybko związał swoje życie z wojskiem, służąc w Legionach, a następnie wykładając w Wyższej Szkole Wojennej. W czasie kampanii wrześniowej nie tylko dowodził rozbitymi zgrupowaniami z 8. i 20. dywizji, ale i nie dał się złapać Niemcom. Dzięki temu uniknął niewoli i mógł się poświęcić pracy konspiracyjnej w organizacji gen. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego Służba Zwycięstwu Polski. Niedługo zabawił w okupowanej ojczyźnie, gdyż szybko zdecydował się na emigrację do Francji. Tam dowodził m.in. 4. Dywizją Piechoty, z którą po klęsce sojusznika przedostał się do Wielkiej Brytanii. Na miejscu okazało się, iż dowództwo wiąże z Sosabowskim spore nadzieje. Postanowiono oddać pod jego dowództwo Kanadyjską Brygadę Strzelców zaplanowaną jako zbiór żołnierzy z polonii przebywającej na stałe w Kanadzie. Ambitne plany objąć miały byłą kadrę 4. DP bezczynnie siedzącą w Wielkiej Brytanii. Niestety, akcja werbunkowa w Ameryce Północnej była jednym wielkim niewypałem, nie udało się pozyskać Polaków. Dlatego też zaplanowano wykorzystanie pozostających bez przydziału żołnierzy w inny sposób. Żołnierze zostali przeniesieni do Eliock na terenie Szkocji i tam rozpoczęli żmudne przygotowania do przyszłego boju, na razie jeszcze w ramach Kanadyjskiej Brygady Strzelców. W sierpniu nazwę jednostki zmieniono na 4. Kadrową Brygadę Strzelców, co było nader oczywistym nawiązaniem do tradycji francuskich. Gen. Władysław Sikorski i jego Sztab postanowili, iż siły Sosabowskiego otrzymają niezwykłe zadanie. Zamierzano wykorzystać ich do pracy w okupowanej ojczyźnie, a co za tym idzie, należało ich odpowiednio przeszkolić nie tylko w zakresie konspiracji, walki czy strzelania, ale i skoków spadochronowych. Na razie jednak żołnierze ćwiczyli na wybrzeżu, obsadzając spory kawałek terenu od Firth of Forth do Anstruther, gdzie mieli zapobiegać ewentualnemu desantowi niemieckiemu. Na początku 1941 roku pojawiła się nowa szansa dla tych, którym nie odpowiadało dość nudne życie w Szkocji. Żołnierzom zaproponowano wzięcie udziału w kursach spadochronowych, w których uczestniczyć mieli również cichociemni, a więc ludzie wysyłani do kraju na pokładach samolotów. W lutym pierwsza ekipa z 4. brygady udała się na przeszkolenie w Ringway. Wkrótce rozpoczęto organizowanie coraz większej ilości kursów, a Polacy pokusili się o zbudowanie własnego ośrodka w Largo House, gdzie mieli doskonałe warunki do trenowania trudnego rzemiosła wojennego. 23 września 1941 roku gen. Sikorski wizytował brygadę, która demonstrowała nowo nabyte umiejętności. Wszyscy byli zgodni co do tego, że Polacy fantastycznie wykonali swoją robotę, choć nie sprzyjały im w tym dniu ani warunki atmosferyczne, ani terenowe. Być może to właśnie te ćwiczenia zadecydowały o przyszłych losach jednostki Sosabowskiego. Naczelny Wódz postanowił ją przemianować na 1. Samodzielną Brygadę Spadochronową, przyznając również odznakę spadochronową. Zasadniczo nadal prowadzono szkolenie, a w życiu brygady niewiele się zmieniło. Można jednak powiedzieć, iż przemianowanie wiązało się z wielkimi planami, jakie miało wobec brygady Naczelne Dowództwo. Sam Sikorski planował, iż w przyszłości zostanie ona wykorzystana nie tyle do pracy konspiracyjnej w okupowanym kraju, ile do wsparcia powszechnego powstania, które miało kiedyś rozpocząć się w Polsce. Na razie jednak tak ambitne plany weryfikowała smutna rzeczywistość - ani alianci, ani tym bardziej Polacy, nie mieli możliwości do przeprowadzenia operacji zakrojonej na tak wielką skalę. Pozostawiono to kwestii przyszłości. Teraz skupiono się na szkoleniu żołnierzy oraz stopniowej rozbudowie jednostki, czemu służyć miały regularnie przysyłane posiłki. Trwał również transport niezbędnego zaopatrzenia dla jednostki. Sprzęt przysyłali przede wszystkim Brytyjczycy, którzy zgodzili się również, aby brygada została usamodzielniona i oddana pod rozkaz polskiego Naczelnego Wodza. Jednocześnie alianci zachodni nie rezygnowali z własnych planów dotyczących Polaków, zakładając, iż w przyszłości zostaną oni wykorzystani w działaniach na froncie zachodnim. Oczywiście, wciąż priorytetem było powstanie powszechne w okupowanej ojczyźnie, jednakże póki co zdecydowanie bardziej realne było zaangażowanie Sosabowskiego i jego podopiecznych w rejonie położonym bliżej Wysp Brytyjskich. Szczególne zainteresowanie losami 1. SBS wykazywał brytyjski generał Frederick Browning, który często wizytował Polaków i prowadził starania o włączenie ich do jednolitej struktury sił sprzymierzonych. Sam Browning w późniejszym czasie zostanie dowódcą 1. Korpusu Powietrznodesantowego (mianowany 16 kwietnia 1944 roku), który funkcjonować miał w ramach 1. Alianckiej Armii Powietrznodesantowej sformowanej przez SHAEF. Pod jego rozkazy trafiła wtedy także polska brygada spadochronowa. W 1943 roku była ona jeszcze daleko od tego, aby wziąć udział w operacji "Market-Garden", choć niewątpliwie coraz częściej trenowała z jednostkami brytyjskimi. Na początku 1944 roku coraz częściej zaczęły się pojawiać informacje, jakoby Polacy mieli zostać włączeni w skład 21. Grupy Armii przewidywanej do zajmowania Francji. Zabiegał o to sam gen. Montgomery, który 13 marca 1944 roku wizytował 1. Dywizję Pancerną i przy okazji spotkał się z żołnierzami 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Sosabowski mógł być zadowolony z recenzji Monty'ego, choć niepokojem napawał go fakt odbiegania od standardowego celu, jaki niegdyś przydzielano jego jednostce, a więc udziału w powstaniu. Latem 1944 roku było już oczywiste, iż Polacy lądować będą gdzie indziej. Nie pomogły protesty polskiego dowództwa i samych żołnierzy. Włączenie do 1. Korpusu Powietrznodesantowego było widocznym znakiem tego, że Sosabowski i spółka niedługo znajdą się na froncie. Niestety, nie tym, na którym chcieli się znaleźć. W tym czasie brygada liczyła sobie ponad 2200 żołnierzy sformowanych w trzy bataliony. Dowódcą cały czas pozostawał gen. Stanisław Sosabowski. Jego zastępcą był w tym czasie mjr dypl. Marian Tonn, z kolei szefem sztabu został mjr dypl. Ryszard Małaszkiewicz. Dowództwo nad batalionami objęli mjr dypl. Marian Tonn, kpt. Wacław Płoszewski i kpt. Wacław Sobociński. W czerwcu i lipcu Brytyjczycy mocno naciskali na Sosabowskiego, aby ten przyspieszył termin osiągnięcia gotowości bojowej przez brygadę. Ten nie ustępował i uparcie twierdził, iż jego żołnierze będą przygotowani na 1 września 1944 roku. W związku z tym Browning przydzielił jednostce gen. Downa, który kontrolował cały proces i pomagał Sosabowskiemu w ostatnich dniach treningu. Niestety, 6 lipca zdarzył się tragiczny wypadek. Zderzyły się dwa samoloty przewożące żołnierzy brygady. W wyniku eksplozji zginęło 26 ludzi. Polacy w sierpniu uzyskali gotowość bojową, zaczęto nawet przesyłać pierwsze oddziały na kontynent. Bezskutecznie, bowiem planowane operacji nie wypaliły. Dopiero 12 września na odprawie u gen. Browninga zapowiedziano, iż 1. Samodzielna Brygada Spadochronowa weźmie udział w operacji "Market". 17 września dowódca podyktował rozkaz dot. zbliżającej się operacji:
"[...] Żołnierze Brygady!
[...] W czwarty rok istnienia naszej Brygady wkraczamy bojem.
Nie od nas zależało, że pierwszy ten bój nie odbywa się na naszej ojczystej ziemi.

Zrobimy wszystko, by dobrze wykonać swój żołnierski obowiązek i w ten sposób przyczynić chwały Ojczyźnie i pośrednio Jej pomóc. [...]"

16 września wieczorem gen. Brereton oczekiwał prognozy pogody na dzień następny. O 19.00 dostarczono mu odpowiednie dane. Nic nie zwiastowało, iż warunki atmosferyczne będą niesprzyjające, wobec tego Brereton postanowił wydać rozkaz rozpoczęcia operacji "Market" (plan lądowania, kryptonimem "Garden" opatrzono działania lądowe podejmowane przez 2. Armię) w dniu 17 września, a więc zgodnie z wcześniejszymi propozycjami. Lądowania rozpoczęły się o godz. 12.30 i w zasadzie w ciągu kolejnych 90 minut było już po sprawie. Wszystkie trzy grupy bez trudów osiągnęły wyznaczone cele. Nawet rozrzut był niewielki; szacuje się, iż ponad 80% spadochroniarzy spadło bezpośrednio na wyznaczone punkty bądź też w niewielkiej odległości od celów. Niemiecka artyleria przeciwlotnicza starała się zareagować, jednakże próby nie przynosiły efektu. Niewielu spadochroniarzy dostało się pod ogień niemieckich artylerzystów. Co więcej, nie reagowała Luftwaffe. O incydencie w rejonie Arnhem niemal natychmiast powiadomiono Hitlera. Ten, po raz kolejny w trakcie tej wojny, wpadł w furię. Szczególnie zaniepokoiła go bezczynność sił powietrznych, które przecież nie mogły dopuścić do tego, by alianci lądowali bezkarnie na tyłach wojsk niemieckich. Furia wodza III Rzeszy była zatem uzasadniona. Miał też spore powody do obaw o losy swoich żołnierzy zgromadzonych w zagrożonym rejonie. Wiedział jednak, iż w pobliżu Arnhem znajduje się przysłany w początkach września 2. Korpus Pancerny SS z dwiema dywizjami w składzie. Wprawdzie jednostki te były mocno wykrwawione wcześniejszymi walkami, a ich członków odesłano pod Arnhem na wypoczynek, jednakże wciąż stanowiły poważne zagrożenie dla desantujących żołnierzy przeciwnika. Tym bardziej że wywiad aliancki zupełnie pominął obecność 9. i 10. dywizji, które nagle znalazły się w samym sercu walk i mogły rozstrzygnąć je na korzyść Niemców. Na razie jednak operacja "Market-Garden" przebiegała zgodnie z planem, choć niemal od początku spadochroniarze alianccy podzielili się na trzy zgrupowania, które nie miały ze sobą styczności - pierwsze z nich stanowiła najbardziej na południe wysunięta 101. Dywizja Powietrznodesantowa i to od niej zaczniemy omawianie wydarzeń 17 września 1944 roku.

Gen. Maxwell Taylor i jego "Krzyczące Orły" zdawali sobie sprawę z tego, iż zadanie, jakie im postawiono, jest wyjątkowo ciężkie. Przypomnijmy, iż rejon lądowania 101. DPD rozciągał się od Eindhoven po Grave. Ten płaski teren gęsto usiany był kanałami wodnymi, a Taylor natychmiast spostrzegł, iż utrzymanie przepraw dla 2. Armii wymagać będzie zajęcia sporej liczby mostów. Zasadniczo jego siły miały lądować w pobliżu Son, skąd 502. pułk winien udać się na St. Oedenrode, gdzie znajdował się most na Dolnym Dommel oraz w rejon Best. 506. pułk miał opanować przeprawy w Son i Eindhoven. Z kolei 501. pułk winien wylądować w rejonie Veghel i ruszyć do zajęcia czterech mostów na Górnym Dommel. Zadanie było zatem trudne, a pas działania dywizji dość wąski. Dodatkowo Taylor nie mógł liczyć na wsparcie artylerii i środków transportu, ponieważ te powinny przybyć dopiero w kolejnych dniach od Dnia "D" operacji "Market". O 13.07 17 września nad rejon desantowania nadleciała pierwsza grupa ze spadochroniarzami. Po drodze samoloty dostały się pod ostrzał niemiecki. Jeden z nich eksplodował. Wcześniej zdążyli z niego wyskoczyć spadochroniarze (zniszczony został jeszcze jeden samolot, jednakże nie udało mi się ustalić jego typu). Ogółem desantowanie przebiegało nader sprawnie, a wykryte osiem czołgów niemieckich w rejonie Son udało się zniszczyć lub rozpędzić. 506. pułk z miejsca ruszył wzdłuż Son w kierunku Kanału Wilhelminy, gdzie nie odnaleziono mostów. Te zostały wcześniej zerwane, co zmusiło żołnierzy do przerzucenia prowizorycznie skleconych kładek. Pułk szybko maszerował na południe, aby dotrzeć do Eindhoven. W rejonie miasta napotkano silny opór niemiecki. Dowódca pułku postanowił obejść Eindhoven i zaatakować je od wschodu. Niemal w samo południe 18 września Amerykanie wkroczyli do miasta, gdzie witała ich miejscowa ludność. Teraz 506. pułk miał nawiązać styczność z 30. Korpusem gen. Horrocksa. A ten 17 września zainicjował akcję ofensywną. O 14.15 masowy ogień otworzyła artyleria korpusu, a w dwadzieścia minut później do boju ruszyły siły piechoty. Wsparcie zapewniały samoloty bombowe RAF-u. Operację osłaniały myśliwce. Natarcie 30. Korpusu poprzedzały siły pancerne, które szybko torowały drogę do granicy holenderskiej. Tę przekroczono w zasadzie ok. 15.00. Siły Horrocksa spokojnie zmierzały na północ, aby połączyć się z dywizjami powietrznodesantowymi. Tymczasem, w wyniku akcji 501. pułku, opanowane zostało Oedenrode oraz Veghel. Wprawdzie spadochroniarze odnosili sukcesy, jednakże nie udało się uzyskać całkowitego zaskoczenia Niemców. Niestety, natarcie nie przebiegało zgodnie z planem i jeszcze w trakcie pierwszego dnia zanotowano poważne opóźnienia względem rozkładu. 502. pułk spadochronowy osiągnął lokalny sukces jeszcze 17 września. Już wieczorem padło St. Oedenrode, a most na rzece Dommel dostał się w ręce aliantów nietknięty. Sztuka ta nie powiodła się w przypadku mostu w rejonie Best. 101. dywizja powoli organizowała się na zdobytych terenach, czemu służyć miały posiłki przybywające w następnych dniach. Nawiązanie łączności z siłami lądowymi także miało spore znaczenie, bowiem oba zgrupowania mogły teraz wzajemnie kontrolować swoje akcje. 18 września funkcjonowało już prowizoryczne lądowisko w rejonie Son, gdzie 101. dywizja przyjmowała samoloty i szybowce. Zanotowano jednak spore straty, ponieważ aż 22 szybowce zostały zniszczone. Mimo to udało się dowieźć kolejne oddziały i niezbędne zaopatrzenie. 19 września operację ponowiono. I choć po raz kolejny notowano sukcesy niemieckiej artylerii, "Krzyczące Orły" były już niemal w komplecie. Sytuację poprawiło połączenie wysuniętych oddziałów z 30. Korpusu z siłami 101. DPD. Pędzące czołgi umożliwiły nawet zatrzymanie pierwszego poważnego kontruderzenia sił niemieckich w rejonie Best. Dowództwo "Krzyczących Orłów" ulokowało się w St. Oedenrode, gdzie nie spodziewano się większych komplikacji. Te miały przyjść dopiero w ciągu najbliższych dni.

82. Dywizja Powietrznodesantowa miała objąć zasięgiem obszar od Grave do Nijmegen. W porównaniu do kolegów ze 101. rejon lądowania sił gen. Gavina miał większą szerokość. To wiązało się również ze sporą ilością zadań wyznaczonych przez dowództwo. Chyba najważniejsze z nich stanowiło zdobycie mostu w Grave, co przydzielono 504. Pułkowi Spadochronowemu. Płk Tucker, dowódca pułku, postanowił zorganizować koncentryczne uderzenie na przeprawę, wysadzając jedną z kompanii na drugim z brzegów. Te swoiste kleszcze miały umożliwić zaskoczenie broniących się Niemców i szybkie opanowanie mostu. Ważne zadanie przydzielono również 508. pułkowi, który desantował się w rejonie wzg. Groesbeek. Jak pamiętamy, zajęcie wzniesień mogło uratować walczące w innych rejonach jednostki. Wreszcie niemal w tym samym rejonie, w pobliżu Groesbeek lądować miał 505. pułk z zadaniem wyruszenia na Riethorst i Heumen. Lądowanie odbywało się bez większych przeszkód, być może jeszcze celniej niż 101. DPD. Prawdopodobnie tylko jeden z batalionów 508. pułku spadł nieco za daleko, jednak żołnierze szybko dotarli do reszty oddziału. Najlepiej desantował się 504. pułk por. Thompsona, który wyskoczył z żołnierzami nad mostem w Grave i niemal z miejsca zajął przeprawę w stanie nieuszkodzonym. Most na Mozie opanowano w ciągu zaledwie trzech godzin zmagań, a Niemcy wyprowadzili jedynie lokalne kontrataki, które bez trudów zatrzymali żołnierze Thompsona. Do wieczora 1. batalionowi udało się zająć most w Molenhoek na Kanale Moza-Waal, który odegrał później ważną rolę w czasie pozostałych działań alianckich. 505. pułkowi udało się bezpiecznie wylądować w rejonie Groesbeek i zająć okoliczne wzniesienia. Wreszcie dochodzimy do 508. pułku płk Linquista, którego żołnierze także lądowali na Groesbeek, jednakże ich celem był obszar pomiędzy Wyler i Nijmegen. 508. miał opanować most w Nijmegen, niezwykle ważny dla powodzenia całej operacji. Po południu Lindquist odesłał 1. batalion ppłk Warrena w celu opanowania przeprawy. Wprawdzie siły Warrena wkroczyły do miasta i dotarły do mostu, jednakże nie udało się im opanować przejścia. Na ich drodze stanęły oddziały batalionu SS, który natychmiast interweniował, powstrzymując aliantów przed wykonaniem zadania. Kolejnego dnia siły 508. pułku ponownie podejmowały się prób uchwycenia mostu. I tym razem nie przyniosło to większego efektu, a opór niemiecki w tym rejonie nasilał się. Co więcej, kontrnatarcie przeciwnika w rejonie Wyler zagrażało żywotności dalszych planów sił sprzymierzonych, które zakładały lądowanie większej ilości sił właśnie w tym rejonie 18 września. Na szczęście, 82. DPD udało się oczyścić teren w stopniu wystarczającym do przeprowadzenia kolejnego desantu. Przybyli nowi żołnierze oraz duża ilość zaopatrzenia. Defensywę musiał prowadzić także 505. pułk, który bronił się w rejonie Horst. Na szczęście dla 82. DPD, żołnierzom udało się przetrwać najtrudniejsze chwile. O 8.20 19 września czołówki 30. Korpusu dotarły do przedmieść Grave, gdzie doszło do spotkania z oddziałami 504. pułku. Wprawdzie sily lądowe wciąż miały ogromne spóźnienie względem pierwotnego planu, jednakże możliwe już było prowadzenie działań zakrojonych na większą skalę na północ od Grave, na kierunku Nijmegen. W ciągu kilku godzin zaczęły ściągać coraz większe siły Dywizji Pancernej Gwardii. To skłoniło dowództwo do podjęcia się prób opanowania mostów w Nijmegen. Jeszcze przed wieczorem rozpoczął się bój o most kolejowy na Kanale Waal. Alianci desperacko próbowali przedostać się na północną stronę zapory wodnej, gdzie Niemcy prowadzili ostrzał z ciężkich dział. Od rana 20 września siły 82. DPD oraz dywizji pancernej usiłowały przeprawić się przez Waal w łodziach desantowych. Szczególnie zaangażowany w walki był 504. pułk i jego 3. batalion, któremu udało się sforsować zaporę wczesnym popołudniem. Niemcy zmuszeni byli do wycofania się, tym bardziej że na most zaczęły wdzierać się oddziały z 505. pułku. Zdobyty został także most kołowy, również na terenie Nijmegen. To pozwoliło na dokonanie masowej przeprawy na północną stronę miasta, gdzie teraz likwidowano opór niemiecki. W tym miejscu opuszczamy rejon zmagań 82. i 101. DPD, które, choć nie bez trudów, poradziły sobie z większością wyznaczonych celów. Zostawiamy także ofensywę lądową prowadzoną przez wyznaczone z 2. Armii siły, przede wszystkim 30. Korpusu. Przenieść się musimy do miejsca kluczowego dla całej akcji sił sprzymierzonych, do Arnhem, do którego z takim uporem drogę torowano sobie w Nijmegen.

1. Dywizja Powietrznodesantowa gen. Urquharta była jednostką szczególną dla operacji "Market-Garden". To właśnie jej przydzielono najbardziej odpowiedzialne zadanie, a jej rejon lądowania był zdecydowanie najtrudniejszy. Sam Urquhart, jak pisze w swoich wspomnieniach (niestety, spisanych dopiero w kilka po wojnie, a więc nie na bieżąco), stwierdza, iż obawiał się reakcji przeciwnika. Zwrócił bowiem uwagę na to, iż przez pierwsze dni po desancie siły alianckie nie będą miały wystarczającego wsparcia i od reakcji przeciwnika zależeć będzie, czy utrzymają się na dopiero co zdobytym terenie. Warto również zacytować, jakie rejony wybrał w celu rozpoczęcia operacji 1. DPD: "Wybrałem strefy lądowania i zrzutów - trzy na północ od linii kolejowej Arnhem-Utrecht, które oznaczyłem literami "L", "S" i "Y", oraz dwie inne na południe od tej linii kolejowej i na północ od wsi Heelsum, oznaczając je literami "X" i "Z". Następnie zaznaczyłem rejon na południe od rzeki na wprost miasta, gdzie mogliby lądować Polacy. Miałem nadzieję, że do tego czasu Arnhem będzie już w naszych rękach, a baterie artylerii przeciwlotniczej, przed którymi tyle respektu miał RAF, już zamilkną. Wybrałem także strefy zrzutu zaopatrzenia". Zasadniczy plan przewidywał opanowanie Arnhem i zdobycie przepraw na Dolnym Renie siłami 1. DPD oraz przybywających w kolejnych dniach 1. Samodzielną Brygadą Spadochronową i 52. Dywizją Górską. Gen. Urguhart nie spodziewał się komplikacji z powodu nadmiaru wojsk przeciwnika w tym rejonie. Nie wiedział jednak o obecności 2. Korpusu Pancernego SS, który w zasadzie biwakował w miejscu, które stać się miało rejonem działania podległych mu sił. Brytyjczyk wyraził również przekonanie, iż dobrze się stało, że zadania w okolicach Arnhem przydzielono jemu i jego rodakom, bowiem operacja "Market-Garden" uznawana była przede wszystkim za brytyjską (świadczy o tym chociażby zainteresowanie prasy amerykańskiej, która nie przykładała do przedsięwzięcia dużej wagi). 17 września o 12.45 rozpoczęło się lądowanie pierwszych jednostek przynależnych do 1. DPD. Jednym z pierwszych oddziałów, który znalazł się na ziemi holenderskiej była 21. samodzielna kompania rozpoznawcza torująca drogę dla 1. Brygady Szybowcowej bryg, Philipa Hicksa, za którą powinna przybyć 1. Brygada Spadochronowa bryg. Geralda Lathbury. Lądowanie przebiegało bez większych przeszkód, żołnierzy zrzucano dokładnie i starannie, a szybowce osiągnęły zamierzone lądowiska. Brygada szybowcowa zmuszona była do osłaniania terenu desantowania. Niemcy szybko otrząsnęli się ze zdumienia spowodowanego pierwszym kontaktem z aliantami i rozpoczęli ostrzeliwanie lądujących. Feldmarszałek Model, którego kwatera rozmieszczona została w Hotelu Tafelberg w Oosterbeek, początkowo myślał, iż głównym celem aliantów jest pochwycenie jego osoby. Pierwsze wrażenie szybko minęło, okazało się bowiem, iż sprzymierzeni nie interesują się ani Modelem, ani jego kwaterą, jednocześnie przystępując do wykonywania zgoła odmiennych zadań. Szybko wysłany został niewielki oddział, któremu nakazano uchwycenie mostu zanim do Arnhem zbliżą się główne siły 1. DPD. Misja przerosła żołnierzy brytyjskich, dlatego też Urquhart musiał natychmiast decydować się na inne rozwiązanie problemu. Wprawdzie na lądowiskach desantowało się 5191 żołnierzy, jednak ich liczba nie przesądzała o losach operacji. Szwadron rozpoznawczy mjr Freddie'ego Gougha zawiódł, wobec czego do boju o most wyruszył 2. batalion 1. brygady płk Johna Frosta. Co gorsza, nie funkcjonowała część radiostacji, powodując komunikację między oddziałami wyjątkowo trudną. Wróćmy jednak do 2. batalionu i jego misji. Żołnierze Frosta posuwali się najszybciej, wyprzedzając sąsiadów z 1. i 3. batalionu. Wieczorem siły alianckie były już przy moście, który miały uchwycić. Niestety, Niemcy zdołali wysadzić w powietrze przejście. Frost zmuszony był dokonać weryfikacji planów i postanowił obejść wysadzony most. Jego 2. batalion wszedł do Arnhem, aby przedostać się na północną część mostu i zaskoczyć załogę niemiecką. O 19.45 udało się opanować cel misji. Frost zdecydował się na objęcie działaniami mostu kolejowego na Leku, jednakże ten został przez Niemców wysadzony. Nieprzyjaciel podpalił również most pontonowy. 3. batalion ppłk Fitcha winien posuwać się szosą Utrecht-Arnhem i wspomóc działania Frosta. Z kolei 1. batalion ppłk Dobie'ego miał za zadanie przemieszczenie się szosą Ede-Arnhem. Niestety, przeciwnik ulokował się na trasie obu batalionów, co czyniło wędrówkę śmiertelną pułapką. Szczególny opór stawiał Batalion Szkolny Waffen-SS mjr Seppa Kraffta rozmieszczony między dwiema trasami, w lasach. Krafft natychmiast zarządził akcje przeciwko spadochroniarzom brytyjskim. Ostrzeliwanie było wyjątkowo niebezpieczne dla poruszających się w trudnym terenie desantujących żołnierzy. Walki, szczególnie nocą, rozgorzały w rejonie głównego mostu, którego północny kraniec trzymał Frost i jego żołnierze. Niemcy starali się skontrować Brytyjczyków z południowej części rzeki, jednakże ich akcja nie przyniosła efektów. Dowódca 2. Korpusu Pancernego SS dostał już niezłe rozeznanie w sytuacji i zarządził przegrupowanie swoich sił. 9. Dywizję oddelegowano na Arhnem i Nijmegen, natomiast 10. Dywizja Pancerna miała udać się do Nijmegen. 9. DPanc. przydzielono również zadanie zniszczenia alianckich sił w mieście. Jeden z batalionów pojawił się nawet na głównym moście, gdzie uczestniczył w zatrzymywaniu pierwszego szturmu sił sprzymierzonych. Ten sam batalion przeprawił się następnie na południową stronę rzeki. 18 września powrócił do Arnhem, aby tam wziąć udział w walkach z 1. DPD. Tymczasem 1. i 3. Batalion Spadochronowy zbliżały się do miasta. Ich drogę przecinały oddziały niemieckie, które dziesiątkowały maszerujących żołnierzy. Ciężkie walki kosztowały obie strony wielu zabitych, rannych i wziętych do niewoli. W tym czasie 2. batalion twardo trzymał się na północnym skraju mostu, w zasadzie otoczony niemieckimi oddziałami. Frost miał do dyspozycji 550 żołnierzy, którzy otrzymali informacje (od jednego z jeńców) na temat przybywających do miasta sił niemieckich. Alianci wiedzieli już o 2. Korpusie Pancernym SS Bittricha. Gen. Urquhart w zasadzie nie miał rozeznania w sytuacji. Przebywał zresztą w sztabie dowodzenia Lathbury'ego, a stamtąd ciężko mu było kierować walką. Wiedział, iż do 2. batalionu starają się zbliżyć 3. batalion i jeszcze dalej wysunięty 1. batalion, które przez cały czas ostrzeliwali Niemcy. Coraz gorsza wydawała się być sytuacja 2. batalionu, który szturmowali Niemcy. Siły 9. Dywizji Pancernej SS metodycznie zbliżały się do mostu, atakując kolejne budynki zajmowane przez żołnierzy Frosta. Ten cierpiał z powodu braku amunicji i zaciskającego się pierścienia okrążenia. Wieczorem 19 września Niemcy zbliżyli się już na wyciągnięcie ręki do żołnierzy 2. batalionu. Teraz walka toczyła się nie o utrzymanie przyczółka, ale o życie żołnierzy Frosta. 18 września 3. batalion nie poczynił większych postępów. Próby przełamania oporu niemieckiego spełzły na niczym, a żołnierze oddziału działali przede wszystkim w rejonie Oosterbeek. Wsparcie próbował zapewnić bryg. Hicks z 1. Brygady Szybowcowej, który oddelegował dwa bataliony do pomocy spadochroniarzom. I one nie uzyskały sukcesów, zatrzymując się tam, gdzie inne jednostki alianckie. W tym samym dniu do 3. batalionu przedostał się gen. Urquhart, szukając rozpaczliwie połączenia z resztą jednostek. Do Urquharta dołączył Lathbury. Obaj próbowali się wydostać 18 września, jednakże nie mogli przebić się przez siły niemieckie. Lathbury otrzymał trafienie i został poważnie ranny (jego dalsze losy opowiemy w późniejszym czasie). Sam Urquhart o mały włos nie dostał się w ręce przeciwnika i do rana 19 września ukrywał się na poddaszu jednego z domów. Oczywiście, w tym momencie nie było w ogóle mowy o dowodzeniu dywizją i planowaniu dalszych akcji. Urquhart bardziej martwił się o przetrwanie. W swoich wspomnieniach zaznacza, iż irytowała go bezczynność, wobec czego postanowił przebić się do swoich wojsk wraz z dwoma towarzyszącymi mu żołnierzami. Został jednak przegłosowany i do desperackiej akcji nie doszło. Wybiegliśmy nieco w przeszłość, zostawiając dzień 18 września. A właśnie w dniu "D" plus 1 miało nastąpić desantowanie sił drugiego rzutu spadochronowego i szybowcowego. 4. Brygada spadochronowa bryg. Johna Hacketta (10., 11. i 156. batalion) miała przybyć około 12.00. Pogoda była fatalna. Ciemne chmury niemal całkowicie zasłaniały słońce. Dopiero nad Morzem Północnym niebo przejaśniało, co umożliwiło nawigację. Nad kontynentem zarówno samoloty, jak i szybowce, dostały się pod ostrzał niemieckiej artylerii, jednakże nie zanotowano większych strat. Niemcy spodziewali się, iż alianci dokonają kolejnej akcji desantowej. Na bieżąco przekazywano zatem informacje z jednej z wysp na Kanale La Manche, którą trzymał w swych rękach garnizon Wehrmachtu. 4. Brygada Spadochronowa lądowała na wrzosowisku Ginkel. Jej akcja przebiegała szybko i sprawnie. Nieco bardziej na południe lokował się rzut szybowcowy. Dowodzący, pod nieobecność gen. Urquharta, poczynaniami dywizji bryg. Hicks postanowił włączyć do boju 11. batalion 4. brygady i skierować go w rejon mostu, o który toczyły się zażarte walki. Następnego dnia siły Hacketta zostały zatrzymane w rejonie Dreijenseweg. 2. batalion wykrwawiał się w boju, trzymając północny kraniec mostu. Początkowo miał to czynić przez 48 godzin, teraz mijały już dwie doby, a 30. Korpusu nie było widać. Co więcej, nie nadchodziły posiłki z innch jednostek desantu. Dopiero 19 września siłom 11. batalionu udało się dotrzeć do zachodnich przedmieść miasta, które opanowano. Wspomagał go 2. batalion z pułku South Stafford, który do pomocy przydzielił Hicks. Dopiero to natarcie umożliwiło gen. Urquhartowi powrót do swoich żołnierzy i opuszczenie mieszkania numer 14 przy ul. Zwarteweg. Dowódca operacji dotarł do hotelu Hartenstein, gdzie znajdowała się teraz kwatera główna. Urquhart przytomnie zorientował się, iż za niedługo desantować winni Polacy z 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Okazało się, iż miejsca, które początkowo im wyznaczono, nie zostały opanowane, a tereny te mocno trzymają Niemcy. Wobec tego generał zameldował do Wielkiej Brytanii o niepomyślnej sytuacji. Prawdopodobnie jego szyfrówki nie dotarły do adresatów. Początkowo Polacy mieli desantować w rejonie Elden (warto zwrócić uwagę, iż część polskiego rzutu lądowała jeszcze 18 września; były to oddziały Dywizjonu Przeciwpancernego). Na lotniskach brytyjskich panowały fatalne warunki atmosferyczne. Dodatkowo chaos pogłębiał brak rzetelnych informacji spod Arnhem, gdzie alianci nie zdołali utworzyć bezpiecznego połączenia z resztą jednostek. Rankiem Polacy ustawili się do odlotu, pełni nadziei i wiary w zwycięstwo. Start maszyn przesunięto o dwie godziny. Niestety, prognozy nie zapowiadały szybkiej poprawy pogody, co zwiastowało dalsze opóźnienia lub nawet odwołanie operacji polskiej brygady. Mijały kolejne minuty i godziny, a sygnału do odlotu nadal nie było. Tymczasem 4. Brygada Spadochronowa z trudem utrzymywała rejon farmy Johannahoeve, gdzie wylądować mieli sojusznicy z Polski. Wystartowały maszyny ciągnące rzut szybowcowy. Ten przybył po południu, jednakże natrafił w powietrzu na wyprawę Messerschmittów, które natychmiast zaatakowały wątłe maszyny. Także podczas lądowania rzut szybowcowy natrafił na spore trudności - nie dość, że strzelali do niego Niemcy, ogień otworzyli także Brytyjczycy. Rzut szybowcowy uległ rozproszeniu. Część sprzętu została zniszczona w wyniku zderzenia z ziemią. Nie wiodło się również 4. Brygadzie Spadochronowej, która także dostała się pod silny ogień niemiecki. W konsekwencji alianci zmuszeni byli wycofać się do rejonu Wolfheze i Oosterbeek. Straty w batalionach były ogromne. Urquhart szacuje, iż po południu siły 10. batalionu liczyły 250 ludzi, natomiast 156. batalion miał 270 żołnierzy. Trwało ostrzeliwanie nieprzyjaciela, który używał szczególnie dużej ilości moździerzy. Wycofywanie objęło także ocalałe jeszcze siły 3. batalionu. Wracali również żołnierze 1. i 11. batalionu oraz oddziału z South Stafford. Nadal trwał opór 2. batalionu na moście. W tym samym czasie gen. Sosabowski otrzymał informację, iż start jego brygady musi zostać przełożony na 20 września godz. 10.00. W nocy zgrupowaniu 1. Dywizji i sztabowi 1. Korpusu Powietrznodesantowego udało się nawiązać krótkie połączenie. Browning pytał przede wszystkim o rejon lądowania Polaków, który musiał zostać zmieniony ze względu na trudną sytuację. Wyznaczono im rejon niedaleko Driel, jak najbardziej na południe. Rankiem na pozycje 1. Dywizji Powietrznodesantowej posypał się grad kul niemieckich. Ostrzeliwanie prowadziły moździerze oraz artyleryjskie działa. Sytuacja była tragiczna. Do Frosta nie miał szans dotrzeć nikt, a resztki 11. batalionu i batalionu pułku South Strafford przestały istnieć. Kontakt z dowództwem nawiązał Freddie Gough, który relacjonował przebieg wydarzeń w rejonie mostu. Urquhart stwierdził, iż jedyna pomoc może nadejść od południa, ale i na to szanse były niewielkie. Na lotnisku w Wielkiej Brytanii powtarzała się sytuacja z dnia poprzedniego. Dakoty C-47 kilkakrotnie ustawiano do startu, ładowano zaopatrzenie i żołnierzy, jednakże po kilkukrotnym przesunięciu rozpoczęcia operacji 1. Samodzielna Brygada Spadochronowa znowu usłyszała, iż nie może wznieść się w powietrze i wspomóc walczących kolegów z 1. Dywizji Powietrznodesantowej. Nastał wieczór, a Polacy zmuszeni byli wracać do swoich kwater, aby oczekiwać dnia 21 września, kiedy ponownie będą mogli przynajmniej spróbować wzbić się do góry. Tymczasem pod Arnhem trwa masowy exodus sił brytyjskich. Miasto zostaje opuszczone, teraz wszyscy kierują się do Oosterbeek, gdzie spodziewano się doczekać ofensywy 30. Korpusu. Jak pamiętamy, właśnie 20 września sforsowana została rzeka Waal, co umożliwiło przeprawienie się sił 2. batalionu grenadierów gwardii. Oczywiście, 2. batalion na moście nadal trwa na swojej pozycji, prowadząc heroiczne działania defensywne. Przez cały dzień wycofuje się 4. Brygada Spadochronowa, a Hackett próbujący się przebić przez jednostki niemieckie prowadzi do boju 156. batalion podążający za 10. batalionem. Została mu garstka ludzi. W zasadzie wieczorem nie było ich więcej niż stu. Po zapadnięciu zmroku Hackett zdecydował się na podjęcie dalszej drogi i przebijanie do Urquharta. O 18.50 dotarł on wreszcie do swojego przełożonego. Miał ze sobą siedemdziesięciu ludzi, tylko tylu ocalało z tragicznej w skutkach akcji 4. brygady. W nocy próbowano wysłać wsparcie do żołnierzy Frosta na moście. Trzy transportery opancerzone załadowane po brzegi ekwipunkiem nie wykonały swojej misji - jeden wpadł do miasta, a jego dalsze losy są nieznane, jeden został zniszczony, jeden zawrócił. Tymczasem w oddziale Frosta zaszły zmiany personalne - dowodził Gough, ponieważ dowódca 2. batalionu został ciężko ranny.

Przegląd wydarzeń dnia 21 września rozpocząć musimy od sytuacji na moście w Arnhem, gdzie dogorywał opór bohaterskiego 2. batalionu. O świcie Niemcy rozpoczęli zmasowane ostrzeliwanie zabudowań, w których kryli się brytyjscy żołnierze. Ich sytuacja była tragiczna. Teraz jedynie z rzadka odpowiadali ogniem, bowiem amunicja była już na wyczerpaniu. Niemcy powoli zbliżali się do ruin i piwnic, w których ukrywały się resztki oddziału Frosta i Gougha. Urquhart opisuje losy dwóch młodych spadochroniarzy, którzy po wyczerpaniu amunicji ruszyli na Niemców z nożem. To ponoć zrobiło ogromne wrażenie na żołnierzach Wehrmachtu. Tak czy inaczej, opór aliantów na moście ustawał. Niemieccy żołnierze rozpoczęli metodyczne przeszukiwanie budynków, wrzucając granaty do pomieszczeń, w których jeszcze mogli znajdować się przeciwnicy. Gough usiłował się ukryć, jednakże jego prowizoryczną kryjówkę szybko odkryli Niemcy i wyciągnęli ostatniego dowódcę dzielnego 2. batalionu. Żołnierze, którym udało się utrzymać przy życiu, zostali wzięci do niewoli. Jeńcem został także ranny płk Frost, który odznaczył się w walce niesamowitym męstwem. Siły 9. i 10. Dywizji Pancernej SS zatryumfowały po kilkudniowym boju. Chyba nikt nie spodziewał sie, iż 2. batalion wytrzyma na moście tak długo. Niestety, odsiecz nie nadeszła, a siły Frosta zostały niemal doszczętnie wyniszczone. Teraz czołgi niemieckie przeprawiały się na południową stronę mostu, pędząc w kierunku innych jednostek alianckich. O 9.00 gen. Urquhart zwołał odprawę, na której postanowił podzielić rejon obrony jednostek brytyjskich. Oddajmy zatem głos głównemu zainteresowanemu: ""[...] podałem, że obrona obwodu będzie podzielona pomiędzy dwa dowództwa - wschodnie i zachodnie - z Hackettem i Hicksem na czele. Na zachodzie Hicks będzie dysponował resztkami trzech kompanii pułku Border, pozostałymi przy życiu żołnierzami pułku KOSB, którzy utrzymywali północny skraj, samodzielną kompanią oraz oddziałem zbiorczym, złożonym z Polaków, pilotów szybowcowych i saperów. Hackett miał resztki 10. i 156. batalionów spadochronowych, 1. pułk lekki Szeriffa Thompsona, oddział Lonsdale'a, złożony z pozostałych przy życiu żołnierzy batalionów spadochronowych, 1., 3. i 11. oraz batalionu South Stafford, garstki żołnierzy z 2. batalionu spadochronowego, którzy nie dotarli do mostu i z pewnej liczby pilotów szybowcowych". Wsparcie zapewniał 64. pułk artylerii. Ogółem jakieś 3000 ludzi, którzy z niepokojem oczekiwali wsparcia od południa i wpatrywali się w niebo, poszukując samolotów z polską brygadą, która miała przylecieć tego dnia. Przed południem na stanowiska aliantów spadał grad niemieckich pocisków. Jeden z nich trafił w brytyjski skład amunicji, który efektownie eksplodował. Wprawdzie część zbiorów uratowano, jednakże sytuacja zaopatrzeniowa się pogarszała. Ostrzeliwanie prowadził 64. pułk. Urquhart zaznacza, iż w tym dniu Niemcy mieli masę okazji do tego, by ostatecznie rozprawić się z nieprzyjacielskim zgrupowaniem. Nie wiedzieli jednak, jak zaatakować siły alianckie, koncentrując swój ogień na kilku punktach. Najpierw atakowany był pułk "Border", później batalion KOSB. Następnie ogień przeniósł się na wschodnie rubieże obronne. O 12.45 samoloty RAF-u próbowały przedostać się przez niemiecki ogień i dostarczyć zaopatrzenie dla walczących. Pierwsza próba była całkowitym niewypałem. Niemieckie Messerschmitty zestrzeliły część wyprawy, a wyposażenie praktycznie w ogóle nie dostało się w ręce ludzi Urquharta. Dopiero o 16.00 lotnictwo alianckie podjęło się kolejnej próby, nieco bardziej udanej, dostarczając amunicję i żywność walczącym. Straty w samolotach były jednak dość poważne. Tymczasem nastała wielka chwila Polaków, którzy mieli przybyć z brytyjskich lotnisk i próbować zmienić niekorzystny stosunek sił w rejonie Arnhem. Zanim opowiemy historię 1. SBS, musimy zająć się innymi rejonami działania sił alianckich, ze szczególnym uwzględnieniem 30. Korpusu.

30. Korpus miał w tym czasie nie lada kłopoty. Cały czas doskwierał brak odpowiedniej ilości zaopatrzenia, co odczuwali oczywiście także żołnierze pod Arnhem. Najgorsze były jednak linie komunikacyjne. Wprawdzie udało się uchwycić nieuszkodzony most w Nijmegen, który umożliwiał przeprawę w kierunku jednostek walczących bardziej na północ, jednak na drogach szybko zaczęły robić się zatory utrudniające poruszanie się. Co więcej, siły 30. Korpusu zostały związane pod Nijmegen z zadaniem ubezpieczenia mostu kołowego (dywizja pancerna gwardii). Siły te miały również ubezpieczać rejon działania 82. Dywizji Powietrznodesantowej. Gen. Horrocks podjął tę decyzję z myślą o przyszłości i możliwym niemieckim kontrnatarciu. Doprowadziła ona do całkowitego wyhamowania ofensywy i w zasadzie zaprzepaściła szanse aktywnej pomocy dla zgrupowania 1. Dywizji Powietrznodesantowej. 43. dywizja była w tym momencie mocno opóźniona, a to właśnie jej powierzono zadanie przebijania się na północ w kierunku jednostek polskich lądujących w rejonie Driel. W konsekwencji dopiero następnego dnia żołnierze mogli rozpocząć przebijanie się nad Dolny Ren. Jednocześnie 43. dywizji przydzielono zadanie obrony mostów w Grave (siły pułku gwardii walijskiej) oraz oczyszczenia Nijmegen z resztek oddziałów wroga i ubezpieczenia mostu kolejowego. Efekt działań z dnia 21 września był mizerny. 43. dywizja wprawdzie znalazła się na północnym krańcu mostu w Nijmegen, ale nie poczyniła prawie żadnego postępu. Siły zmuszone były do poruszania się wąskim rowem, gdzie stale spadały pociski niemieckiej artylerii. Do wieczora nic się w położeniu dywizji nie zmieniło.

Rankiem 21 września na lotnisko po raz kolejny przybyli żołnierze gen. Sosabowskiego. Dowódca nalegał na start, pomimo fatalnych warunków atmosferycznych. Nad Wielką Brytanią zaległa groźna, gęsta mgła, która uniemożliwiała start samolotów. Polacy zmuszeni byli do oczekiwania na sygnał do rozpoczęcia załadowania. Ten nadszedł około 14.00 i polska brygada zaczęła pakować się na samoloty. 1. Dywizja Powietrznodesantowa liczyła na wsparcie sojusznika, jednakże, nie ukrywajmy, w praktyce miało mieć ono wymiar jedynie symboliczny, bowiem bój pod Arnhem był już w tym czasie przegrany. Wreszcie o 14.00 Dakoty zaczęły startować. Polacy wkraczali do boju. O 17.15 samoloty pojawiły się nad rejonem desantowania. Blisko trzygodzinny lot przebiegał bez większych zakłóceń, udało się uniknąć strat, jakie ponosiły niektóre wyprawy powietrzne aliantów. Gdy kwadrans po piątej Polacy zaczęli opuszczać samoloty i wyskakiwać w półmroku, oczom skoczków nie ukazały się płonące rejony Arnhem. Jeden ze spadochroniarzy, Ryszard Małaszkiewicz, wspomina, iż było nad wyraz spokojnie i cicho. Polacy wylądowali w rejonie Driel, na południe od pierwotnego miejsca desantowania. Brygada została zrzucona niedokładnie, ponieważ w pewnym momencie Niemcy otworzyli ogień. Od większości sił odłączył się 1. batalion (okazało się, iż jego wyprawa została zawrócona znak Kanału La Manche przez Brytyjczyków, razem z nim powróciła część żołnierzy 3. batalionu). Mimo wszystko spadochroniarze dość szybko zaczęli zbierać się w większe grupki, choć należy przyznać, iż zbyt duży rozrzut sprawił wydłużenie czasu zbiórki. Bez problemów lądowało dowództwo. Co ciekawe, pochwyceni jeńcy niemieccy zeznali, iż zeszłego dnia znajdowały się w tym miejscu oddziały niemieckiego batalionu. Teraz, na szczęście, nie było tu większych jednostek wroga. W sumie bilans pierwszego skoku Polaków w warunkach bojowych wyniósł kilku zabitych i kilkudziesięciu rannych, a straty spowodowane zostały także urazami przy lądowaniu w trudnym, bądź co bądź, terenie. Po utworzeniu większej grupy dowództwo zadecydowało o wyprawieniu się w kierunku rzeki, aby tam przeprawić się za pomocą promu, o którym informowali Brytyjczycy. Niestety, gdy wieczorem brygada pojawiła się na brzegu, okazało się, iż przeprawa nie istnieje. Od drugiej strony rzeki przybyła grupa Polaków odesłana przez gen. Urquharta. Niewielkim oddziałem dowodził kpt. Ludwik Zwolański. Po dotarciu na brzeg Zwolański zdecydował się wpław przeprawić ku spadochroniarzom Sosabowskiego. Wcześniej próbowano nawiązać łączność radiową, ale nadajniki zawiodły. Zwolański poinformował dowódcę brygady, iż prom zniszczyli Niemcy, a Brytyjczycy postarają się dostarczyć tratwy. Następnie wrócił do swoich żołnierzy, a z nimi udał się do Oosterkbeek. Niestety, choć gen. Urquhart zdawał sobie sprawę z trudnej sytuacji Polaków, nie był w stanie zapewnić im wsparcia. Tratwy nie nadeszły, a gen. Sosabowski nakazał swoim żołnierzom powrót w rejon Driel. Tylko część 3. batalionu czuwała w rejonie przeprawy promowej, ale i ci żołnierze rankiem zmuszeni byli iść na Driel. Tam brygada spodziewała się kontrnatarcia niemieckiego. Gen. Urquhart zdawał sobie sprawę z manewru Sosabowskiego i pochwalał to zachowanie, czemu upust dał w swoich wspomnieniach. Pod Heaverdorp nie było po co czekać, należało się bronić i umacniać w Driel. W ogóle Urquhart notował, iż musiał skrócić swoje linie ze względu na rosnącą siłę Niemców. Podkowa, którą sformowała 1. DPD kurczyła się. Z nastaniem świtu Polacy próbowali rozeznać się w sytuacji w rejonie Driel. Jeden z patroli zameldował, iż do miasta zbliżają się jednostki niemieckie, głównie siły piechoty, jednakże miały one zapewnione wsparcie sił pancernych. Rankiem na pozycje żołnierzy gen. Urquharta spadał grad pocisków. Tymczasem otrzymał on informację, iż 43. dywizja dostała dyspozycje, aby ruszyć na odsiecz do Oosterbeek. Dowódca wiedział jednak, iż rozeznanie z szeregach 30. Korpusu jest mizerne i nikt nie zdaje sobie spawy, jak ciężka jest sytuacja 1. DPD. Dlatego też postanowił wysłać do Horrocksa i Thomasa kogoś, kto poinformuje ich o prawdziwej sytuacji sił brytyjskich. Wysłano ppłk Charlesa MacKenzie'ego. Tymczasem 43. dywizja dostała zadanie poruszania się dwoma pasami. Jeden z nich miał objąć główną szosę od Nijmegen do Arnhem przez Elst, natomiast drugi powinien dotrzeć do zgrupowania polskiego w rejonie przeprawy Heaverdorp. Co ciekawe, do przodu ruszył 2. pułk huzarów, którego jeden patrol przeszedł jakimś dziwny trafem do jednostek polskich. Dzięki temu Polakom udało się nawiązać kontakt radiowy z siłami 2. Armii. Akcja 30. Korpusu była raczej przypadkowa, jednakże nagłe powodzenie pokazało, iż można zrealizować połączenie obu zgrupowań. Tymczasem Niemcy szykowali się do przeciwnatarcia na pozycje polskie pod Driel, obawiając się, iż to stamtąd może wyruszyć kolejny atak na most w Arnhem. Co więcej, przecięcie drogi na Arnhem mogło kosztować Niemców sukces taktyczny osiągnięty do tej pory przez 10. Dywizję Pancerną SS, której groziłoby odcięcie od reszty sił. To wszystko spowodowało, iż od rana Niemcy starali się atakować Polaków. Szczególnie zacięte walki rozgorzały o 12.00. Niemcy zaangażowali do akcji siły pancerne, które z trudem udało się Polakom odeprzeć po kilkugodzinnym boju. Straty nie były wielkie, choć urosły znacznie od bilansu dnia poprzedniego. W trakcie walk gen. Sosabowski prosił przybyłych Brytyjczyków o użycie ich czołgów do odparcia ataku. Sam zresztą naprowadził ich na cel, pędząc przed siebie na rowerze. Był to bodaj jedyny przypadek, gdy polski generał ruszył na niemieckie pozycje rowerem. Stał się zresztą przyczyną wielu anegdotek o Sosabowskim, jego odwadze i brawurowych Polakach. Tymczasem pod Elst kierowały się główne siły 10. Dywizji Pancernej SS. Szczególne miejsce zajmowała "Kampfgruppe Brinkmann", która starła się z 2. batalionem na moście w Arnhem. Teraz zagradzała drogę siłom 43. dywizji napierającej od południa. Wspominaliśmy już o misji MacKenzie'ego. Razem z nim wyruszył inż. Eddie Myers. Obaj, po ciekawych perypetiach, dotarli do jednostki polskiej, skąd wysłali alarmujący meldunek do gen. Horrocksa. A jego siły posuwały się niezwykle wolno. o 17.00 udało się oczyścić Ooseterhout, jednakże do sił 1. DPD wciąż było daleko. A te wykrwawiały się w nierównym boju. Niemieckie moździerze i artyleria dziesiątkowały obrońców, rosła liczba rannych, wyczerpywała się amunicja. Tymczasem do Polaków zaczęli przebijać się pierwsi pancerniacy z 43. dywizji. Wieczorem nadciągnął batalion Pułku Lekkiej Piechoty ks. Kornwalii (DCLI) płk George'a Taylora. Wprawdzie siły brytyjskie weszły w zatarg z Polakami (dwa brytyjskie czołgi nadziały się na polskie miny), jednakże szybko zaczęto planować wspólną akcję. Polacy, przy wsparciu Brytyjczyków, mieli zacząć przeprawę przez rzekę. Operację planowano wykonać przy pomocy znalezionych kilku łodzi. Późnym wieczorem żołnierze brygady rozpoczęli realizowanie planu. W tym czasie Niemcy mocno ostrzeliwali Driel, niszcząc zabudowę miasteczka. Przeciwnik zajmował pozycje w Elst. O 23.00 rozpoczęto przeprawę Polaków. W sumie wykonane zostały 23 rejsy, a blisko 50 żołnierzy znalazło się na drugim brzegu rzeki. Wtedy Niemcy zorientowali się w planach nieprzyjaciela i podciągnęli artylerię i karabiny maszynowe, które szybko omiotły rejon rzeki. Ci, którym udało się przeprawić, weszli w skład zgrupowania Hicksa. Gdy nastał świt, Niemcy rozpoczęli zmasowane ostrzeliwanie polskich pozycji. Ogień kierowano również na siły gen. Urquharta. Konsekwencją opadnięcia mgły i lepszego rozeznania żołnierzy niemieckich w sytuacji było zatrzymanie 43. dywizji na podejściach do Elst. Artyleria niemiecka ostrzeliwała również St. Oedenrode. Rankiem sytuacja 1. DPD była niemalże tragiczna. Zgromadzone w niewielkim kotle siły brytyjskie traciły jakąkolwiek możliwość manewrową. W tym czasie siły pułku DCLI lokowały się na południe od Driel. Na chwilę straciliśmy z oczu MacKenzie'ego i Myersa. Obaj mieli do wykonania misję. Mieli przedrzeć się do Horrocksa i Browninga. Zadanie nie było łatwe i z trudem znaleźli chętnych do "podwiezienia" ich w kierunku południowym. W końcu udało się im dotrzeć do przełożonych, ale... nikogo nie przekonali o powadze sytuacji, bowiem dowództwo 30. Korpusu było jakby głuche na argumenty. Co więcej, podjęto tam decyzję o podporządkowaniu Polaków 43. dywizji. Ten niefortunny wybór przekreślił samodzielność polskiej brygady i spowodował, iż Sosabowski miał z jednej strony związane ręce. O sytuacji powiadomił Sosabowskiego wracający MacKenzie. Ranek rozpoczął się niefortunnie także dla kotła 1. DPD. Tam pociski latały wszędzie, szczególnie na pozycjach oddziału Lonsdale'a, który trzymał się pod Oosterbeek. Na kierunku obrony Hacketta Niemcy szykowali mocne ostrzeliwanie artyleryjskie, o czym poinformowali dowódcę brytyjskiego. Około południa z Hackettem spotkał się Niemiec, który poprosił przeciwnika o przesunięcie pozycji alianckich, zdając sobie sprawę, iż znajdują się tam oddziały sanitarne, które na pewno ucierpią od niemieckiego ognia. Hackett, chcąc zyskać na czasie, postanowił dać odpowiedź o 15.00. Po konsultacji z gen. Urquhartem postanowił nie przesuwać swoich pozycji, o czym informował Niemca. Wkrótce odezwały się działa niemieckie, które strzelały na szczęście nieco bardziej na południe od punktu opatrunkowego. Rannych oszczędzono. Urquhart kontaktował się z dwoma dowódcami zgrupowań i o 20.15 nadał meldunek do swoich przełożonych: "W ciągu dnia liczne natarcia niewielkimi oddziałami piechoty, dział pancernych i czołgów łącznie z miotaczami ognia. Każdemu natarciu towarzyszył bardzo silny ogień moździerzy i artylerii na rejon obrony dywizji. Po licznych alarmach i wypadach broniony obszar pozostaje zasadniczo nie zmieniony, choć bardzo słabo trzymany. Z oddziałami na południowym brzegu rzeki fizycznego kontaktu jeszcze nie nawiązano. Z uzupełnieniem zaopatrzenia fiasko, zebrano jedynie niewielkie ilości amunicji. Nadal brak żywności, a wszyscy są niezwykle brudni z powodu braku wody. Stan moralny jeszcze dostateczny, ale nieustanny ogień moździerzy i artylerii wywiera zrozumiały efekt. Będziemy się trzymali, ale jednocześnie mamy nadzieję na jaśniejsze następne 24 godziny". Niestety, w ciągu doby nie przyszło żadne wyjaśnienie dotyczące sytuacji w rejonie Arnhem. Tymczasem wrócić musimy do polskiej brygady i zobaczyć, jak spędziła ten ciężki dzień.

Po południu Niemcy skoncentrowali swój ogień na Driel, gdzie udało im się trafić w punkt sanitarny. Był to tragiczny w skutkach strzał, bowiem zginęło kilkunastu ludzi. W ciągu dnia do sztabu 43. dywizji udał się mjr Małaszkiewicz, który powrócił do Sosabowskiego z dobrymi wieściami - Brytyjczycy zapewniali, iż do wieczora uda im się przybyć do Polaków i pokierować przeprawą w celu wsparcia 1. DPD. To miał być kluczowy moment dla obrońców, bowiem ich opór słabł z każdą chwilą. Nic dziwnego, iż Urquhart słał alarmujące meldunki. Tymczasem w Wielkiej Brytanii po raz kolejny do odlotu szykowały się samoloty z Polakami na pokładzie. Około 16.00 nastąpił desant 1. batalionu i resztek innych oddziałów, które dość celnie lądowały na wyznaczonych im pozycjach w rejonie Driel. Polska brygada spadochronowa walczyła w komplecie. Jednocześnie starano się przysłać zaopatrzenie, jednak ta operacja w dużej mierze nie powiodła się. W ogóle straty lotnictwa podczas bitwy pod Arnhem rosły w zatrważającym tempie, a RAF bał się podejmować ryzyka. 43. dywizja zbliżała się do Dolnego Renu na wysokości Elst. Rozgorzały zresztą walki o tę miejscowość toczone głównie przez siły 130. brygady. Późnym wieczorem Polakom dostarczono kilkanaście łodzi desantowych, przy użyciu których mieli po raz kolejny spróbować przeprawić się przez rzekę. W pierwszej kolejności szły siły 3. batalionu. Operacja rozpoczęła się o 2.45. Do 4.00 udało się przeprawić niemal cały 3. batalion oraz część oddziału przeciwpancernego. Żołnierze przeprawiający się na północny brzeg grupowali się w kilkudziesięcioosobowe oddziały i kierowali się następnie w rejon Oosterbeek, do jednostek brytyjskich. W sumie tej nocy przeprawiono blisko 250 ludzi, przy śmiertelnym ogniu niemieckim prowadzonym ze wszystkich niemalże stron. Rankiem ci, którym nie powiodły się próby przeprawy, zawrócili do Driel. Wśród nich byli żołnierze 2. batalionu. Nastał 24 września. Na odcinku działania 43. dywizji nadal trwały zacięte walki o Elst. w konsekwencji o 14.00 214. brygada wkroczyła do niewielkiej miejscowości, ale do wieczora trwały w tym rejonie zmagania z Niemcami. W tym czasie dowódcy alianccy powoli godzili się z porażką. Wprawdzie musieli przełknąć gorzką pigułkę, jednakże wiadomo już było, iż operacja "Market-Garden" zakończyła się klęską. Gen. Sosabowski spotkał się z gen. Horrocksem i namawiał go, jeśli w ogóle ma być cokolwiek zorganizowane, do przeprowadzenia dalszej operacji przeprawowej w nocy. Wieczorem odbyła się odprawa u dowódcy 43. dywizji, na którą przybył również dowódca polski. Planowano dwie fazy przeprawy na północny brzeg Leku, choć jednocześnie na najwyższych szczeblach (Browning, Horrocks, Montgomery) zapadły już decyzję, iż należy wydostać 1. DPD z kotła i zakończyć zmagania pod Arnhem. Działania dowództwa brytyjskiego były w tym momencie oderwane od rzeczywistości. Sosabowski stawiał sprawę "albo, albo". Jeżeli zostanie zainicjowana przeprawa, to należy to zrobić maksymalnie dużymi siłami, najlepiej całością 43. dywizji i polskiej brygady. Jeżeli zaś spodziewano się zakończenia operacji, to nie należy w ogóle podejmować się tego typu przedsięwzięć. Była to słuszna strategia, a Sosabowski informował o swoich pomysłach Browninga. Jednocześnie do desantu przygotowywano 1. batalion z 1. SBS i 4. batalion z pułku "Dorset". Krótko po północy przeprawę rozpoczęli Brytyjczycy, używając przy okazji polskich środków przeprawowych. Nad ranem desant wstrzymano ze względu na rosnący opór Niemców i coraz silniejszy ostrzał rejonu przeprawy (de facto znajdował się on niżej niż miejsce, w którym załadowano wcześniej Polaków). Tylko nieliczni żołnierze polscy przedostali się na drugi brzeg w ciągu nocy. Reszta została odwołana, co było rozkazem jak najbardziej słusznym ze względu na rosnące straty i bezsens narażania Polaków na wyniszczenie po północnej stronie Renu. Los ten spotkał batalion "Dorset", który niemal w całości został wybity lub wzięty do niewoli. Z Oosterbeek do rejonu ewakuacji dotarło nie więcej niż 75 żołnierzy z ponad 300, którzy forsowali rzekę. To jasno pokazuje, jak głupie decyzje podejmowali w tym czasie dowódcy alianccy, którzy i tak zdawali sobie sprawę z tego, iż 1. DPD, a w zasadzie jej resztki, należy ewakuować. Jeśli chodzi o walki w rejonie Elst, to zostały one rozstrzygnięte na korzyść 43. dywizji po południu. Podobnie rzecz się miała z Bemmel, które padło o 17.00. Te zmiany pozwalały na ubezpieczenie ewakuacji, choć dla ogólnej sytuacji w rejonie Arnhem znaczenie miały niewielkie. Mniej więcej w tym samym czasie do Sosabowskiego dotarł rozkaz gen. Thomasa, któremu był podporządkowany. Polakom przekazano wytyczne operacji "Berlin", a więc ewakuacji sił alianckich spod Arnhem. Polska brygada miała obstawić południowy brzeg rzeki i osłaniać przeprawę sił brytyjskich i polskich z północnego brzegu, co miało nastąpić w nocy z 25 na 26 września. Zasadniczo w pierwszej kolejności przeprawić mieli się żołnierze ze zgrupowań północnych, następnie ci, którzy znajdowali się najbliżej rzeki w momencie zainicjowania operacji. Wieczorem Polacy obstawili południowy brzeg. O północy rozpoczęła się operacja ewakuacyjna. Całość działań na północnym brzegu osłaniał 3. batalion polski, który miał wycofywać się jako ostatni. Nad ranem ewakuacja została zakończona. Na południowy brzeg przeprawiło się 2398 ludzi, z tym 2163 żołnierzy z 1. DPD, 160 z 1. SBS i 75 z batalionu "Dorsetshire". Następnie zaczęto wycofywanie z Driel. Stamtąd kierowano się na Nijmegen. Nieustanne walki toczyły się w pasie działania 82 i 101. DPD, jednakże nie miały one już żadnego wpływu na sytuację pod Arnhem. Polacy zostali wycofani do Neerlon, skąd wkrótce zabrano ich z powrotem do Wielkiej Brytanii.

Podsumowanie operacji musimy zacząć od wyjaśnienia powojennych kontrowersji. Dowództwo brytyjskie, zawiedzione kiepską organizacją przedsięwzięcia i wreszcie klęską swoich wojsk, postanowiło obarczyć winą za niepowodzenie gen. Stanisława Sosabowskiego. Wielokrotnie powtarzano, iż zawiedli Polacy, stanowiska tego bronił sam marsz. Montgomery, którego w pierwszej kolejności należy obwinić klęską pod Arnhem. Dopiero z czasem oficjalna linia została podważona przez historyków, którzy dopatrzyli się wielu niedociągnięć na etapie planowania, a sam Sosabowski został rozgrzeszony, zajmując przysługujące mu miejsce w historii. To przecież Polacy osłaniali odwrót Brytyjczyków, ratując życie wielu z nich, to oni ryzykowali własnym życiem, aby misja mogła zostać zakończona. Operacja "Market-Garden" była niewypałem jeszcze w fazie planowania. Hurraoptymistyczne założenia nie miały odzwierciedlenia w rzeczywistości, a ta zweryfikowała mylne wyobrażenie dowódców brytyjskich o tym, co dziać się będzie na niemieckim odcinku obrony pod Arnhem. Oczywiście, szyki aliantów krzyżowała kiepska pogoda, która na przykład uniemożliwiała wysłanie 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej w początkowo przewidzianym terminie. Najbardziej znaczącym czynnikiem, który w dużej mierze zadecydował o wyniku zmagań, była porażka alianckiego wywiadu. Szczególnie ważnym punktem był brak rozpoznania sił korpusu pancernego SS, jaki znajdował się w rejonie Arnhem na kilkanaście dni przed rozpoczęciem bitwy. 9. i 10. Dywizja Pancerna SS rozstrzygnęły starcie na korzyść obrońców i zadały najcięższe straty nacierającym aliantom. Montgomery optymistycznie oceniał w swoich wspomnieniach, iż operacja zakończyła się niemalże pełnym sukcesem, jednakże jego stwierdzenia należy włożyć między bajki. Zarówno Amerykanie, jak i Brytyjczycy i wspierający ich Polacy, nie osiągnęli wymarzonego celu, a "Market-Garden" nie doprowadziło do rozstrzygnięcia na zachodnim froncie. Wynikiem było kompromitujące wycofanie z kotła, którego nie dało się w żaden sposób utrzymać, oraz ogromne straty. 1. Dywizja Powietrznodesantowa straciła 1485 zabitych i 6414 wziętych do niewoli. Amerykańska 82. dywizja straciła 215 zabitych, 427 zaginionych i 790 rannych. 101. DPD miała 315 zabitych, 547 zaginionych i 1248 rannych. Straty polskie sięgały 80 zabitych, 173 zaginionych i 158 rannych, w sumie 411 ludzi. Oszacowanie strat strony niemieckiej wydaje się być dość trudne, jednakże przyjęło się twierdzić, iż Niemcy mogli mieć nawet do 10 tys. zabitych, zaginionych, rannych i wziętych do niewoli w trakcie zmagań pod Arnhem. Krwawe "Market-Garden" dobiegło końca.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków