Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Dyplomata to człowiek, który dwukrotnie się zastanowi zanim nic nie powie", Winston Churchill

Informacje


Wydarzenia


Na froncie


Biografie


Tematycznie


Kultura i media


Współpraca





Lądowanie w Normandii
Operacja "Overlord"


Drugi front w Europie był kwestią priorytetową od czasu, gdy związki sojusznicze połączyły Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Związek Sowiecki. Wielka Trójka, którą stanowili przedstawiciele trzech mocarstw, decydowała o losach świata, konferując i dyskutując czy to przy bezpośrednich spotkaniach, czy też listownie. W 1940 roku Niemcom udało się podbić większą część Europy, spychając aliantów za Kanał La Manche, który wkrótce stał się świadkiem decydującego starcia. Latem niepokonana do tej pory Luftwaffe po raz pierwszy w II wojnie światowej musiała uznać wyższość przeciwnika, ustępując RAF w bitwie o Wielką Brytanię. Tym samym na zachodzie pozostał przeciwnik, którego siły, choć wtedy były wyjątkowo nadwyrężone, mógł jeszcze sprawić kłopot. Rok później hitlerowskie wojska ruszyły na wschód, odnosząc szereg zwycięstw. Jednocześnie do koalicji sprzymierzonych przeciw Państwom Osi dołączył ZSRS. W grudniu wojenna pożoga ogarnęła Stany Zjednoczone, zaatakowane przez Japonię. Winston Churchill, Franklin Delano Roosevelt i Józef Stalin zaczęli wspólną krucjatę, której celem stał się światowy pokój i pokonanie koalicji Państw Osi.

Nie wiadomo, kto pierwszy użył pojęcia "drugiego frontu", jednak możemy być pewni, iż na jego otwarciu najbardziej zależało Stalinowi. Dyktator sowiecki raz po raz nalegał, aby zachodni alianci rozpoczęli inwazję w Europie Zachodniej, odciążając tym samym Armię Czerwoną, która samodzielnie zmagała się z siłami niemieckimi. Efektem zdecydowanej postawy Stalina było eksperymentalne lądowanie pod Dieppe w połowie 1942 roku. Fiasko operacji "Jubileusz" uświadomiło Amerykanom, jak wielkich sił wymagałaby inwazja na Francję. Dlatego też ambitne plany na chwilę odłożono, choć powracano do nich przy każdej nadarzającej się ku temu okazji. Skonkretyzowanie polityki Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych nastąpiło dopiero w 1943 roku. W styczniu Churchill i Roosevelt konferowali w Casablance, gdzie podjęli szereg postanowień odnośnie prowadzenia dalszej wojny. Premier brytyjski był zwolennikiem lądowania na Bałkanach, po uprzednim przeciągnięciu Turcji na stronę Narodów Zjednoczonych. Koncepcja ta zapewniała Brytyjczykom zwiększenie wpływów politycznych w basenie Morza Śródziemnego. Amerykanie byli nieco bardziej powściągliwi, powracając do planów operacji "Bolero" i "Sledgehammer" (lądowanie we Francji). Jednocześnie przedstawiciele obu krajów podjęli decyzję o powołaniu wspólnego organu sztabowego, którego celem byłaby organizacja całości operacji. Przy okazji zdecydowano o priorytetowym znaczeniu wojny z Niemcami (Bliski i Daleki Wschód stały się zatem sprawami drugorzędnymi) oraz o podjęciu się bombardowań strategicznych na terenie Niemiec i państw przez nie okupowanych. Niestety, prezydent Roosevelt miał wątpliwości co do dobrych intencji sojusznika. Dlatego też zaprzepaścił szansę, jaką dawało sprzymierzenie się z Brytyjczykami przeciwko dominacji Związku Sowieckiego w koalicji alianckiej. Roosevelt był też przeciwnikiem gen. Charlesa de Gaulle'a, co w przyszłości znacznie skomplikowało przeprowadzenie operacji "Overlord". W Moskwie narastało tymczasem napięcie związane z wydłużającym się okresem otwierania drugiego frontu. Na kolejne informacje Stalin musiał jednak poczekać. Jego rozdrażnienie starali się załagodzić Roosevelt i Churchill w pogodnych i patetycznych listach. Tymczasem 3 czerwca 1943 roku utworzony został w Algierze Francuski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Szybko powstały rozbieżności między dyplomatami Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych odnośnie traktowania komitetu de Gaulle'a. Po raz kolejny Roosevelt wykazał się głęboką niechęcią wobec Francuza, odmawiając uznania FKWN za legalny i jedyny rząd francuski. Wróćmy jednak do operacji "Overlord". Punktem zwrotnym w obradach odnośnie inwazji na kontynent była konferencja w Quebec. Amerykanów zaskoczyła postawa Churchilla, który nadal upierał się przy uderzeniu w basenie Morza Śródziemnego, jednak w konsekwencji rozmów premier przystał na opracowane przez sztab dowództwa wojsk sojuszniczych (COSSAC - Chief of Staff Supreme Allied Commander) plany operacji "Overlord". Churchill zaproponował również rozważenie alternatywnej operacji "Jupiter" - lądowania w Norwegii. Ostatecznie jednak w Quebec podjęto decyzję o rozpoczęciu inwazji we Francji 1 maja 1944 roku. Celem operacji miała być Normandia - pas wybrzeża obejmujący Cherbourg i Nantes. Obok rozmów odnośnie wyboru planu toczyły się również dyskusje nad obsadzeniem stanowiska głównodowodzącego operacją. Churchill wiedział, iż nie ma szans na przeforsowanie kandydatury Brytyjczyka, dlatego też pogodził się z wyborem gen. George'a Marshalla. W amerykańskich kręgach wojskowych zawrzało. Prezydent Roosevelt decyzji nie zmieniał, choć krytykowano ją ze wszystkich stron. Najważniejszą sprawą w tym czasie była organizacja konferencji Wielkiej Trójki, której pierwszym aktem było spotkanie przygotowawcze ministrów spraw zagranicznych wszystkich trzech państw w Moskwie. Dyskutowane przez Edena, Hulla i Mołotowa sprawy stały się podstawą konferencji w Teheranie. Przebieg obrad pełen był zwrotów akcji, niespodziewanych zdarzeń i zażartych dyskusji. Konferencja ta stała się jednak spotkaniem, które zadecydowało o losach II wojny światowej. Podjęto tam szereg postanowień dotyczących nie tylko otwarcia drugiego frontu, ale i demokratyzacji Włoch czy odbudowy niepodległej Austrii. Najważniejsze było jednak porozumienie co do terminu inwazji. Wybrano maj - aby zadowolić Stalina, dać czas na przygotowania i rozwiązać problem Amerykanów, dla których paradoksalnie najważniejszą kwestią stała się data. Tak zakończył się polityczny etap walki o operację "Overlord". Wzruszony Stalin dziękował sojusznikom. 2 grudnia wszyscy się pożegnali i wrócili do swoich spraw. 6 stycznia 1944 roku Churchill przegrał swoją batalię o Bałkany. Turcy oświadczyli, iż włączą się do sojuszu, gdy... alianci wylądują na kontynencie. 12-miesięczne wysiłki premiera okazały się być bezowocne.

W grudniu 1943 roku doszło do sensacyjnej zmiany na stanowisku Naczelnego Dowódcy operacji "Overlord". 24 grudnia ogłoszono oficjalny komunikat o mianowaniu na to miejsce gen. Dwighta Davida Eisenhowera. Równocześnie gen. Henry Maitland Wilson objął po Eisenhowerze pozycję Naczelnego Dowódcy Śródziemnomorskiego Teatru Działań Wojennych. Zastępcą popularnego Ike'a został szef lotnictwa brytyjskiego marszałek Arthur Tedder. Gen. Bernardowi Law Montgomery'emu przydzielono dowództwo pierwszej grupy armii sił ekspedycyjnych we Francji (następnie dowodzenie nad całością sił brytyjskich). Analogicznie po stronie Stanów Zjednoczonych podobny urząd objął gen. Omar Bradley. Dowódcą sojuszniczej floty został adm. Bertram Ramsey, a dowódcą lotnictwa marsz. sir Trafford Leigh-Mallory. Taki obrót sprawy był na rękę Brytyjczykom, gdyż to ich dowódcom powierzono najważniejsze funkcje. Churchill ze spokojem mógł rozpocząć przygotowania do inwazji. Do Wielkiej Brytanii płynął strumień zaopatrzenia i ludzi niezbędnych do przeprowadzenia operacji. Żołnierze, czołgi, samochody, barki desantowe - to wszystko grupowano w Anglii, stwarzając z niej olbrzymią zbrojownię, która wkrótce miała być użyta przeciw Niemcom. 14 stycznia 1944 roku gen. Eisenhower i jego sztab (Supreme Headquarters Allied Expeditionary Forces - SHAEF) zameldowali się w Londynie. Wcześniej, 2 stycznia do stolicy przyjechał gen. Montgomery. Nastroje dowódców pełne były optymizmu, o czym świadczą wyniki ankiety przeprowadzonej przez Monty'ego. Zarówno Amerykanie, jak i Brytyjczycy twierdzili, iż wojna skończy się jeszcze w 1944 roku. Eisenhower i Montgomery szybko zweryfikowali plany operacji, domagając się powiększenia sił lądowych do pięciu dywizji i zrzucenia czterech dywizji powietrznodesantowych. Skąd jednak wziąć środki na wykonanie tych zaleceń? Postanowiono przedłużyć okres przygotowawczy do 5 czerwca i zwiększyć siły inwazyjne kosztem operacji "Anvil". 21 stycznia odbyła się specjalna narada, na której ostatecznie zaaprobowano plan "Overlordu". Zakładał on lądowanie w Normandii 5 czerwca w sile 9 dywizji, które wkrótce wsparłyby posiłki przysłane z Wielkiej Brytanii. Planowano również wybudowanie dwóch sztucznych portów dających większe możliwości działania flocie. Z francuskich plaż alianci mieli ruszyć na zachód, aż do Linii Zygfryda, a następnie na przemysłowe tereny Zagłębia Ruhry. Alianci opracowywali również plany nowych urządzeń, które umożliwiłyby wydajniejszą i szybszą walkę. Obok sztucznych portów typu "Mulbery" konstruowano torpedy "Bangalore" (drążenie korytarzy w polach minowych) oraz czołgi "Sherman", które na lądzie zastąpić miały saperów, wyrzucając torpedy na odległość 30 metrów. Amerykanie i Brytyjczycy rozpoczęli również akcję dezinformującą, której celem było wprowadzenie w błąd Niemców odnośnie rejonu lądowania. Cenne były uwagi Stalina, jakie przekazał Churchillowi i Rooseveltowi w Teheranie, mówiąc: "Wielkiej operacji w worku nie schowasz. W takich wypadkach oszukujemy przeciwnika, budując makiety czołgów, samolotów, budując pozorowane lotniska. Następnie za pomocą traktorów uruchamiamy makiety czołgów i samolotów. Wywiad donosi przeciwnikowi o translokacjach, przy czym Niemcy myślą, że w tym właśnie miejscu przygotowywane jest uderzenie [...] Samoloty przeciwnika bombardują niekiedy dzień i noc te miejscowości, które w rzeczywistości są całkiem puste". Słuchaczom przypadła do gustu ta koncepcja, dlatego też bez trudu zorganizowali podobne do sowieckich wyimaginowane zgrupowania potężnych armii. 26 stycznia dowództwo nad First United States Army Group objął gen. George Patton. Jednostka ta faktycznie istniała jedynie w raportach niemieckich szpiegów. W sprawozdaniach celem FUSAG było zaatakowanie Pas de Calais z rejonu Dover, gdzie Kanał La Manche był najwęższy. Armia Pattona wywiązała się z zadania znakomicie - ciężarówki i czołgi z gumy, artykuły o Amerykanach w prasie - to wszystko kształtowało u Niemców poczucie zagrożenia ze strony FUSAG. Skuteczną pracą wykazało się również lotnictwo. Już w lipcu 1941 roku alianci rozpoczęli ofensywę bombową, którą kontynuowali nieprzerwanie aż do końca wojny. Bomber Command miało pełne ręce roboty, ponieważ zbliżająca się operacja wymagała zwiększenia zaangażowania bombowców. 23 lutego 1944 roku Amerykanie wznowili ofensywy dzienne, atakując cele w Niemczech i krajach okupowanych. W walkach udział brały maszyny RAF-u (w tym polskie dywizjony) oraz 8. flota amerykańska rozlokowana w Wielkiej Brytanii od 17 sierpnia 1942 roku. Niestety, naloty dzienne bez wsparcia myślistwa były pomysłem chybionym - Luftwaffe odnosiła ogromne sukcesy, zestrzeliwując coraz większe ilości maszyn alianckich. Na pewien czas podobnych akcji zaniechano i dopiero po uzyskaniu wsparcia myśliwców dalekiego zasięgu P-51 B "Mustang" operacja mogło zostać wznowiona. Celem kolejnych uderzeń lotnictwa zostały zakłady wojskowe wroga oraz punkty strategiczne. Świetnym posunięciem okazało się atakowanie wybrzeża francuskiego w przeddzień inwazji. Niszczono mosty, linie kolejowe oraz niemieckie umocnienia. dodatkowo przed nalotami alianckie lotnictwo zrzucało ulotki ostrzegające Francuzów. Tym samym zredukowano liczbę przypadkowych ofiar cywilnych do minimum. Tuż przed Dniem D operacji "Overlord" marsz. Leigh-Mallory miał do dyspozycji 3500 bombowców ciężkich, 1500 bombowców lekkich i średnich, 5500 myśliwców i 2500 samolotów transportowych. W sumie około 13000 maszyn w składzie Sprzymierzonych Sił Powietrznych. Marynarkę reprezentowało pięć formacji szturmowych przewożących po jednej dywizji każda. Szacuje się, iż adm. Ramsey dysponował: 6 pancernikami, 2 monitorami, 22 krążownikami, 93 niszczycielami, 163 eskortowcami, 366 okrętami patrolowymi i dozorowymi, 424 okrętami pomocniczymi, 224 statkami handlowymi i 4012 barkami desantowymi. Brytyjskim zgrupowaniem bojowym dowodził kontradm. Philip Vian, amerykańskim adm. A. G. Kirk. Obaj podlegali Ramseyowi. Wkrótce mieli poprowadzić do boju najpotężniejszą flotę w dziejach ludzkości.

Wspomnieliśmy już, iż alianci prowadzili szeroko zakrojoną akcję dezinformacyjną. Niemcy musieli zmierzyć się z setkami docierających do nich informacji i wyłowić prawdziwe doniesienia wywiadu czy stacji nasłuchowych. Jednego byli pewni - inwazja nastąpi wkrótce. Nie wiedzieli jednak, kiedy, gdzie i jakimi siłami uderzą Amerykanie oraz Brytyjczycy. Na zachodnim teatrze działań Niemcy zgromadzili 1,5 mln żołnierzy. Zgrupowano ich w 58 dywizji, w tym 9 pancernych, 1 grenadierów pancernych, 17 zmechanizowanych i 31 dywizji piechoty. Hitler zdawał sobie sprawę, iż wojska te są wystarczające do odparcia inwazji, tym bardziej że francuskich wybrzeży bronił Wał Atlantycki, którego istnienie wzbudzało grozę w całej Europie. Tymczasem sytuacja wyglądała w rzeczywistości nieco inaczej, a realia wojenne weryfikowały w znacznym stopniu plany führera o utworzeniu jedonlitego frontu zdolnego zatrzymać na zachodzie każdy atak. W listopadzie 1943 roku do Francji przybył feldmarszałek Erwin Rommel. Jego pojawienie się mocno zdeprymowało głównodowodzącego siłami niemieckimi na Zachodzie feldmarszałka Gerda von Rundstedta, który zamiast spodziewanych posiłków otrzymał ambitnego Rommla. "List Pustyni" z miejsca zabrał się do pracy, wizytując osławiony Wał Atlantycki. Niestety, raport Rommla nie mógł być pozytywny, ponieważ prace prowadzono zbyt opieszale, a ogromne fortyfikacje były fikcją. Fakt, w niektórych miejscach Wał najeżono działami i stanowiskami żołnierzy, jednak w innych częściach widoczne były poważne braki. Wizja Hitlera odnośnie budowy pasa umocnień od Skandynawii po podnóża Pirenejów były zatem ułudą, dlatego też Rommel musiał podjąć odpowiednie kroki w celu zabezpieczenia Francji. Również von Rundstedt zdawał sobie sprawę ze słabości obrony. Była to jedna z nielicznych sytuacji, w których zmuszony był zgodzić się z młodszym kolegą po fachu. W praktyce bowiem konflikt między dowódcami narastał z każdym dniem, odbijając się negatywnie na efektywności prowadzonych prac. Dowódca Grupy Armii "B" (Erwin Rommel) postanowił zgotować aliantom niezwykle krwawe powitanie. Plaże nafaszerował minami różnego rodzaju oraz przeszkodami antyinwazyjnymi. Fortyfikacje te rozmieszczono w strefie wód Kanału La Manche, aby w momencie ataku maksymalnie utrudniły zadanie lądującym żołnierzom wroga. Jednocześnie trwał spór między Rundstedtem a Rommlem o rozlokowanie dywizji. Skomplikowany system dowodzenia na Zachodzie i zachodzące na siebie kompetencje obu wojskowych decydowały o chaosie, w jakim pogrążona była armia niemiecka w przeddzień inwazji. Szczególnie drażliwą kwestią był problem 9 dywizji pancernych. Trzy z nich wchodziły w skład Grupy Armii "G" i znajdowały się na południu Francji, jedna stacjonowała w rejonie Antwerpii. Pozostało zatem sześć jednostek. Rundstedt był zwolennikiem pozostawienia ich w okolicach Paryża, a więc około 150 kilometrów od wybrzeża. Rommel twierdził coś zupełnie innego: "Lepiej mieć jedną dywizję w miejscu lądowania w dniu lądowania niż trzy dywizje w trzy dni później". Feldmarszałkowie poróżnili się do tego stopnia, iż niezbędny był rozjemca - gen. Heinz Guderian. Przybyły w marcu Guderian przyznał rację Rundstedtowi, jednak nie udało mu się pogodzić zwaśnionych stron. Efektem kłótni była decyzja Adolfa Hitlera o przekazaniu czterech dywizji pod dowództwo OKW. Tym samym dywizje nie mogły zostać ruszone z miejsca bez zgody dowództwa Wehrmachtu, co w kluczowym momencie przesądziło o ich spóźnieniu. Ponadto na niekorzyść Niemców przemawiały fakty statystyczne - przeciętny żołnierz było ponad cztery lata starszy od przeciwnika, część oddziałów tworzyli żołnierze niezdolni do walki na froncie wschodnim, a część przysłani ze wschodu weterani. Sprzymierzeni przeważali wroga jeśli idzie o wyszkolenie - żmudne przygotowania sprawiły, iż byli znakomicie przystosowani do trudnych walk, podczas gdy Niemcy marnowali czas na dywagacje na temat rozlokowania jednostek. Równocześnie z działaniami podjętymi przez Rommla wzmożoną aktywnością wykazywał się wywiad. Pracownikom Abwehry udało się ustalić, iż inwazja nastąpi w miesiącu, w którym do francuskiego ruchu oporu skierowane zostaną słowa: "Les sanglots longs des violons de l'autumn blesseny mon coeurl d'une langeur marotne". Nadanie drugiej części wiadomości (od "blesseny" włącznie) oznaczać będzie rozpoczęcie operacji w 48 godzin od północy dnia wyemitowania drugiego członu hasła. Niemieckie stacje nasłuchowe wzmogły czujność, starając się wyłapać tekst skierowany do Maquis. Wieczorem 1 czerwca ppłk Helmuth Meyer i członkowie jego grupy nasłuchowej odebrali zapowiadaną przez adm. Wilhelma Canarisa wiadomość. Natychmiast powiadomiono o tym fakcie OKW. Szef sztabu 15 armii stacjonującej w Calais postawił jednostkę w stan gotowości. Tymczasem gen. Alfred Jodl oraz feldmarszałkowie Rundstedt i Rommel nie zrobili nic w kierunku przygotowania do walki 7. armii będącej w Normandii. Niemcy popełnili kolejny błąd, ignorując doniesienia stacji. Jakby tego było mało, Rommel opuścił 4 czerwca kwaterę w La Roche-Guyon i udał się do Niemiec. Grupa Armii "B" pozostała bez dowódcy w najważniejszym momencie. Francja tymczasem czekała na aliantów.

No właśnie, Francuzi od czterech lat zmagali się z problemem okupacji, oczekując wyzwolenia. Tymczasem to właśnie ich kraj sprawiał największy kłopot szefom państw sojuszniczych. Wspomnieliśmy już o głębokiej niechęci Roosevelta do de Gaulle'a. Nie wiadomo, dlaczego prezydent USA miał tak negatywny stosunek do Francuza, jednak podejście to znacznie komplikowało sprawę rządów we Francji po jej wyzwoleniu przez siły sojusznicze. Dyskusje na ten temat prowadzono w Waszyngtonie i Londynie od początku 1944 roku. Podstawowym problemem stalo się zagadnienie Francuskiego Koitetu Wyzwolenia Narodowego wobec rządu Vichy. 7 września 1943 roku gen. de Gaulle przedstawił rządom sprzymierzeńców memorandum w tej sprawie. Dokument pozostał bez pozytywnego odzewu. Szczególnie ostro reagowały Stany Zjednoczone, które nie zgadzały się na ofiarowanie de Gaulle'owi stanowiska premiera Francji. Niestety, najprostszy sposób, czyli przeprowadzenie demokratycznych wyborów, również nie wchodził w grę. Powodem były zbyt wielkie trudności w organizacji przedsięwzięcia na tak dużą skalę w chwili, gdy Francja stać się miała głónym teatrem walk. Churchill z kolei nie chciał podejmować samodzielnych decyzji, obawiając się reakcji Roosevelta. 15 marca prezydent przesłał instrukcję dla gen. Eisenhowera, w której nakazywał stworzenie administracji francuskiej w oparciu o francuskie ośrodki polityczne i komitet algierski. To jedynie zaostrzyło dyskusje, nie rozwiązując głównego problemu. Sprawy w swoje ręce wziął sam de Gaulle i 3 czerwca przekształcił FKWN w Rząd Tymczasowy Francji. To nie ucięło jednak spekulacji, a sam de Gaulle zaczął się niecierpliwić. Do 6 czerwca sprawa rządu we Francji nadal była otwarta.

Niestety, nie wszystko szło po myśli głównodowodzącego operacją "Overlord". Choć żołnierzy doskonale przeszkolono, choć zgromadzono tak ogromne ilości sprzętu, alianci nie mogli wpłynąć na pogodę. 4 czerwca gen. Eisenhower zmuszony był do wydania rozkazu o odłożeniu rozpoczęcia operacji o 24 godziny. Juz wiele tygodni wcześniej ustalono, iż tylko trzy czerwcowe noce odpowiadają wszystkim rodzajom wojsk - 5, 6 i 7. Tylko wtedy, przy jasno święcącym księżycu (co niezbędne było spadochroniarzom), poziom morza byłby odpowiedni. Jakakolwiek pośpiech zdecydowanie zmniejszał szanse powodzenia operacji. Zwłoka jednak też była niebezpieczna. Z jednej strony żołnierzom groził spadek morale i rozprężenie w najważniejszej chwili, z drugiej działania Luftwaffe mogłyby doprowadzić do odkrycia prawdziwego zgrupowania. Eisenhower wahał się, a konsultując decyzję z innymi dowódcami napotykał na rozbieżności. Dopiero referat płk Stagga z RAF, który zajmował się meteorologią, rozwiał wątpliwości Ike'a. Noc z 5 na 6 czerwca i ranek 6 czerwca powinny być odpowiednie, choć i tak dalekie od optymalnych, dla przeprowadzenia lądowania. Wobec nowych informacji Eisenhower podjął decyzję: "Jestem zupełnie pewny, że trzeba dać rozkaz. Nie bardzo mi się to podoba, ale nie ma innego wyjścia. Nie widzę innej możliwości".

Tymczasem Niemcy popełnili kolejny błąd. 5 czerwca większość wyższych dowódców z rejonu francuskiego wybrzeża opuściło swe stanowiska, aby udać się do Rennes na "Kriegsspiel". Gra wojenna miała być dla nich świetną zabawą, choć nie wszyscy podzielali to zdanie. Jakby tego było mało, dowództwo Luftwaffe postanowiło wycofać z Francji większość maszyn myśliwskich i przeznaczyć je do obrony powietrznej III Rzeszy. Ze 183 samolotów zaledwie kilkanaście pozostało tam, gdzie do tej pory stacjonowały. Niemcy sami zaciskali sobie pętlę wokół szyi.

Lądowanie na plażach Normandii poprzedzić miał zrzut trzech dywizji powietrznodesantowych za linią oporu wroga. Kryptonimem tej operacji było słowo "Neptun". Zanim jednak w Normandii wylądowały setki spadochroniarzy amerykańskich i brytyjskich, dojść miało do zrzutu specjalnie przeszkolonych żołnierzy, których zadaniem było oznakowanie stref lądowania. Ich misja była wyjątkowo ważna, ponieważ od odpowiedniego oświetlenia zależeć miały losy operacji "Neptun". W przypadku złego naprowadzenia mogło dojść do wymieszania grup, co w konsekwencji doprowadziłoby do niewłaściwego wykonania postawionych im zadań. Naprowadzających żołnierzy przeszkolono w specjalnej szkole gen. Jamesa M. Gavina. Aby zrozumieć cel misji pierwszej grupy spadochroniarzy, musimy wprowadzić podział poszczególnych rejonów lądowania. Normandzkie plaże, na których desantowała piechota, podzielono na pięć części - idąc od zachodu "Utah", "Omaha", "Gold", "Juno" i "Sword". Leżały one w pasie wybrzeża od Ouineville do Houlgate lub pomiędzy ujściami rzek Douve i Orne. Obszar ten obejmował szereg nadmorskich miejscowości leżących u podnóża i na Półwyspie Cherbourg. Amerykańskie 82. i 101. dywizje powietrznodesantowe lądowały na zachód od plaży "Utah", w rejonie Ste. Mére-Égliese i Carentan, natomiast brytyjska 6. DPD lądowała w rejonie Caen, u ujścia Orne. Pierwsze dwie grupy przewoziły 1162 samoloty i 512 szybowców, które nadleciały z dwóch różnych stron, aby zdezorientować obrońców - samoloty przybyły od strony Atlantyku natomiast szybowce z kierunku Kanału La Manche. Brytyjczyków transportowały 733 samoloty i 305 szybowców. Grupy specjalne rozpoczęły D-Day około 0:15 we wtorek, 6 czerwca. W sumie 82. i 101. DPD dysponowały 120 naprowadzającymi. Niestety, wielu z nich znacznie zboczyło z kursu z powodu silnego ostrzału artyleryjskiego ze strony Niemców. Tym samym już na początku operacji napotkano poważne komplikacje. Pierwsi spadochroniarze rozpoczęli walkę z czasem, ponieważ na wykonanie zadania mieli zaledwie godzinę - o 1:15 nadlecieć powinna reszta grupy. Żołnierze zostali jednak zrzuceni niedokładnie i, pomimo starań, nie byli w stanie poprawnie wykonać powierzonej im misji. Mimo to 101. DPD gen. Maxwella D. Taylora i 82. DPD gen. Matthew B. Ridgwaya musiały walczyć z niemiecką obrona, aby zrobić to, co do nich należało. W sumie około 13 tys. ludzi, przeciw którym Niemcy mieli posłać do boju 40 tys. żołnierzy. Cornelius Ryan pisze: "Zadaniem spadochroniarzy Taylora było zniszczenie sześciodziałowej baterii w St. Martin-de-Varreville, niemal wprost za "Utah" a nadbrzeżną osadą Pouppeville. Jednocześnie mieli zdobyć lub zniszczyć przeprawy i mosty na Douve i na kanale Carentan, a przede wszystkim śluzy La Barquette. W tym samym czasie, kiedy Krzyczące Orły ze 101 powietrznodesantowej mieli zdobyć wyznaczone cele [...] żołnierze Ridgwaya mieli bronić przepraw na Douve i Merderet, zająć Ste. Mére-Égliese i utrzymać się na północ od miasteczka, aby nie dopuścić do kontruderzenia w bok przyczółka". Chaos spowodował wymieszanie obu dywizji, dlatego niejednokrotnie żołnierze 82. DPD walczyli pod dowódcą ze 101. DPD i na odwrót. Chyba do najciekawszych zmagań doszło w Ste. Mére-Égliese, gdzie oprócz żołnierzy wroga przeciwko Amerykanom wystąpił żywioł. Płonąca willa jednego z mieszkańców stwarzała upiorną atmosferę. Zgromadzeni w centrum miejscowości Niemcy nagle znaleźli się w środku walki. Po 1.00 z samolotów zaczęli skakać żołnierze 82. DPD - część z nich lądowała w obrębie miasteczka, gdzie niemieccy żołnierze na oślep strzelali do wszystkiego, co tylko ruszało się w powietrzu. Tak naprawdę w Ste Mére-Égliese wylądowało tylko kilku spadochroniarzy, przez zupełny przypadek, bowiem natarcie na miejscowość alianci mieli w późniejszych planach. Siły 505. pułku 82. DPD pod dowództwem ppłk Edwarda Krausego szybko weszły do miasteczka, ze zdumieniem odkrywając, iż Niemcy się wycofali. O godz. 4.30 Ste Mére-Égliese były w rękach aliantów. Niestety, na o wiele gorsze warunki natrafili pozostali żołnierze 82. i 101. DPD. Część z nich wylądowała w bagnach Meredet - głównego dopływu rzeki Dove. Saperzy Rommla znakomicie wykorzystali potencjał tych rejonów, zatapiając część obszarów i tworząc z nich skuteczną zaporę antyinwazyjną, faszerując je minami i różnego rodzaju blokadami. Za obronę półwyspu odpowiadały w tym czasie 709., 253. i 91. DP, jednak ich dowódcy w pierwszych godzinach inwazji nie wiedzieli, co mają sądzić o zrzucie spadochroniarzy i jak się zachować w tej sytuacji. Chaos na stanowiskach dowodzenia 7. armii skutecznił utrudnił obronę półwyspu. Mimo to zadanie Amerykanów nie było łatwe. Udało się im jednak przezwyciężyć kłopoty. Wykonali zadanie wyznaczone im przez Eisenhowera, opanowując Ste Mére-Égliese, szosę z Cherbourga w dół półwyspu, dotarli także do śluzy La Barquette oraz zdezorientowali broniących się Niemców.

6. DPD miała prawdopodobnie nieco łatwiejsze zadanie, ponieważ teren jej przydzielony odznaczał się mniejszym zróżnicowaniem w przeciwieństwie do warunków panujących na odcinku ich kolegów z USA. Brytyjczycy mieli za zadanie opanować mosty na rzece Orne i kanale Caen powyżej Ranville i pomiędzy Ranville a Bénouville. Ochotnicy z Light Infantry Oxfordshire, Light Infantry Buckinghamshire oraz Royal Engineers pod dowództwem majora Howarda szybko opanowali oba przejścia wodne, zaskakując niczego nie spodziewających się Niemców. O 0.50 rozpoczął się zrzut brytyjskich naprowadzających, których celem było oznakowanie rejonów Varaville, Ranville i Toufréville. I w tym wypadku spadochroniarze zrzuceni zostali niedokładnie, a ich miejsca lądowania dalekie były od idealnych. Ponadto większość sprzętu spadała gdzie indziej lub roztrzaskała się. Żołnierzom odnalezienie się ułatwiały angielskie rogi myśliwskie, których głos niósł się echem po Normandii. Obok wspomnianych już zadań 6. DPD miała jeszcze wysadzić 5 mostów na rzece Dives i opanować rejony w pobliżu Caen oraz zniszczyć baterię dział w pobliżu Merville, która zagrażała plaży "Sword". Wszystko wymagało synchronizacji w czasie, aby przed przybyciem wojsk lądowych Normandia była sparaliżowana. Tymczasem to brytyjskie lądowanie można nazwać nieco sparaliżowanym. Moczary Dives i Orne, które znakomicie wykorzystał Rommel, spełniły swoją rolę i na długie godziny zatrzymały część żołnierzy z 6. DPD. Wkrótce zaczęły przybywać posiłki - 69 szybowców wylądowało we Francji, z tego 49 na lądowisku koło Ranville. Szybowce przywiozły dowódcę jednostki gen. Richarda Gale'a, który teraz bezpośrednio mógł kierować akcją. Tyle tylko, że akcja nie rozwijała się po jego myśli, gdyż grupa ppłk Terence'a Otwaya napotkała na trudności - bateria w Merville nadal siała postrach wśród alianckich żołnierzy. Zgubieniu uległo wyposażenie, "pociąg szybowcowy" nie dotarł, a koło Otwaya zgromadziło się tylko 150 ludzi z jego siedmiusetosobowego oddziału. Przeciwko nim 200 Niemców, zasieki, pola minowe i bunkry. Dowódca zdecydował się jednak na atak - po zaciekłej i niezwykle krwawej walce udało się pokonać przeciwnika i zniszczyć baterię dział. Do świtu inne jednostki zniszczyły również wspomniane pięć mostów na rzece Dives, spadochroniarze opanowali też wzgórza pod Caen. Zadania wyznaczone przez Eisenhowera zostały wykonane, choć okupiono to wysokim stratami.

Kiedy major Werner Pluskat znajdujący się w bunkrze nad plażą "Omaha" zobaczył flotę inwazyjną sojuszników, wpatrywał się w nią jak urzeczony. Szybko wykonał telefon do dowództwa 352. dywizji i pełnym napięcia głosem opowiedział o tym, co ukazało się jego oczom. Okręty skierowały się na prawo od niego...

Miejsce lądowania rozciągało się 60-milowym odcinkiem, którego końce wyznaczały ujście rzeki Dives oraz rejony Ste Mére-Égliese. Ogromna flota musiała wysadzić żołnierzy w idealnej kolejności, aby zapobiec jakiemukolwiek przemieszaniu czy niezgodnościom. Ze względów strategicznych wybrano jak najwcześniejszy czas rozpoczęcia desantu, aby wojska lądowe umacniały się na plażach przy świetle dziennym. O 3.14 6 czerwca rozpoczęło się przygotowanie lotnicze operacji, które trwało do 6.30 na odcinku amerykańskim i do 7.00 na odcinku brytyjskim. Wzięło w nim udział aż 2219 samolotów bombowych. Największą intensywność nalotów osiągnięto między 6.30 a 6.45, kiedy to 1365 ciężkich bombowców należących do 8. Armii Lotniczej zrzuciło 13 tys. bomb o łącznej wadze 2746 ton. W sumie zrzucono 7616 ton bomb, jednak część z nich trafiła do morza, gdyż wypuszczono je za wcześnie. "Lancastery" i "Wellingtony" spełniły jednak swoją rolę, umacniając morale żołnierzy i po części likwidując niemiecką obronę. Ogółem przewaga lotnictwa sił sprzymierzonych była tak wielka, iż Niemcy ograniczyli się do wykonania 100 lotów bojowych w odpowiedzi na 14 600 lotów aliantów w ciągu pierwszych 24 godzin trwania operacji "Overlord". Wsparcie udzielone siłom marynarki i piechoty było wystarczające, aby doprowadzić do bezpiecznego lądowania i utrzymania osiągniętych pozycji przez żołnierzy amerykańskich i brytyjskich.

Do operacji "Overlord" wydzielonych został blisko 3,5 mln ludzi wspieranych przez 8 tys. czołgów różnego rodzaju. Dodatkowo ze Stanów Zjednoczonych napłynąć mieli kolejni żołnierze, aby wesprzeć potężne zgrupowanie w walce o Francję. Tak ogromną armię załadowano na rekordową w dziejach świata liczbę okrętów, która operiwała na liczbę 6 pancerników ("Arkansas", "Nevada" - z Western Task Force adm. Kirka oraz "Nelson", "Rodney", "Warspite" i "Ramilies" z Eastern Task Force kontradm. Viana), 2 monitorów ("Roberts" i "Erebus" z Eastern Task Force), 22 krążowników (m.in. "Augusta", "Tuscaloosa", "Quincy" - Western Task Force; "Scylla", "Belfast", "Frobisher", "Enterprise", "Glasgow", "Mauritius", "Orion" i inne oraz francuskie "Georges Leygues" i "Montcalm", polski "Dragon" - Eastern Task Force), 93 niszczycieli (w tym polskie "Krakowiak" i "Ślązak"), 163 eskortowców, 366 okrętów patrolowych, 424 okrętów pomocniczych, 224 statków handlowych i 4012 barek desantowych różnych typów. Załadunek wojsk na okręty nastąpił 1 czerwca. Dwa dni później wszystkie jednostki znajdowały się na swoich miejscach, gotowe do drogi. Konsekwencją opóźnienia terminu rozpoczęcia operacji było opóźnienie wyruszenia floty, która skierowała się przez Kanał La Manche 5 czerwca. Podczas przeprawy ku wybrzeżom francuskim okręty atakowały kutry torpedowe. Kom. ppor. Heinrich Hoffmann uderzył na flotę aliancką, jednak jedynym sukcesem ataku było zatopienie niszczyciela "Svenner", który zabrał na dno 30 ludzi. Była to jedyna udana ofensywa marynarki niemieckiej tego dnia - flota inwazyjna płynęła do celu niemalże bez przykrych niespodzianek ze strony wroga.

Plaże "Utah" i "Omaha" stały się celem Amerykanów z VII i V Korpusu. Działania obu jednostek zaplanowano co do minuty i każde odejście do schematu mogło przyczynić się do porażki i załamania operacji "Overlord". Na "Omaha" o 6.25 116. pułk 29. dywizji gen. Charlesa H. Gerhardta miał wylądować na częściach plaży oznakowanych "Dog White" i "Dog Green" i z brzegu ubezpieczać desant ośmiu LCT (Landing Craft Tank), które przypłynąć powinny pięć minut później. O 6.33 do akcji przystępowali saperzy, a o 7.00 lądowanie zaczynały główne siły V Korpusu. O 6.19 do ostatniego nalotu ruszyło 329 bombowców alianckich, jednak ich uderzenie okazało się rażąco niecelne. Naprzeciw żołnierzy, którzy wtedy znajdowali się około 1600 metrów od "Omaha", znalazła się zaprawiona w bojach 352. dywizja, której wywiad aliancki nie zdołał zlokalizować i umiejscowić w obronie wybrzeża. Zanim jednak siły lądowe przystąpiły do szturmu, na całej długości atakowanego wybrzeża posypał się grad pocisków wystrzeliwanych przez siły marynarki. Niestety, i tym razem salwy artyleryjskie nie sięgnęły celu - 8 betonowych bunkrów z działami dużego kalibru pozostało nietkniętych. Dramat na plaży "Omaha" rozpoczął się już w chwili lądowania pływających czołgów 1. dywizji, której przydzielono części "Easy Red", "Fox Green" i "Fox Red". Z 32 pływających amfibii na dno poszło aż 27. Zaledwie dwa czołgi dotarły do brzegu, a trzy pozostałe wysadzono dopiero po osiągnięciu plaży. Tym samym 1. dywizja praktycznie pozostała bez wsparcia czołgów. Rejon lądowania 29. dywizji był nimi gęsto usiany, gdyż dowództwo postanowiło wyładować amfibie dopiero po lądowaniu. Piekło rozpętało się po otwarciu ognia przez niemiecką artylerię. Działa przerwały milczenie dopiero wtedy, gdy żołnierze alianccy byli w odległości 400 metrów od plaż. Artylerzyści spokojnie mierzyli do wychodzących z wody żołnierzy amerykańskich, posyłając im śmiertelne serie w dół. 29. dywizja na zachodnim krańcu plaży rozpaczliwie usiłowała opanować trudną sytuację. Podobne wysiłki podejmowali ich koledzy z 1. dywizji. Znaleźli się jednak w śmiertelnej pułapce i pozbawieni osłony zmuszeni byli do mozolnego posuwania się naprzód. Chaos pogłębiały błędy w naprowadzaniu, co doprowadziło do przemieszania żołnierzy należących do różnych jednostek. Około 7.00 przybył główny rzut wojsk. Miny znajdujące się w wodzie i na podejściach do plaż nie zostały usunięte przez saperów, którzy ponieśli zbyt wielkie straty, aby poprawnie wykonać to zadanie. 10 mil na zachód żołnierze na plaży "Utah" bez problemów wyładowywali się z barek desantowych. 4. dywizja nie napotkała tak wielkich problemów, jak jej sąsiedzi z V Korpusu. Powodem była pomyłka w rejonie desantowania. Gen. Theodore Roosevelt (przydzielony do 4. dywizji na swoją specjalną prośbę skierowaną do dowódcy jednostki gen. Raymonda O. Bartona) szybko zorientował się w przymusowej zmianie planów. Dlatego też musiał podjąć decyzję odnośnie miejsca natarcia w głąb lądu. Wybrał rejon, w którym się znalazł, słusznie uznając go za bezpieczniejszy niż właściwy. Tymczasem rozpoczynał się desant na plażach przydzielonych Brytyjczykom. Wraz z nimi na "Gold", "Juno" i "Sword" lądowali Kanadyjczycy i Francuzi. 2. armia gen. Dempseya przystępowała do wykonania zadania pełna zapału. Determinację zwiększał fakt srogich porażek, jakich doznały niegdyś we Francji wszystkie atakujące teraz nacje. Desant poprzedziła akcja 120 płetwonurków-saperów, którzy rozbroili podwodną obronę plaż, torując drogę barkom desantowym. Na wszystkich trzech plażach walki toczyły się z różnym natężeniem - w niektórych miejscach wyjątkowo zaciekle, w niektórych prawie wcale. Niemcy obsadzili rejony wsi Le Hamel, skąd ostrzeliwali plaże, dziesiątkując żołnierzy z 1. pułku Hampshire. Najgorszą jednak sytuację mieli Kanadyjczycy z 8. brygady i 48. commando morskiego, którzy na "Juno" dostali się pod silny ogień niemieckiej artylerii. Co ciekawe, sztab niemieckiego dowództwa nadal nie podejmował zdecydowanych kroków. Feldmarszałek von Rundstedt uważał bowiem, iż lądowanie w Normandii jest zaledwie przygrywką do prawdziwej inwazji w Pas de Calais. Lotnictwo nie było w stanie odpowiedzieć kontrakcją. Najprawdopodobniej tego dnia na jedyne śmiałe posunięcie zdobyło się zaledwie dwóch ludzi, których nazwiska zapamiętała historia. Ppłk Priller i sierż. Wodarczyk ruszyli na flotę inwazyjną w "Focke-Wulfach 190", raczej rozbawiając żołnierzy wroga, niż sprawiając im kłopoty. Alianci parli w głąb Normandii na spotkanie z żołnierzami dywizji powietrznodesantowych.

W następnych dniach trwały walki o poszerzenie przyczółka. 7 czerwca 3. dywizja kanadyjska wdarła się na 10,5 kilometra w głąb lądu i zajęła Bayoux. Feldmarszałek Rommel wysłał przeciwko zgrupowaniu 21. dywizję pancerną, jednak przybyła ona zbyt późno, co potwierdziło tylko jego wcześniejszą teorię. W ciągu czterech dni Brytyjczycy i Kanadyjczycy utworzyli szeroki front, łącząc przyczółki. Po drugiej stronie 1. armia Stanów Zjednoczonych odniosła podobny sukces. VII Korpus bez trudu połączył się z 82. DPD. Na plaży "Omaha" sytuacja rozwinęła się mniej pomyślnie, ale i tam udało się opanować początkowy kryzys. 12 czerwca oba amerykańskie korpusy połączyły swe linie na wzgórzach pod Carentan - Niemcy utracili wybrzeże Normandii.

Wehrmacht miał ogromne trudności ze ściągnięciem posiłków, ponieważ w powietrzu królowało wręcz lotnictwo aliantów. 8 czerwca Niemcy raportowali: "Od Paryża na zachód i południowy-zachód wszystkie szlaki kolejowe są rozbite". Przewaga na niebie Francji pozwalała również na atakowanie zgrupowań żołnierzy niemieckich i paraliżowanie ich pochodu na zachód. Jednocześnie z Wielkiej Brytanii przysyłano kolejne posiłki - w ciągu sześciu dni wyładowano aż 326 tys. ludzi i 54 tys. pojazdów. Dotarło także 104 tys. ton zaopatrzenia. Ten ogromny wysiłek powiększa jeszcze fakt zbudowania dwóch sztucznych portów - "Mulbery A" (amerykański odcinek frontu) i "Mulbery B" (brytyjski odcinek frontu). I choć pierwszy z nich został wkrótce zniszczony przez szalejący na Kanale La Manche sztorm, jego stratę zrekompensowało dość szybkie zdobycie portu w Cherbourgu. Inny port, umiejscowiony w Le Havre, 13 czerwca stał się ofiarą ataku samolotów sprzymierzonych. Bomber Command raportowało: "Atak na Le Havre był wspaniały. Praktycznie zniszczyliśmy wszystkie tamtejsze morskie siły Niemców. Była to najważniejsza siła morska przeciwstawiająca się naszej inwazji i liczyła około 60 okrętów". A tych padało łupem aliantów coraz więcej.

Operacja "Overlord" była jedną z największych w historii wojen. Jej znaczenie jest niebagatelne, gdyż w znacznym stopniu przyczyniła się ona do ostatecznej klęski III Rzeszy. Choć nie nadeszła ona tak szybko, jak w ankiecie Montgomery'ego spodziewali się dowódcy alianccy, była spowodowana ogromnym wysiłkiem Niemiec na obu frontach. Ciężko jest oszacować straty obu stron, jednak w oparciu o badania zachodnich historyków możemy podać przybliżone dane. Straty aliantów wyniosły około 10-12 tys. ludzi. Największe ponieśli Amerykanie, którzy utracili 6603 żołnierzy, w tym 1465 zabitych, 3184 rannych, 1928 zaginionych i 26 wziętych do niewoli. Kanadyjczycy utracili 946 ludzi, w tym 335 zabitych, z kolei Brytyjczycy okupili atak życiem lub zdrowiem 2500-3000 ludzi. Nie wiemy natomiast, jak przedstawiały się podobne statystyki po stronie niemieckiej, lecz straty wahały się najprawdopodobniej w przedziale od 4000 do 9000 ludzi.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków