Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "To nie jest koniec, to nawet nie jest początek końca, to dopiero koniec początku", Winston Churchill

Informacje


Wojna


Wydarzenia


Na froncie


Polska


Biografie


Polityka


Kultura i media


Współpraca






Bitwa o Filipiny


W 1571 roku została założona Manila. Hiszpański podróżnik Miguel Legazpi rozpoczął historię, która trwa ponad cztery wieki. Dla 1100 wysp w łańcuchu archipelagu filipińskiego miasto to szybko stało się centrum życia gospodarczego, handlowego, politycznego i kulturalnego. Z czasem Manilę adaptowano do roli stolicy Filipin. Uroki miasta do dziś odkrywają niezliczeni turyści z różnych zakątków świata, poznając piękno 120-milowej Zatoki Manilskiej, metropolii i pobliskich miejscowości. W XX wieku na Filipinach rządzili Amerykanie, którzy szybko podporządkowali sobie tamtejsze ludy i zapoznali się ze strategicznymi możliwościami archipelagu. Jego korzystne położenie miało kluczowe znaczenie dla rozwoju kampanii na Pacyfiku zainicjowanej atakiem Japończyków na amerykańską bazę morską i lotniczą w Pearl Harbor. 500 mil dzieli Filipiny od Azji, 1340 mil od Singapuru i wreszcie 5000 mil do Hawajów. Jeszcze zanim rozpoczęła się wojna los archipelagu był przesądzony. Dzięki aktywnej polityce podbojów Japończycy stali się panami Azji, tworząc silne militarnie i gospodarczo państwo sięgające daleko na południe. Ze względu na położenie Filipiny były łakomym kąskiem dla kraju kwitnącej wiśni, a amerykańskie wojska nie byłyby w stanie obronić się w czasie frontalnego ataku wroga, a to ze względu na wątłość wojsk własnych i sojuszniczych filipińskich oraz sporą odległość od miejsc, z których mogły przybyć ewentualne posiłki. Kraj wschodzącego słońca miał w swym ręku Formozę, Mariany, Karoliny, nawet Wyspy Marshalla, co stawiało Japonię w doskonałej sytuacji wyjściowej do rozpoczęcia batalii o archipelag z Luzonem. Sytuacja do ataku na amerykańskie bazy była tym lepsza, iż siły US Army nie były wystarczające. Dopiero w 1937 roku, w rok po głosowaniu nad przyznaniem Filipinom niepodległości, Stany Zjednoczone rozpoczęły dozbrajanie młodego państwa. Rząd filipiński, nie ukrywajmy - zależny od Waszyngtonu, postanowił powierzyć misję formowania armii amerykańskiemu generałowi Douglasowi MacArthurowi. W chwili wybuchu na jego siły składało się 100 tys. ludzi, jednak ich wyposażenie i wyszkolenie pozostawiało jeszcze wiele do życzenia. Od 1 września do 15 grudnia 1941 roku trwała mobilizacja żołnierzy ze względu na niepokojące komunikaty o agresywnej postawie Japończyków. W zasadzie kluczowym okresem był początek grudnia, kiedy to uzupełniono poważne braki kadrowe w zorganizowanych 10 dywizjach piechoty. Udało się też zbudować 6 eskadr lotniczych, których siłę stanowiło 265 samolotów w siłach lotniczych i 42 w marynarce. Ogółem wymienia się 74 bombowce, 175 myśliwców i 58 samolotów pomocniczych. Dowódcą sił powietrznych został gen. Lewis H. Brereton, który w listopadzie 1941 roku objął stanowisko dowódcy Sił Powietrznych Dalekiego Wschodu (Far Eastern Air Force). Generał ten podlegał bezpośrednio MacArthurowi. Niestety, plan rozbudowy obrony Filipin zakładał uzyskanie gotowości bojowej dopiero w lipcu następnego roku. To spowodowało, iż w momencie wybuchu walk ani Amerykanie, ani Filipińczycy nie byli przygotowani do odparcia agresji. W krótkim okresie przygotowawczym udało się zainstalować zaledwie dwie stacje radiolokacyjne - w Iba i w rejonie Manili. Przygotowano także dwie bazy lotnicze rozmieszczone w Carite i Nichols Field, jednak nie posiadały one wystarczającej obrony przeciwlotniczej, gdyż działa w dużej mierze zostały eksportowane na Corregidor. Marynarkę wojenną, którą dowodził adm. Thomas Hart (głównodowodzący Flotą Azjatycką), reprezentowało 25 okrętów podwodnych, 3 krążowniki, 4 niszczyciele, 32 bombowce torpedowe oraz, na wodach Borneo, 1 krążownik i 9 niszczycieli. Na uwagę zasługują nieunormowane stosunki między gen. MacArthurem a admirałem Hartem, które pośrednio przyczyniły się do klęski amerykańskich oddziałów. Mimo próśb i nalegań Harta dotyczących oddania lotnictwa pod jego rozkazy, MacArthur nie zamierzał pozbawiać się dowodzenia nad siłami powietrznymi. Ambitny generał wziął na swoje barki za duży ciężar i nie był w stanie efektywnie dowodzić obroną archipelagu. Tymczasem, gdy na Filipinach dopiero rozpoczynano proces przygotowań do obrony, Japończycy kończyli prace nad planem ataku na archipelag. W listopadzie dane dotyczące operacji zatwierdzono, a wytyczne rozesłano do poszczególnych jednostek. Zadanie zdobycia Filipin otrzymał gen. Masaharu Homma, dowódca japońskiej 14. armii. Jego wojska liczyły 43 110 ludzi, w tym 4633 żołnierzy piechoty morskiej i 3621 członków lotnictwa. 30 listopada filipińskie siły otrzymały ostrzeżenie, iż japoński atak może nastąpić w każdej chwili. W ostatnich tygodniach przed rozpoczęciem zmagań gen. MacArthur podzielił swoje wojska na cztery zgrupowania, które oddał w ręce gen. Wainwrighta, gen. Parkera, gen. Sharpa i gen. Moora.

Rzeczywiście, nawet sam gen. Brereton przyznał, iż wiedział, że można się było spodziewać ataku Japończyków o każdym wschodzie słońca. 7 grudnia (8 grudnia czasu filipińskiego) japońska flota zaatakowała Pearl Harbor. Hawaje stały się zatem pierwszym celem na drodze armii japońskiej. Kraj kwitnącej wiśni nie zamierzał poprzestać na mocnym przetrzebieniu Floty Pacyfiku i zniszczeniu bazy morskiej i lotniczej na Hawajach. Amerykanie także zdawali sobie z tego sprawę. O 2.30 radiotelegrafista w Manili odebrał rozpaczliwy sygnał z bombardowanego właśnie Pearl Harbor: "Nalot na Pearl Harbor. To nie ćwiczenia!" Nie ulegało wątpliwości, iż wiadomość była prawdziwa. Ppłk William T. Clement, oficer sztabu floty, natychmiast został poinformowany o odebranej depeszy. Sygnałów nie zlekceważono, a o 3.00 adm. Hart również wiedział o ataku na hawajską bazę. Zachował w tym wypadku trzeźwość umysłu, nie panikując nadmiernie. Rozkazał swojej flocie "zachowywać się odpowiednio" w zaistniałej sytuacji. O 3.30 z radia o nalocie dowiedział się szef sztabu armii MacArthura, gen. Sutherland, który szybko poinformował przełożonego. To dziwne, że najbardziej zainteresowany problemem tak późno otrzymał odpowiednie informacje. Ponad godzinę później, punktualnie o 5.00, u dowódcy zameldował się gen. Brereton, oczekując na rozkazy. MacArthur nie potrafił jednak podjąć żadnej konkretnej decyzji, odsyłając gen. Breretona z kwitkiem. Dowódca lotnictwa jeszcze dwukrotnie meldował się u MacArthura, proponując nawet nalot odwetowy na Formozę, ale jego przełożony działań zakazał. Po godzinie 8.00 lotnictwo został poderwane w powietrze, aby samoloty nie zostały zaskoczone na ziemi. 19. Grupa Bombowa z lotniska Clark gen. Eugene L. Eubenka uniosła się w górę. Także 17. i 20. dywizjon nie próżnowały. Po godzinie dziesiątej gen. Brereton otrzymał wreszcie zgodę MacArthura na przeprowadzenie nalotów na Tajwan. Mniej więcej w tym samym czasie z Formozy wystartowały 192 samoloty japońskie, które zaczęłyby akcję nieco wcześniej, gdyby nie złe warunki atmosferyczne. O 10.15 mgła nie była już tak duża, a maszyny wystartowały do nalotu. Gen. Brereton, po uzyskaniu zgody na bombardowanie, postanowił przygotować swoje "latające fortece", a o 11.30 bombowce były już w Clark Field, gdzie ładowano im 100 i 300-funtowe bomby. Nalot miał być przeprowadzony po południu. Japońska 11. Flota Bombowa nie oczekiwała biernie przeciwnika, jakby tego sobie życzył Brereton. O 12.15 Japończycy rozpoczęli bombardowanie lotniska w Clark Field. Z wysokości 7000 metrów na amerykańskie lotnisko leciał śmiercionośny ładunek bombowców wroga. Atak wspierały 34 myśliwce typu Zero. Zniszczonych zostało 18 B-17, 56 myśliwców i prawie 30 samolotów rozpoznawczych, zginęło 80 ludzi, a 150 było rannych. Lotnictwo japońskie straciło zaledwie siedem maszyn. Równolegle trwał nalot na lotnisko w Iba. Bazę tę osłaniały amerykańskie myśliwce, jednak... poleciały one nad Clark. Tylko dwie maszyny w Iba ocalały, reszta została zniszczona. W Del Carmen również górą byli Japończycy, niszcząc formację P-35. Pierwszy dzień wojny powietrznej zaliczony został zdecydowanie na korzyść Japonii. Tego samego dnia, świtem, Japończycy desantowali się na wyspie Batan. Znajduje się ona na północ od Luzon. 14. armia nie napotkała większego oporu i spokojnie zajęła skrawek lądu. Za klęskę najbardziej oberwało się Breretonowi, którego bombowce zaskoczone zostały na lotniskach. 9 grudnia nie było większych nalotów ani walk. Chwilowy przestój spowodowany był kiepskimi warunkami atmosferycznymi. Następny dzień wynagrodził jednak Japończykom jednodniowe oczekiwanie. 10 grudnia z Tajwanu wystartowała silna grupa bombowo-myśliwska. Bombowce japońskie zaatakowały bazę morską w Carite. Przez dwie godziny bombardowania zniszczeniu uległy doki, składy paliwa i zabudowania nadbrzeża. Marynarka wojenna również poniosła spore straty. Ledwo odratowano, dzięki ofiarnej akcji trałowca "Whipporwill", niszczyciel "Peary". Okręt podwodny "Sealion" mocno oberwał i 25 grudnia poszedł na dno. "Seadragon" i trałowiec "Blittern" również poważnie zostały uszkodzone. Jednocześnie z atakami z powietrza Japończycy coraz mocniej naciskali na lądzie. 10 grudnia, oprócz zniszczenia lotniska Clark i Nichols Field (także tutaj samoloty kraju kwitnącej wiśni precyzyjnie wykonywały zadania postawione im przez dowództwo), rozpoczęto główną fazę operacji. Lądowania nastąpiły na Wyspach Camiguin, na Vigan, Aparri i Gonzaga. Wprawdzie na Gonzaga kontry próbowały amerykańskie B-17, co zakończyło się uszkodzeniem krążownika "Naka" i niszczyciela "Murasame", jednak w ogólnym rozrachunku to Japończycy byli górą. 11 grudnia nastąpił desant na niebronionym Vigan, gdzie wysadzono 4200 ludzi. Dzień później ponad 2500 żołnierzy z 16. dywizji lądowało na Legaspi. W ten oto sposób Japończycy rozpoczęli główną część operacji desantowej 14. armii gen. Masaharu Hommy. W sumie 50 tys. wojsk sił lądowych, piechoty morskiej i lotnictwa. 19 grudnia rozpoczął się atak na Mindanao. Ale najważniejsze wydarzenia nastąpić miały w trzy dni później, gdy Japończycy przystąpili do akcji przeciwko Luzonowi i próbowali opanować Manilę. 21 grudnia na 73 transportowcach do Zatoki Lingayen przybył kolejny desant. Główne siły 14. armii miały zająć stolicę Filipin. Osłonę desantu zapewniała Druga Flota wiceadm. Nobutake Kondo. 22 grudnia na ląd zaczęli schodzić żołnierze z 48. dywizji oraz wspierający ich pułk z 16. dywizji. Amerykanie próbowali się przeciwstawić, organizując chociażby przeciwnatarcie kawalerii pod Rosario, które zakończyło się dużymi stratami i wycofaniem obrońców. Także lotnictwo podejmowało się wysiłku bombardowania wroga, ale bez większych efektów. 24 grudnia na brzeg Lingayen wyszedł gen. Homma, który planował rozpoczęcie generalnego natarcia na Manilę. Aby ułatwić zadanie swoim siłom przygotował operację okrążania stolicy, Manila miała zostać wzięta w kleszcze. Homma postanowił objąć stolicę z dwóch stron - na wschodnim brzegu Luzonu wylądowała 16. dywizja piechoty. MacArthur nie miał jednak zamiaru bronić Manili za wszelką cenę, realizując plan "Tęcza 3" i wycofując na silnie broniony półwysep Bataan. 24 grudnia dowódca połączonej armii przeniósł się do twierdzy Corregidor, gdzie mógł czuć się bezpiecznie. Zasadniczo plan MacArthura zakładał jeszcze powstrzymywanie Japończyków na Luzon, aby dać możliwość przemieszczenia głównych sił do części wyspy, która sprzyjała defensywie nieco bardziej. Niestety, nawet na półwyspie Bataan nie można było mówić o doskonale zorganizowanej obronie. Wprawdzie posiadał on niezbędne umocnienia, jednakże brakowało przede wszystkim wyposażenia i wyżywienia dla wciąż przybywających tam żołnierzy. Zobaczymy później, jaki dramat przeżywali Amerykanie i Filipińczycy okrążeni przez Japończyków. Ci z kolei zorientowali się w manewrze MacArthura i próbowali przeciwdziałać metodycznemu wycofywaniu się wroga, jednakże było zbyt późno na efektywną reakcję. Szczególnie ostro starała się reagować 48. dywizja piechoty, która w dniach 2-4 stycznia 1942 roku starła się z siłami amerykańsko-filipińskimi. Na szczęście dla wycofujących się, Japończykom nie udało się złamać oporu. Ostatecznie 6 stycznia ewakuacja była zakończona i od następnych dni można już mówić o regularnej bitwie o półwysep.

Bohaterskie, jak nazywali je Amerykanie, zmagania na Półwyspie Bataan trwały przez cztery miesiące. Mocno przetrzebione oddziały z całego Luzonu broniły się na wschodnim brzegu wyspy. To tutaj warunki do budowania nowej linii defensywnej były najlepsze, co związane było z ukształtowaniem terenu i wcześniejszymi pracami fortyfikacyjnymi poczynionymi przez obrońców. Bataan był niejako wstępem do twierdzy Corregidor, która uważana była za miejsce nie do zdobycia. Amerykanom nie sprzyjało szczęście, nie dość, że przegrywali na froncie, to i na polu politycznym ponieśli druzgocącą klęskę. Filipińscy politycy zwrócili się bowiem do agresora japońskiego z prośbą o utworzenie nowego rządu. Gest ten, wymierzony w Amerykanów i obliczony na pozyskanie do współpracy przyszłego hegemona Filipin, miał znamiona Quislingowego zamachu stanu. Japończycy radzi byli z podobnych koncepcji, zauważając, iż utworzenie władz niezależnych od Amerykanów w dużym stopniu wzmocni pozycję agresora wśród ludności filipińskiej. Wydaje się jednak, iż idea utworzenia mocarstwa ogólnoazjatyckiego już u podstaw miała wyraźne braki i była nie do zaakceptowania przez szersze rzesze ludności. W praktyce dominację amerykańską zastępowano brutalnym zwierzchnictwem Japonii. Wróćmy jednak do obrony półwyspu. Opór stawiał tu głównie 1. Korpus Filipiński w sile 22 500 ludzi, dysponujących 25 działami pod dowództwem gen. J.M. Wainwrighta. Znalazł się tu również 2. Korpus Filipiński liczący 25 000 ludzi i 60 dział. Jego dowódcą był w tym okresie gen. G.M. Parker. Sytuacja obrońców wydawała się być fatalna. Nie mieli dobrego wyposażenia, a zapasy żywności były na wyczerpaniu. Defensywy nie przygotowano należycie, choć warunki ku temu były idealne. Gen. MacArthur prosił o wsparcie z zewnątrz, jednak nie doczekał się posiłków, a los Filipin był w tym czasie przesądzony. Nawet dowództwo wiedziało, iż nie ma sensu marnować sił żołnierzy dla walki, która na wstępie jest przegrana. Japończycy nieco pokpili sprawę, wysyłając do ataku zaledwie 6500 ludzi przynależnych do 48. dywizji piechoty. Mimo to udało się im zająć do 26 stycznia blisko połowę półwyspu. Gdyby nie ważniejsze cele, jakie wyznaczono w Indiach Holenderskich, uderzenie z pewnością byłoby silniejsze i przekreśliłoby jakiekolwiek dywagacje na temat obrony tej części archipelagu. Tymczasem dopiero w marcu przystąpiono do kolejnej ofensywy. 17 marca gen. MacArthur przekazał dowództwo gen. Wainwrightowi, wycofując się w tydzień później do Australii. 22 marca strona japońska złożyła przeciwnikowi propozycję kapitulacji garnizonu. Oferta została zdecydowanie odrzucona. 5 kwietnia nowy dowódca 14. armii, gen. Yamashita, przystąpił do finalnej ofensywy. Sytuacja filipińskich i amerykańskich wojsk była tragiczna - w marcu zjedzono ostatnie 250 koni i 40 mułów. 9 kwietnia poddały się wszystkie oddziały na Bataanie, bronił się jeszcze Corregidor. 11 750 obrońców wytrzymało aż 52 naloty japońskie, kapitulując dopiero 6 maja 1942 roku. Dzień wcześniej desant japoński wylądował we wschodniej części wyspy. Upadek Corregidoru, bronionego przez tak niewielu żołnierzy, miał ogromne znaczenie jeśli idzie o morale amerykańskich żołnierzy. Wydawało się, iż wątłe na razie siły USA mogą stawić opór nawałnicy japońskiej. Choć batalię o Filipiny przegrano, miał jeszcze nadejść czas, gdy US Army zatryumfuje w zmaganiach kampanii na Pacyfiku. Na razie jednak przygotowywano się do kolejnych starć, które już wkrótce ogarnęły rejon wokół wyspy Midway.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków