Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Każdy człowiek, który postawił stopę na Omaha Beach był bohaterem", Omar Bradley

Informacje


Wydarzenia


Na froncie


Biografie


Tematycznie


Kultura i media


Współpraca





Powstanie Warszawskie


Od początku działalności Polskiego Podziemia wyzwolenie kraju stawiano sobie za cel numer jeden. To właśnie z myślą o przyszłej walce z okupantem powstawały kolejne organizacje zbrojne, w tym założona jeszcze we wrześniu 1939 roku Służba Zwycięstwu Polski. Spadek po niej wziął Związek Walki Zbrojnej, którego program wytyczał jasny szlak podziemnej armii - walka przeciw Niemcom do zwycięskiego końca, a co za tym idzie możliwość zbrojnego powstania przeciwko okupantowi. Ogólnonarodowy zryw, jakich wiele w historii Polski, zjednoczyłby naród we wspólnym wysiłku wyzwalania utraconej na początku wojny ojczyzny. Niestety, jak to zwykle bywa w powstaniami, także i to napotkało na swej drodze rozmaite trudności, z których na czoło wysuwały się zagadnienia liczebności podziemnej armii oraz jej uzbrojenia i wyposażenia. Mimo to żołnierze Związku Walki Zbrojnej, a później Armii Krajowej, nie zaniechali myśli o chwalebnym czynie narodowowyzwoleńczym, zbierając siły potrzebne do zorganizowania tak rozległego przedsięwzięcia. Początkowo przewidywano, iż ewentualne powstanie obejmie całość ziem polskich, jak to miało miejsce podczas trzech wielkich powstań w XVIII i XIX wieku. Pierwsze poważniejsze plany zorganizowania zrywu zbrojnego zaczęły się pojawiać już w 1940 roku. Ich opracowaniem zajmowała się Komenda Główna Związku Walki Zbrojnej kierowanego w tym czasie przez gen. Stefana Roweckiego ps. "Grot". W drugiej połowie roku przygotowany został "Raport operacyjny nr 54", w którym Rowecki zawarł wytyczne dotyczące powstania na ziemiach polskich. Dokument ten został wysłany do Londynu w lutym 1941 roku, jednakże dotarł dopiero po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej. To stawiało pod znakiem zapytania jego aktualność. Miał jednak niebagatelne znaczenie dla kształtowania myśli powstańczej, dlatego też zajmiemy się jego omówieniem. Część pierwsza raportu określała możliwość jego wejścia w życia: "Czynne nasze w Kraju wystąpienie przeciw Niemcom może mieć miejsce w jednym tylko wypadku, gdy naród niemiecki pod wpływem klęsk militarnych, głodu i agitacji załamie się, a zdemoralizowane i pozbawione widoków zwycięstwa wojska, łamiąc dyscyplinę, zaczną porzucać swe posterunki i dążyć do domów". Jak zatem widzimy, od początku zakładano, iż podstawowym założeniem jest klęska Rzeszy, co wskazywałoby na podobieństwo sytuacji z listopada 1918 roku, kiedy to armie niemieckie były w całkowitym rozkładzie, a społeczeństwo nie przejawiało ochoty do walki. Dalej Rowecki zwracał uwagę, iż podjęcie działań przeciwko regularnym jednostkom niemieckim byłoby samobójstwem, a samo powstanie "niezawodnie utopione we krwi zarówno przez akcję naziemną jak i powietrzną". Przewidywano zatem, iż żołnierz niemiecki nie będzie chciał się dalej bić, a do walki staną jedynie zdesperowane oddziały Gestapo, SS lub policji, z którymi podziemie mogłoby sobie poradzić ze względu na mniejszą liczebność przeciwnika. Autor raportu zakładał także możliwość czynnego wystąpienia Sowietów, którzy mogli znaleźć się w konflikcie z Niemcami lub też wkroczyć na terytoria polskie i zastąpić okupację niemiecką. Jest zaskakujące, jak wnikliwie oceniono sytuację międzynarodową, przewidując wydarzenia na kilka miesięcy do przodu. Dalej dokument przewiduje sposób przeprowadzenia powstania i cele wystąpienia: "Przyjmuję, że powstanie nasze obejmując w zasadzie całą okupację niemiecką musi doprowadzić w wyniku z jednej strony: a.) do oswobodzenia jej od sił niemieckich, z drugiej b.) musi zabezpieczyć te tereny przed niebezpieczeństwem rosyjskim". Takie podejście do zagadnienia właściwie wytyczało drogę przyszłych autorów planów powstańczych. Komenda Główna dawała też wykres własnych możliwości, które oceniano dość nisko w porównaniu ze stanem armii niemieckiej oraz określała warunki uzyskania powodzenia. Przedstawiono je jako zależne od pomocy z zewnątrz. Całą akcję uzależniano od wsparcia lotnictwa alianckiego lub desantu powietrznego jednostek polskich bądź też anglosaskich. Co ciekawe, plany nie przewidywały aktywnych walk o ważniejsze miasta, ponieważ znajdowały się tam miejsca bardzo trudne do zdobycia. Dlatego też działania miały ograniczyć się do atakowania oddziałów nieprzyjaciela i niszczenia ich, a nie walk o konkretne zabudowania. W samej tylko Warszawie dokument podaje kilka trudnych do opanowania miejsc, stawiając za przykład siedzibę Gestapo w Alei Szucha, koszary na Puławskiej czy Rakowieckiej. Wreszcie ostatni punkt dokumentu podkreśla wagę zajęcia przez Polaków terenów niemieckich po Odrę, co dawałoby stabilizację terytorialną i zabezpieczałoby przez kolejną napaścią osłabionych teraz Niemiec. Wytyczne zawarte w "Raporcie operacyjnym nr 54" musiały zostać skonfrontowane z polityczną rzeczywistością. O ile Rowecki w 1940 roku był jednym z działaczy armii kierowanej przez Rząd Emigracyjny, który znalazł się w stanie wojny ze Związkiem Radzieckim, o tyle gen. Władysław Sikorski, gdy czytał dokument, musiał liczyć się z przyjęciem Sowietów do koalicji alianckiej. Londyn otrzymał raport 26 czerwca, cztery dni wcześniej jednostki niemieckie zaatakowały dotychczasowego sojusznika. W związku z tak drastyczną zmianą sytuacji na froncie Polskie Podziemie musiało przystąpić do weryfikowania pierwotnych planów. Ich aktualizacja zależna była od rozwoju działań na froncie wschodnim. A tam początkowo spore sukcesy odnosiły wojska hitlerowskie, jednakże z biegiem czasu zwycięstwo Wehrmachtu stawało się coraz bardziej odległe. Rowecki niezbyt przejmował się porażkami Sowietów, do których żywił głęboką urazę. Sikorski z kolegi wyraził przypuszczenie, iż Związek Radziecki może wyjść z wojny zwycięski i informował o tym podziemie jeszcze na początku 1942 roku, kiedy wydawało się, iż Wehrmacht osiągnął miażdżącą przewagę. W tym samym roku Warszawa rozpoczęła prace nad kolejnym projektem planu powstania, uwzględniając zaistniałą sytuację i wytyczne przesyłane na bieżąco przez Naczelnego Wodza. 8 września Rowecki złożył podpis pod "Raportem operacyjnym nr 154", który w zasadniczy sposób zmieniał założenia poprzedniego planu. Jego opracowaniem zajęli się przede wszystkim płk dypl. Stanisław Tatar, płk dypl. Janusz Bokszczanin oraz mjr dypl. Jerzy Kirchmayer. 23 listopada materiały przesłano przez kuriera do Londynu. Po długiej drodze dotarły one do Wielkiej Brytanii w pierwszych miesiącach 1943 roku i weszły pod obrady Rady Ministrów 23 marca. Raport, podobnie jak przed dwoma laty, uzależniał rozpoczęcie powstania od sprzyjającej sytuacji na froncie oraz rozkładu państwa niemieckiego. Co ciekawe, w podpunkcie B punktu pierwszego zauważono: "Powstanie mogłoby wybuchnąć wcześniej tylko przy daleko idącej czynnej pomocy zbrojnej z zewnątrz, czego z powodu braku danych nie mogę brać jako podstawy kalkulacyjnej". Przewidywano zatem, co będzie mieć później kluczowe znaczenie, iż powodzenie powstania w dużym stopniu, jeśli nie całkowicie, uzależnione jest od dostaw alianckich, a także ich ewentualnej interwencji militarnej. Rozmyślano nad przeprowadzeniem desantów w rejonie Gdańska i Gdyni, a główne miejsce w planach operacji lądowania jednostek sprzymierzonych zajmowała później polska Samodzielna Brygada Spadochronowa kierowana przez gen. Stanisława Sosabowskiego i formowana na terenie Wielkiej Brytanii. Sowieci określeni zostali jako sprzymierzeńcy ze względów formalnych, a ich postawę przewidywano jako wrogą: "[...] trwam na stanowisku, że Rosja ustosunkuje się do nas wyraźnie wrogo, gdy siły jej na to pozwolą, a zamaskuje tę postawę, gdy będzie zbyt osłabiona". Jednocześnie przewidywano, iż na razie Armia Czerwona nie jest w stanie pobić Niemców. Znowu jednak w chwili, gdy czytano dokument w Londynie, Sowieci odnieśli sukces w postaci zwycięstwa w bitwie pod Stalingradem. Rowecki nie wykluczał jednak innej możliwości, zakładając, iż Armia Czerwona może poprowadzić ofensywę na zachód przez rejony polskie. I wreszcie dokument oceniał siły własne i przeciwnika, nadal szacując je wyraźnie na niekorzyść podziemnej armii. Dużą wagę Polskie Podziemie przywiązywało do pomocy z zewnątrz, choć autorzy raportu realistycznie oceniali, iż nie ma co liczyć na siły RAF-u w chwili obecnej, ale miał nadzieję, iż w przyszłości będzie to możliwe. Niestety, Brytyjczycy nie kwapili się do posyłania ani własnych załóg, ani samolotów w celu ryzykowania dla walczących Polaków. Z kolei Polskie Siły Powietrzne nie zdołały sobie wypracować samodzielności na tyle, aby podjąć akcję z własnej inicjatywy bez oglądania się na sojusznika. Dokument przesłany do Londynu zawierał też określenie ziem objętych powstaniem - wśród nich na pierwszy plan wysunęły się tereny Polski centralnej z Warszawą na czele. W dużo mniejszym stopniu przywiązywano wagę do działalności na wschodzie, gdzie siły Armii Krajowej były wątłe. Co ciekawe, 26 lutego 1943 roku Rowecki pisał do Sikorskiego, przedstawiając mu jeszcze inną koncepcję walki - powstanie strefowe, które obejmowałoby tereny przed bezpośrednim wyzwoleniem przez Sowietów od wschodu na zachód. Wtedy zryw zbrojny zależny byłby od posunięć Armii Czerwonej, a nie klęski Niemców. Sikorski wstępnie wyraził zgodę na takie rozwiązanie i polecił rozpoczęcie przygotowań. Zarówno on, jak i Rowecki stali na stanowisku, iż "powstanie nie może się nie udać", co oznaczało, iż jego wybuch musi przynieść sukces. Innego rozwiązania nie brano pod uwagę, tym bardziej, że ostatecznie przekonano się o tym, iż alianci zachodni nie wkroczą do Polski przed Sowietami. Niestety, plany obydwu wojskowych pokrzyżowały tragiczne wydarzenia lata 1943 roku. Najpierw 30 czerwca Gestapo aresztował Roweckiego, następnie 4 lipca w katastrofie lotniczej zginął Sikorski. Ich miejsca zajęli kolejno Tadeusz Komorowski ps. "Bór" oraz Stanisław Mikołajczyk - osobowości słabe i pozbawione charyzmy adekwatnej do sprawowanych przez nich czołowych stanowisk.

Od początku niemalże wojny sojusznicy Polaków doskonale zdawali sobie sprawę, iż dobrze zorganizowane grupy podziemne mogą odegrać znaczącą rolę w wyzwalaniu Europy. Doświadczenia pierwszy miesięcy wojny pozwoliły ustalić, iż odbijanie zagarniętych przez Rzeszę terytoriów będzie niezwykle mozolne. W takim wypadku każda pomoc, szczególnie ta dezorganizująca tyły i zaplecze nieprzyjaciela, będzie bezcenna. Rząd Emigracyjny starał się wykorzystać zbieżność interesów Special Operations Executive (Kierownictwo Operacji Specjalnych - SEO) z własnymi, w związku z czym apelowano o wsparcie dla walczących w podziemiu żołnierzy Związku Walki Zbrojnej oraz Armii Krajowej. Sytuacja zmieniła się radykalnie po przystąpieniu do wojny Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych w 1941 roku. To zmieniło tok rozumowania Brytyjczyków, którzy dostrzegli teraz, iż znacznie większe szanse powodzenia mają akcje zorganizowanych jednostek regularnej armii. O zmianie taktyki poinformowano zresztą premiera Władysława Sikorskiego. Ten jednak, niezrażony niepowodzeniem, nadal starał się wywierać presję na sojusznika i domagał się wsparcia dla Armii Krajowej, szczególnie w dziedzinie uzbrojenia. W kwietniu 1942 roku przedstawił nawet projekt powołania specjalnej organizacji zajmującej się pomocą materialną dla podziemnych armii. Niestety, Brytyjczycy nie zaakceptowali propozycji. Szef Imperialnego Sztabu Generalnego, gen. Alan Brooke, informował również premiera Rządu Emigracyjnego, iż "problem transportu materiałów dla armii podziemnych we wschodniej Europie jest fizycznie niewykonalny". Brooke powoływał się tutaj na kłopoty logistyczno-organizacyjne operacji zaopatrzeniowych. Samoloty brytyjskie musiałyby startować z bardzo odległych baz, przelatywać nad okupowanymi przez Niemców terytoriami, dokonywać zrzutów w ściśle oznaczonym rejonie i wracać z powrotem do baz bez możliwości międzylądowań. Podczas wizyty w Waszyngtonie Sikorski poruszył ten temat na spotkaniu z prezydentem Franklinem Delano Rooseveltem. Ten pozytywnie ustosunkował się do inicjatywy premiera, ale poinformował go, iż problemem tym powinni zająć się Brytyjczycy, a Amerykanie nie mogą przekazać Polakom Liberatorów B-24, które premier Rządu Emigracyjnego planował wykorzystać w operacji przerzutowej. Ale i Brytyjczycy nie kwapili się do niesienia Polskiemu Podziemiu aktywnej pomocy. Choć wyrażali się pochlebnie o przygotowaniach do powstania w okupowanym kraju, jeszcze w kwietniu 1943 roku ograniczyli liczbę lotów do Polski, argumentując, iż są w stanie dostarczyć zaopatrzenie jedynie do celów dywersyjnych. O szerszym wsparciu nie było zatem mowy. Nie był to jednak koniec batalii dyplomacji polskiej o pomoc dla ewentualnego powstania. Już 2 lipca płk dypl. Leon Mitkiewicz przedłożył Połączonemu Komitetowi Szefów Sztabu dokument, w którym starannie wyliczono polskie postulaty dotyczące wsparcia anglosaskiego dla powstańców. Warto zatem zwrócić uwagę, iż w memorandum zawarto potrzeby opiewające na liczbę 360 samolotów transportowych, aby przerzucić 4000 ludzi z obsługi naziemnej lotnisk, 360 samolotów transportowych w celu przerzucenia Samodzielnej Brygady Spadochronowej i dostarczania około 700 ton sprzętu dziennie w dwudziestodniowej operacji. Jak zatem widzimy, postulaty polskie pozbawione były jakiegokolwiek wyczucia realizmu, co oczywiście przyczyniło się do odmownej odpowiedzi Połączonego Komitetu Szefów Sztabów z 23 września. Alianci nie dysponowali odpowiednimi siłami oraz sytuacją strategiczną niezbędną do wykonania zakrojonej na taką skalę operacji. Tymczasem w okupowanym kraju gen. Tadeusz Komorowski przygotowywał się do wykonywania zaleceń Rządu Emigracyjnego w Londynie. 5 października 1943 roku obradowała Rada Ministrów. Na posiedzenie zaproszono gen. Sosnkowskiego, Naczelnego Wodza, skonfliktowanego mocno z premierem Mikołajczykiem. Rozbieżności między czołowymi dla polskiej dyplomacji politykami wielokrotnie doprowadziły do konfliktów w gabinecie Mikołajczyka, co oczywiście negatywnie wpływało na całokształt sprawy Polski na arenie międzynarodowej. Podczas wspomnianego spotkania Sosnkowski referował ministrom sytuację na froncie wschodnim, z uwzględnieniem wpływu działań niemiecko-sowieckich na stan Polskiego Podziemia. Naczelny Wódz wyraził przypuszczenie, iż Sowieci niedługo wkroczą do Polski. W obliczu zagrożenia najazdem bolszewików i agresywnymi zachowaniami żołnierzy Armii Czerwonej Armia Krajowa winna w jego opinii wystąpić militarnie przeciwko nowemu najeźdźcy. Oceniał, iż konflikt może być nieunikniony. Jednocześnie wierzył w pomoc aliantów zachodnich i od nich uzależniał powodzenia akcji zbrojnej w kraju. W przeciwnym wypadku powstanie mogło być "hasłem do masowej rzezi ludności". Mikołajczyk z kolei nie chciał jakichkolwiek zadrażnień z potężną Moskwą, a podczas posiedzenia dość realistycznie ocenił szansę Polaków w starciu z Sowietami: "wobec sytuacji AK [opór] nie miałby znaczenia militarnego, a mógłby mieć znaczenie jedynie polityczno-symboliczne". Ostatecznie na spotkaniu w dniu 27 października Rada Ministrów zatwierdziła tekst instrukcji, którą w kilka dni później przesłano do kraju. Ciekawić nas może ustęp dotyczący wezwania rządu do "wzmożenia działań zbrojnych przeciwko Niemcom, które mogły przyjąć formę powszechnego powstania lub wzmożonej akcji sabotażowo-dywersyjnej, w zależności od ogólnego rozwoju politycznej i militarnej sytuacji w Europie". Co się zaś tyczy wyzwolenia niesionego przez Armię Czerwoną - Rząd Emigracyjny przewidywał, iż albo uda się mu przywrócić stosunki dyplomatyczne z Sowietami, albo to Armia Krajowa reprezentować będzie Polaków, występując przed Sowietami w roli administracji terenów objętych działaniami zbrojnymi. Gdyby żołnierze radzieccy próbowali atakować lub rozbrajać oddziały AK, te zobowiązane były do samoobrony i akcji dyplomatycznej. Zasadniczo jednak instrukcja rządu zalecała utrzymanie struktur organizacji w tajemnicy przed Sowietami, co prowadziło do precedensu - najpierw Polacy biliby się z Niemcami, a później ukrywali i pozostawali anonimowymi bohaterami zmagań. Zupełnie inne poglądy na ten temat przedstawiał Komorowski i jego otoczenie. W czasie, gdy w Londynie trwały debaty, także Warszawa pełna była dyskusji. 14 października "Bór" przemawiał przed Krajową Reprezentacją Polityczną, referując jej aspekty działalności i przygotowań Armii Krajowej. Zadał zgromadzonym zasadnicze pytanie: "Czy wobec takiego stanu rzeczy powstanie we współczesnych warunkach jest w ogóle realny i będzie jedynie zbrodnią takiego wykrwawienia narodu, że może to być równoznaczne z wykreśleniem jego istnienia z historii?" Dalej mówił: "Ryzyko każdego powstania jest ogromne. Ryzyko współczesnego powstania jest szczególnie wielkie. Dlatego też jako naczelne hasło wszystkich naszych poczynań zostało postawione: Powstanie nie może się nie udać". Dalej wykazywał, iż powodzenia powstania zależy od liczebnością i uzbrojenia Armii Krajowej, wsparcia z zewnątrz, osłabienia Niemców. Wyraził też chęć opanowania Warszawy, co nazwał zadaniem "na pierwszym miejscu". W porozumieniu z politycznym podziemiem Komorowski ustalił własną strategię walki na najbliższe miesiące. Skorzystał przy tym z wytycznych przesłanych z Londynu, jednakże zmienił je w dość kluczowych punktach, co było wyrazem jawnej niesubordynacji względem poleceń Sosnkowskiego. Ale to "Bór", a nie Naczelny Wódz, był w kraju i orientował się w nastrojach żołnierzy i sytuacji na froncie. 20 listopada dowódca Armii Krajowej wydał rozkaz nr 1300/III, który zawierał główne wytyczne do plany operacji o kryptonimie "Burza". Zasadniczo plan polegał na nękaniu jednostek niemieckich wycofujących się przed Sowietami i wzmożonej akcji dywersyjnej wymierzonej szczególnie w komunikację nieprzyjaciela. Rozkaz głosił również sposób postępowania względem żołnierzy Armii Czerwonej: "Wobec wkraczającej na ziemie polskie regularnej armii rosyjskiej wystąpić w roli gospodarza. Należy dążyć do tego, aby naprzeciw wkraczającym oddziałom sowieckim wyszedł polski dowódca, mający za sobą bój z Niemcami i wskutek tego najlepsze prawo gospodarza [...] Miejscowy dowódca polski winien się zgłosić wraz z mającym się ujawnić przedstawicielem cywilnej władzy administracyjnej u dowódcy oddziałów sowieckich i stosować się do jego życzeń". W praktyce oznaczało to ujawnianie się przed Sowietami, czego z kolei zabraniały instrukcje Sosnkowskiego. W związku z zaistniałą sytuacją Komorowski uważał za stosowane powiadomić Naczelnego Wodza o wydanym rozkazie. 26 listopada przesłał do Londynu depeszę, w której czytamy: "W tym punkcie [ujawnianie się oddziałów Armii Krajowej] rozkaz mój jest niezgodny z Instrukcją Rządu. Nie widzę jednak możliwości wytworzenia na ziemiach polskich pustki przez brak wystąpienia wobec Rosjan czynnika wojskowego reprezentującego Rzplitą i jej legalne władze. Wszystkie nasze akcje, w przeciwnym razie, przypisywane byłyby czynnikom stojącym na usługach Sowietów. Pogląd mój podziela Delegat Rządu i Krajowa Reprezentacja Polityczna". Ostatecznie "Burzę" rozpoczęto z pierwszymi dniami stycznia 1944 roku, kiedy to Sowieci przekroczyli przedwojenne granice Rzeczypospolitej. W praktyce wracano do idei powstania strefowego, choć wielu wojskowych było przeciwnych "Burzy". Wśród nich znalazł się płk dypl. Stanisław Tatar, zastępca szefa sztabu Komendy Głównej AK. Według niego akcja "spowoduje śmierć i cierpienie tysięcy żołnierzy Armii Krajowej i pracowników Delegatury Rządu, nie dając żądnych korzyści Narodowi i Państwu [...] Żadna armia nie może zgodzić się, aby na jej terenie operacyjnym przebywały obce uzbrojone jednostki wojskowe, których ośrodkiem dyspozycji jest rząd nie utrzymujący dyplomatycznych stosunków z rządem tej armii". Także ośrodki londyńskie nie były zgodne, co do celowości prowadzenia takich działań. Ostatecznie dopiero w lutym 1944 roku, kiedy operacja była już w toku, Rada Narodowa i Rząd Emigracyjny zaakceptowały decyzję Komorowskiego. Tymczasem sprawa Polski prezentowała się równie źle, jak w maju 1943 roku. Nadal nie nawiązano stosunków dyplomatycznych z Sowietami i wcale nie zanosiło się na przełom w tej kwestii. Pewne nadzieje wiązano z okupowanym krajem, gdzie "Burza" dawała możliwość nawiązania współpracy z Armią Czerwoną. Mikołajczyk bardzo pozytywnie odnosił się do doniesień o wspólnych akcjach żołnierzy radzieckich oraz 27. Dywizji Wołyńskiej Armii Krajowej. Niestety, początkowe braterstwo broni nie przełożyło się na ocieplenie stosunków dyplomatycznych. Co więcej, na ziemiach wyzwalanych coraz częściej dochodziło do aktów agresji Armii Czerwonej przeciwko Armii Krajowej. Mimo to Komorowski mógł być zadowolony z efektów operacji, co 14 lipca podsumował w sprawozdaniu dla Rządu Emigracyjnego: "Dając Sowietom minimalną pomoc wojskową, stwarzam im jednak trudność polityczną". Sowieci nie mieli jednak zamiaru przejmować się trudnościami politycznymi i jeszcze w tym samym miesiącu rozbroili i zaaresztowali oddziały Armii Krajowej pomagające im w wyzwalaniu Wilna i Lwowa. W tym samym sprawozdaniu "Bór" meldował o braku szans powodzenia powstania w ówczesnej sytuacji militarnej. Sama Warszawa, przedstawiana wcześniej jako priorytet w planach AK, została wyłączona z akcji "Burza" jeszcze w marcu 1944 roku. Spowodowało to odpływ znacznej ilości uzbrojenia, które odsyłano na potrzeby innych odcinków. Stolica została ogołocona z zapasów i jeszcze w lipcu niewiadomą było jej zachowanie w obliczu zbliżającej się do miasta ofensywy radzieckiej. Pod koniec miesiąca jednostki Armii Czerwonej zatrzymały się na Pradze i tam przerwały natarcie. Teraz decyzja odnośnie dalszych działań zależała od postawy "Bora". Tymczasem w Londynie rozgrywał się ostatni akt dramatycznej walki o wykorzystanie Samodzielnej Brygady Spadochronowej na cele wsparcia powstania w okupowanym kraju. Jeszcze 11 marca Brytyjczycy informowali Sosnkowskiego: "Stosowanie do istniejącego porozumienia polska brygada jest do Pana dyspozycji". Jednocześnie zwracano się z prośbą do Polaków, aby ci udostępnili brygadę w zbliżających się walkach we Francji. Polacy wyrazili zatem zgodę na projekt sojusznika, spodziewając się, iż w każdej chwili będą mogli jednostkę odzyskać do własnej dyspozycji. Anglicy nie chcieli przystać na taką koncepcję, w związku z czym Rząd Emigracyjny musiał zmienić taktykę. Licząc, iż da to wymierne korzyści polityczne, przystał na prośbę na warunkach brytyjskich. Gen. Sosnkowski poinformował 6 czerwca Brytyjczyków: "Za zgodą mego Rządu oddaję polską Brygadę Spadochronową do dyspozycji Naczelnego Dowódcy Alianckich Ekspedycyjnych Sił Zbrojnych". Dalej pisał: "Jesteśmy pewni, że brytyjscy Szefowie Sztabu uczynią wszystko, co w swej mocy, żeby umożliwić we właściwym momencie użycie Brygady do pomocy w powstaniu w Polsce - a szczególnie w zapewnieniu transportu powietrznego do tego celu". To chyba przesądziło o losach sił gen. Sosabowskiego, które nie miały zostać użyte do wspomagania Powstania Warszawskiego. Co więcej, alianci zachodni ostatecznie zrezygnowali z planów aktywnego wspierania Polaków w ich dążeniach narodowowyzwoleńczych, pozostawiając wybuch powstania ich decyzji. Armia Krajowa miała działać samotnie. I choć jej liczebność szacowano w 1944 roku na ponad 350 tys. żołnierzy, siły te wydawały się być zbyt wątłymi, aby pobić wciąż potężne jednostki okupanta niemieckiego. Jak już zaznaczaliśmy na początku, wizja rozpoczęcia walk ulicznych w Warszawie obca była Komorowskiemu oraz jego poprzednikowi. Świadczą o tym wyraźnie sygnały, jakie dochodziły ze stolicy jeszcze w pierwszym półroczu 1944 roku. Nie do końca zatem wiadomo, kto tak naprawdę zainicjował całą akcję. Wyjeżdżając do Moskwy premier Mikołajczyk poinformował Churchilla, iż jest spora możliwość wybuchu powstania powszechnego w okupowanym kraju. Było to 26 lipca, a więc na kilka dni przed rozpoczęciem walk o Warszawę. Czy decyzje zapadły w Warszawie, czy też w Londynie, możemy nie dowiedzieć się już nigdy.

Mikołajczyk musiał sobie zdawać sprawę z tego, iż w Warszawie sytuacja dojrzała do wybuchu powstania, a zainicjowanie walk jest zaledwie kwestią czasu. W stolicy przebywał w tym czasie gen. Leopold Okulicki, który ówcześnie pełnił funkcję zastępcy szefa sztabu KG AK. 20 lipca spotkał się on z szefem sztabu KG AK, gen. Tadeuszem Pełczyńskim, i ochoczo zachęcał go do podjęcia się kroków ostatecznych. W tych trudnych chwilach to Okulicki wyrastał na lidera stronnictwa żądającego wręcz wybuchu Powstania Warszawskiego. "Niedźwiadek" rozmawiał też z płk Józefem Szostakiem - kierownikiem oddziału organizacyjnego. 21 lipca doszło do spotkania Pełczyńskiego i Komorowskiego. Dowódca Armii Krajowej powoli zaczął się skłaniać ku tezie, iż powstanie faktycznie jest potrzebne i może zakończyć się jedynie sukcesem. Następnego dnia odbyła się odprawa, podczas której "Bór" zatwierdził wreszcie decyzję podjętą de facto przez Okulickiego i stwierdził: "Co wy powiecie, jeśli my zrobimy Niemcom kocioł w Warszawie? Zamkniemy ich w kotle i wyrżniemy. Jak to mówił Napoleon, żeby pobić nieprzyjaciela, trzeba zniszczyć jego siły żywe" (cytat za: "Wielka Koalicja 1941-1945", Włodzimierz T. Kowalski). Jeśli takie były rzeczywiste słowa wypowiedziane przez Komorowskiego, to jego zdanie dotyczące walk o Warszawę zakrawało na nienaturalny optymizm. Dowódca Armii Krajowej nieco tonuje te zapędy i w swoich wspomnieniach wymienia przesłanki, które popchnęły go do zatwierdzenia rozkazu o rozpoczęciu Powstania Warszawskiego. Wydaje się zatem, iż głównym czynnikiem było przeświadczenie, iż stolicę należy wyzwolić przed Sowietami, aby ratować resztki polskiej niepodległej państwowości. Co więcej, 22 lipca powstał przecież Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, a fakt ten niewątpliwie musiał wpłynąć na ostateczną decyzję "Bora". 25 lipca posłał on depeszę do Londynu, z której jasno wynikała konkluzja, jaką przedstawił Brytyjczykom Mikołajczyk - powstanie może wybuchnąć lada chwila. Gdy nazajutrz rozkaz formalnie zatwierdziła Rada Ministrów obradująca w Londynie, było jasne, że powstanie wybuchnie, a decyzja o dokładnym terminie pozostaje w rękach Komorowskiego. Ten miał u swojego boku gen. Okulickiego, który zrealizował swój cel, doprowadzając do podbramkowej sytuacji. Dziwna wydaje się za to reakcja gen. Kazimierza Sosnkowskiego, który od połowy lipca przebywał wśród żołnierzy 2. Korpusu gen. Władysława Andersa. Naczelny Wódz nie zdecydował się na powrót do Londynu, chociaż dobiegały go niepokojące wiadomości o możliwości zainicjowania walk o stolicę. Wybitny historyk zajmujący się tematyką Powstania Warszawskiego, Jan Ciechanowski, podsumowuje to w jednoznaczny sposób: "Jedno jest pewne - Sosnkowski, decydując się pozostać we Włoszech po 24 lipca, odciął się od głównych ośrodków kierowniczych i stracił ostatnią szansę oddziaływania na decyzje i kroki Bora-Komorowskiego w sprawie Warszawy [...] Gen. Sosnkowski nie wykonał swych zasadniczych żołnierskich obowiązków w stosunku do Armii Krajowej, chociaż był jej najwyższym zwierzchnikiem". Nie osądzajmy Sosnkowskiego przedwcześnie. Owszem, powinien być w Londynie w tych trudnych chwilach, ale zwróćmy też uwagę, iż sam wspominał, iż powstania nie należy rozpoczynać. Decyzja Komorowskiego wspieranego przez Okulickiego była zatem podyktowana sytuacją w Warszawie. W zasadzie w ostatnim punkcie omawiania motywów decyzji "Bora" wspomnieć musimy o historii dwóch depesz datowanych na 14 i 21 lipca, obu adresowanych do Londynu. W pierwszej Komorowski zapisał: "Przy obecnym stanie sił niemieckich i ich przygotowaniach przeciwpowstańczych [...] powstanie nie ma widoku powodzenia. Może ono udać się jedynie w wypadku załamania się Niemiec i rozkładu wojska". 21 lipca diametralnie zmienił zdanie i stwierdzał beztrosko: "Oceniam, że na froncie wschodnim Niemcy ponieśli klęskę [...] ruch sowiecki na zachód na tym odcinku będzie szybki i dojdzie bez większych skutecznych przeciwdziałań niemieckich do Wisły i przejdzie Wisłę w dalszym ruchu na zachód [...] Ostatni fakt zamachu na Hitlera łącznie z położeniem Niemiec doprowadzić może do ich załamania się w każdej chwili". Jakże te dwie różne w wymowie depesze miały ważny wpływ na motywowanie decyzji Komorowskiego - zaledwie tydzień wystarczył, aby zmienił on punkt widzenia o sto osiemdziesiąt stopni. Co więcej, jedynymi realnymi przesłankami potwierdzającymi tezy z 21 lipca była fakt zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu oraz przełamanie części frontu przez Armię Czerwoną - czy były wystarczające do wydania adekwatnych rozkazów? Tego nie możemy stwierdzić, ale w podjęciu trudnej decyzji pomogli dowódcy Armii Krajowej jego współpracownicy polityczni, w tym delegat Jan Stanisław Jankowski. Obydwaj panowie spotkali się 25 lipca i ustalili, iż powstanie można rozpocząć. 26 lipca spotkała się Komenda Główna AK na uroczystej odprawie, na którą przybyli gen. Komorowski, delegat Jankowski, gen. Pełczyński, gen. Okulicki, płk Bokszczanin, płk Sanojca, płk Iranek-Osmecki, płk Szostak, płk Pluta-Czachowski, mjr Karasiówna, płk Rzepecki, ppłk Muzyczka, gen. Skroczyński, płk Antoni Chruściel ps. "Monter". Warto zwrócić uwagę szczególnie na tego ostatniego, bowiem to on dowodził Warszawskim Obszarem AK i miał najlepsze rozeznanie w sytuacji zaopatrzeniowej i militarnej. W ocenie "Montera" Niemcy nie przedstawiali większej wartości bojowej i mogli zostać pobici przez Polskie Podziemie. Następnego dnia Chruściel wydał odprawy dla swoich podwładnych, co oznaczało, iż decyzja o wybuchu Powstania Warszawskiego musiała już zapaść. Nie wiemy, kiedy się to dokładnie stało, a relacje uczestników tamtych zdarzeń nierzadko są rozbieżne. Tego samego dnia, o godz. 17.00, gubernator Fischer ogłosił zarządzenie wzywające warszawiaków do kopania rowów strzeleckich. W myśl nowego rozkazu administracji hitlerowskiej roboty miały objąć niemal 100 tys. ludzi. Fakt, że niewielu stawiło się na wezwanie, ale angażowanie ludności stolicy nie było najbardziej pożądane przez przywódców Polskiego Podziemia. Napięcie w Warszawie sięgało zenitu, a "Monter" wydał rozkaz odraczający rozpoczęcie akcji zbrojnej. W punkcie 2. rozkazu z 28 lipca czytamy: "Jeżeli będzie podana godzina W, to wiadomość tę podać do szczebla dowódców plutonów. Szeregi mają wiedzieć, że idą na jedną ze zbiórek. Będę dążył do tego, aby uderzenie nastąpiło w dzień (godziny popołudniowe)". Niemcy zaczęli podejrzewać, iż Polacy mogą szykować się do powstania powszechnego, co zmuszało ich do wzmożenia czujności. Żołnierze Wehrmachtu musieli również przygotowywać prawy brzeg Wisły do boju z Sowietami, którzy szykowali się do szturmowania Pragi. 29 lipca dziennik 9. Armii stwierdzał: "Oczekiwany jest wybuch działań powstańców polskich w Warszawie na godz. 23.00". Nic takiego nie miało miejsca, ale 30 lipca "Monter" wreszcie zdecydował się wydać pamiętny rozkaz. Zanim jednak go zacytujemy, warto po raz kolejny odnieść się do prof. Ciechanowskiego, który skrupulatnie wylicza przesłanki, dla których powstanie wybuchło 1 sierpnia 1944 roku: "Z politycznego punktu widzenia powstanie, zgodnie z założeniami jego inicjatorów, miało umożliwić realizację czterech zasadniczych celów: opanowanie Warszawy przez podziemne władze krajowe w imieniu Rządu Polskiego w Londynie, zapewnienie im jak największego poparcia i popularności wśród społeczeństwa, zapobieżenie usadowieniu się w stolicy władz komunistycznych przy pomocy Rosjan i wreszcie skłonienie Stalina do uznania rządu londyńskiego i jego krajowych organów jako suwerennego i pełnoprawnego przedstawiciela narodu. Autorzy powstania nie zamierzali zejść z pola bez walki. Uważali, iż tylko oni mieli prawo do przemawiania w imieniu narodu i reprezentowania jego interesów". Pod koniec naszych rozważań zajmiemy się zagadnieniem realizacji tych czterech punktów. Po południu 31 lipca płk Antoni Chruściel wydał rozkaz: "ALARM - do rąk własnych! Dnia 31.7. g. 19. Nakazuję W dnia 1.8. g. 17.00. Adres m. p. Okręgu: Jasna 22 m. 20 czynny od godziny "W". Otrzymanie rozkazu natychmiast kwitować". O wydaniu odpowiednich rozporządzeń powiadomiono Londyn. Przeciwnik przeczuwał jednak, iż nad Warszawą zbierają się ciemne chmury i postanowił przygotować się do odparcia ataku Armii Krajowej, która w stolicy nie mogła liczyć ani na przewagę liczebną, ani na odpowiednie uzbrojenie, ani na całkowite zaskoczenie jednostek niemieckich, bowiem te ostrzegano przecież o możliwości zainicjowania walk o stolicę. Przesłanki te jasno pokazywały, iż Powstanie Warszawskie nie tylko może się nie udać, ale najprawdopodobniej nie może się udać...

Zanim przejdziemy do opisywania zmagań, jakie rozgorzały w Warszawie 1 sierpnia 1944 roku, musimy zająć się statystyką sił i środków, jakimi rozporządzały obie strony w przededniu bitwy. Oczywiście, większość danych ma charakter szacunkowy, niejednokrotnie powstańcy sami nie wiedzieli, czym tak naprawdę dysponują, a część strategii walk polegała na zaskoczeniu Niemców i odebraniu im lepszej jakościowo broni (czasem była to jedyna możliwość uzyskania sprzętu do walki). 1 sierpnia w Warszawie znajdował się garnizon regularnego wojska. Żołnierzami Wehrmachtu dowodził gen. Reiner Stahel, który miał do dyspozycji ponad 11 tys. ludzi rozmieszczonych w różnych punktach miasta. Niezwykle groźni byli członkowie SS oraz niemieccy policjanci - element najbardziej fanatyczny i najbardziej zaangażowany w walkę w duchu narodowosocjalistycznym. Dowódcą policji na dystrykt warszawski mianowano płk Paula Otto Geibla, który miał pod komendą 5700 policjantów i funkcjonariuszy SS. W skład sił Geibla wchodziły też oddziały ukraińskie, jednakże liczba żołnierzy-sojuszników nie przekraczała 200. Dodatkowo siły Wehrmachtu mogły liczyć na wsparcie zmilitaryzowanych pracowników straży kolejowej czy transportowej, których liczbę określa się na niecałe 3500 ludzi. Ogółem zatem 1 sierpnia siły niemieckie w mieście szacowano na niecałe 20 tys. żołnierzy, jednakże liczba ta jest o wiele mniejsza w stosunku do ogólnego rozrachunku żołnierzy zaangażowanych w tłumienie powstania po stronie niemieckiej. O oddziałach, które włączano do walk w sierpniu i wrześniu przyjdzie nam jeszcze opowiedzieć. Na pewne rozbieżności natrafiamy także przy ocenie potencjału sił powstańczych. Okręg Warszawski AK obejmował osiem obwodów, które z kolei zostały podzielone na rejony.

Wymieniamy zatem:
I Obwód - Śródmieście - 4 rejony, d-ca ppłk Edward Pfeiffer ps. "Radwan"
II Obwód - Żoliborz - 3 rejony, d-ca ppłk Mieczysław Niedzielski ps. "Żywiciel"
III Obwód - Wola - 4 rejony, d-ca mjr Jan Tarnowski ps. "Waligóra"
IV Obwód - Ochota - 3 rejony, d-ca ppłk Mieczysław Sokołowski ps. "Grzymała"
V Obwód - Mokotów - 6 rejonów, d-ca ppłk Aleksander Hrynkiewicz ps. "Przegonia"
VI Obwód - Praga - 5 rejonów, d-ca ppłk Antoni Żurowski ps. "Bober"
VII Obwód - powiat warszawski - 8 rejonów, d-ca mjr inż. Krzyżak ps. "Bronisław"
VIII Obwód - Okęcie - d-ca ppłk Stanisław Babiarz ps. "Wysocki"
Ogółem dowództwo Armii Krajowej mogło liczyć w Warszawie na niecałe 50 tys. ludzi w szeregach Polskiego Podziemia, jednakże dane te wydają się być o tyle zawyżone, iż nie wszyscy zostali zmobilizowani w momencie rozpoczęcia walk o stolicę. Mobilizacja objęła przede wszystkim żołnierzy Śródmieścia, gdzie kadra Armii Krajowej była najliczniejsza. Niewielkie wsparcie mogły zapewnić inne organizacje o charakterze militarno-niepodległościowym, nawet jeśli nie były powiązane ideologicznie z Armią Krajową. Wśród nich na plan pierwszy wysuwa się Armia Ludowa, której kilkuset żołnierzy walczyło w Powstaniu Warszawskim. Drobne wsparcie zapewniały Narodowe Siły Zbrojne oraz Bataliony Chłopskie. Jerzy Kirchmayer ("Powstanie Warszawskie") szacuje, iż średnia liczba powstańców wahała się w granicach 24-26 tys. żołnierzy. To pokazuje, iż siły były wyrównane, przynajmniej w momencie rozpoczęcia walk. Dysproporcja ukazuje się dopiero, gdy przyjrzymy się bliżej uzbrojeniu Polaków. W sumie, choć są to również dane szacunkowe, Polskie Podziemie dysponowało 2629 karabinami, 145 rkm-ami, 47 lkm-ami i ckm-ami, 657 pistoletami maszynowymi, 29 karabinami ppanc., 6 moździerzami, 10 granatnikami, 3846 pistoletami, 43 971 granatami ręcznymi i 416 granatami ppanc., ponad 11 tys. butelek zapalających. Co gorsza, ci, którzy przystąpili do walki, rozporządzali jeszcze mniejszą ilością sprzętu, a braki powodowane były niejednokrotnie odsyłaniem części uzbrojenia poza Warszawę w ostatnich tygodniach poprzedzających powstanie. W efekcie można było wyekwipować góra 3500 ludzi, a i to jest liczbą zawyżoną - w praktyce było to 2500 żołnierzy, co pozwalałoby na prowadzenie walk przez kilka dni. Powstańcy uznali, iż wyposażenie zdobyte zostanie na Niemcach i na tym optymistycznym przewidywaniu oparli swój plan. Dodatkowo liczono na wsparcie techniczne z zachodu, oczekując zrzutów alianckiego lotnictwa. Jak się miało okazać, polska myśl militarna przeliczyła się w rachubach, a Brytyjczycy i Amerykanie nie byli w stanie zagwarantować odpowiedniej ilości ekwipunku niezbędnego do prowadzenia walk przeciwko Niemcom.

Od samego rana 1 sierpnia 1944 roku łączniczki Armii Krajowej przemierzały Warszawę, doręczając rozkazy dowództwa. Wstawał kolejny piękny dzień zmącony jedynie nerwowym wyczekiwaniem obu stron. Niemieckie patrole przemierzały miasto w poszukiwaniu choćby najmniejszego przejawu oporu przeciwko hitlerowskiemu władztwu w Warszawie. Co jakiś czas można było dostrzec spore poruszenie, ale do południa nie stało się nic nadzwyczajnego. Dopiero o 13.50 na Żoliborzu rozpoczęła się strzelanina. Przedwczesne rozpoczęcie akcji spowodowane było paniką - polscy żołnierze nie wytrzymali nerwowo i wdali się w nierówną walkę z Niemcami, w wyniku której żołnierze AK wycofali się ze stratami. Nie to było najgorsze, a fakt, iż zaprzepaszczono szansę na zaskoczenie Niemców poprzez jednoczesne wystąpienie w wielu punktach stolicy. Stahel niemal z miejsca zarządził alarm garnizonu miasta. Na pół godziny przed Godziną W walki zainicjowali żołnierze Śródmieścia. Także tutaj akcje były przedwczesne i niezorganizowane. Co gorsza, mobilizacja nie przebiegała w sposób wzorcowy - napotkano na liczne trudności w porozumiewaniu się i przekazywaniu informacji, spore kłopoty notowano, jeśli idzie o dostarczanie broni. Mimo tego o 17.00 musiało rozpocząć się Powstanie Warszawskie, nie było już żadnej drogi odwrotu. Gen. Stahel wiedział, że Polacy szykują akcję i zapisał: "Juz przed południem mogli bystrzy obserwatorzy zauważyć na ulicach wzmożony ruch rowerowy, małe grupy ludzi na rogach ulic i wiele dorożek z niecodziennymi pasażerami". Niemal od razu po oficjalnym rozpoczęciu walk Polacy przystąpili do szturmowania punktów strategicznych. Szczególne znaczenie w planach dowództwa miało Śródmieście, gdzie mieściły się kluczowe zabudowania i przez które przebiegały szalenie ważne mosty łączące prawo i lewobrzeżną Warszawę. Walki rozgorzały o przejścia na Wiśle, jednakże tam niemiecki opór był zbyt silny, aby wątłe oddziały polskie mogły go przełamać. Mosty Kierbedzia i Poniatowskiego szturmowano także od strony Pragi, jednakże akcje te nie przyniosły żadnego efektu. Co gorsza, powstanie na Pradze niemal z miejsca wygasło, a dzielnica szybko stała się wyizolowanym punktem (jako jedyna oddzielona była od reszty Warszawy), który twardo trzymali Niemcy. Zresztą, ciężko było się spodziewać, iż VI Obwód poradzi sobie z żołnierzami Wehrmachtu, którzy na Pradze budowali defensywę przed znacznie silniejszymi Sowietami. W konsekwencji od 2 sierpnia nie ma już w zasadzie mowy o Powstaniu Warszawskim na Pradze, a oddziały którym udało się opanować szereg punktów (Dyrekcja Kolejowa, na Bródnie) pierwszego dnia walk musiały albo przejść do obrony, albo rozproszyć się, aby nie ulec wyniszczeniu. Nie powiodły się także próby utworzenia stabilnych połączeń między Śródmieściem a Starym Miastem. Zupełnie inaczej sytuacja przedstawiała się wewnątrz dzielnic, gdzie powstańcy odnieśli szereg sukcesów. W Rejonie 2 Obwodu Śródmieście Batalion "Ruczaj" opanował Plac Zbawiciela oraz zabudowania Ministerstwa Spraw Wojskowych. Trwały także walki o siedzibę Gestapo przy al. Szucha, ale tam Niemcy byli zbyt mocni i bez większych trudności odparli natarcie przeciwnika. Nie powiodły się także próby opanowania gmachu Sejmu. Nie zajęto Alei Jerozolimskich, gdzie Niemcy twardo trzymali kluczowe punkty. Ciężkie walki toczono na terenie Rejonu 3, ale i tam niemiecka defensywa była dość szczelna. W Rejonie 4 walki skoncentrowano głównie wokół Placu Napoleona, w rejonie którego znajdowały się budynki Poczty Głównej, PAST-y i Prudentialu. Pierwsze uderzenia nie przyniosły efektów. Wieczorem padł gmach Prudentialu, najwyższego budynku w mieście, skąd próbowano uchwycić zabudowania Poczty Głównej. Walki w tym rejonie toczył przede wszystkim Batalion im. Kilińskiego. Batalion "Gurt" bił się o Dworzec Główny, ale nie osiągnięto tutaj sukcesów. Wysiłek Polaków kontynuowany był w nocy, jednakże opór niemiecki nie pozwalał ani na zajęcie ważnych budynków, ani na przełamanie linii Alei Jerozolimskich, co powodowało, iż Śródmieście dzieliło się w zasadzie na dwa ogniska walk - południowe i północne. Nie powiodły się próby nawiązania kontaktu z Ochotą, co było jedną z głównych przesłanek niepowodzenia działań w Obwodzie IV. Tam siły powstańcze były wyjątkowo wątłe i nie przekraczały 1700 ludzi. To oczywiście nie pozwalało myśleć o nawiązaniu równej walki z Niemcami. Nie powiodły się próby szturmowania Domu Akademickiego, a oddziały powstańcze zostały stłoczone na obszarze ograniczonym ulicami Niemcewicza i Filtrową oraz Asnyka i Grójecką. Następnego dnia rankiem Polacy ewakuowali się do Lasów Sękocińskich i zakończyli tym samym walki na Ochocie. Na Okęciu prawie w ogóle nie notowano walk. Aby rozwiązać problem południowej części miasta, zajmiemy się teraz Mokotowem. Główną siłą uderzeniową Obwodu V był Pułk "Baszta". W zasadzie żaden z wyznaczonych obwodowi punktów nie został zrealizowany. Toczono ciężkie walki o warsztaty Bruna, na kierunku budynków Gestapo, na ul. Rakowieckiej. Pułk "Baszta" także nie odniósł sukcesów ani w rejonie Kazimierzowskiej, ani w rejonie Fortu Mokotowskiego, ani w rejonie Woronicza. W nocy większa część oddziałów Obwodu V wyruszyła do Lasów Kabackich. Ze Śródmieścia, Ochoty i Mokotowa przenosimy się na Żoliborz, gdzie także sytuacja nie wyglądała różowo. Walki nie przyniosły sukcesów w żadnym z rejonów, ciężkie straty ponosił Batalion "Żaglowiec". To skłoniło ppłk Niedzielskiego do podjęcia decyzji o wycofaniu oddziałów do Puszczy Kampinoskiej. Na Woli walki toczyły się głównie za sprawą oddziałów Kedywu kierowanych przez ppłk Jana Mazurkiewicza ps. "Radosław". Batalion "Zośka" opanował chociażby koszary niemieckie przy św. Kingi, cmentarz żydowski i fabrykę Pfeifera. Bataliony "Pięść" i "Parasol" zajęły cmentarze ewangelicki i kalwiński. Na ul. Wolskiej sytuacja nie przedstawiała się na korzyść powstańców, bowiem ich siły obejmujące arterię były albo wątłe, albo w ogóle ich nie było. Pierwszy dzień zmagań nie przyniósł zatem stronie polskiej upragnionych sukcesów, nie nawiązano nawet odpowiedniej łączności pomiędzy poszczególnymi ogniskami oporu. Dowództwo meldowało 2 sierpnia: "[...] We wszystkich obwodach ważniejsze obiekty nie zostały opanowane. Bronią się rozesłane po mieście liczne punkty oporu. To rozrzucenie punktów oporu uważam za korzystniejsze niż walkę wewnątrz koła o mniejszej powierzchni. Npl. bowiem rozprasza swe siły, a walka ma charakter powszechnej walki w całym mieście". Wieczorem do 9. Armii spływały obszerne meldunki o sytuacji w mieście. O wydarzeniach informowano na bieżąco Berlin, którzy żywo zaczął się interesować Warszawą. W trakcie pierwszych czterech dni trwania Powstania Warszawskiego w stolicy Rzeszy nikt nie mógł mieć powodów do radości, bowiem jest to okres, w którym strona polska osiągnęła największe sukcesy i opanowała sporą część miasta. Mimo iż niemal od razu w pewnych punktach Warszawy walki wygasły, w innych ogniska oporu nieustannie rozniecano, co zagrażało garnizonowi niemieckiemu, jeśli powstańcy zrealizują dalsze założenia dowództwa Armii Krajowej. Od rana 2 sierpnia trwają walki na Starym Mieście. Dzielnica dość szybko zostaje niemal w całości opanowana, a sukces powstańców wieńczy zdobycie gmachu Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych przy ul. Sanguszki. Zespołem powstańczym szturmującym budynek dowodzą por. "Biały" i kpt. "Gozdawa". Wcześniej Polakom udaje się zdobyć Elektrownię Miejską na terenie Powiśla. Po południu walki przenoszą się w rejon Pałacu Blanka, który zostaje przez powstańców zdobyty. Wydaje się, iż jest to koniec niemieckiego oporu na Starym Mieście, a ostatecznym potwierdzeniem tej tezy jest zdobycie Banku Polskiego 3 sierpnia. Wieczorem Niemcy zaczęli ostrzeliwanie pancerne i artyleryjskie pozycji powstańczych, a 4 sierpnia próbowali już regularnych kontrataków. Żołnierze nieprzyjaciela udanie obsadzili rejon przylegający do Starego Miasta, co spowodowało, iż dzielnica została właściwie odcięta od innych ognisk oporu i w dniach 4-5 sierpnia ustalił się sztywny podział terenu między siły polskie i niemieckie. Sąsiednie Śródmieście przeżywało w tym czasie chwile grozy za sprawą ostrych starć z przeciwnikiem. W dniach 2-3 sierpnia rozgorzał ponownie bój o budynki Poczty Głównej. Tamtejszych powstańców zostawiliśmy w chwili, gdy zdobyli Prudential i ustanowili stabilne pozycje do szturmu na budynki Poczty Głównej. Niemal od świtu trwały zacięte walki, a Niemcy rzucali do boju posiłki z policji bezpieczeństwa. Ich natarcie zakończyło się fiaskiem, a powstańcom udało się stopniowo wyprzeć przeciwnika z kolejnych zabudowań Poczty Głównej. W efekcie, 3 sierpnia, gmach został opanowany. W tym samym czasie toczono zacięte walki o gmach PAST-y. Tym razem z mniejszym szczęściem - Niemcy rzucali siły zmotoryzowane do kontrnatarć, które powstańcy odpierali. Nie powiodły się jednak próby opanowania zabudowań, co wynikało z silnej defensywy niemieckiej. Polacy uderzali z furią, ale do 4 sierpnia nie udało się im wedrzeć na wyższe piętra PAST-y. 3 sierpnia udało się Polakom zająć obszar Domu Turystycznego. Po południu rozgorzały walki na linii al. Jerozolimskich, które wznawiano następnego dnia. Część oddziałów 19. DPanc. chciała oczyścić przejście tą arcyważną arterią, ale powstańcy silnie kontratakowali i nie pozwalali na swobodne poruszanie się al. Jerozolimskimi wozów pancernych przeciwnika. 3 sierpnia pod naporem Batalionu "Chrobry I" padł punkt "Nordwache". W południowej części Śródmieścia toczono w tym czasie walki o ograniczonym charakterze. Wieczorem 2 sierpnia na Żoliborz zaczęli wracać żołnierze "Żywiciela". Wprawdzie Polacy napotkali na silne kontruderzenia niemieckie, jednak, niezrażeni, parli do dzielnicy i 3 sierpnia osiągnęli ważne punkty wokół placu Wilsona i ul. Krasińskiego. Następnego dnia padł plac Inwalidów. Ciężkie walki toczono 2 sierpnia na Woli, gdzie od rana niemieckie wojska pancerne próbowały się przebić przez obronę polską. Powstańcy zaciekle bronili się i do wieczora zdołali odrzucić Niemców niebezpiecznie poruszających się ul. Wolską oraz zajmujących tereny na ul. Powązkowskiej. Kolejnego dnia walki toczono niemal w tym samym miejscu - Niemcy szturmowali ul. Wolską i ul. Górczewską, gdzie żołnierze Kedywu dawali ogromny przykład męstwa i poświęcenia. 4 sierpnia wyraźnie było widać, iż siły na Woli są przez Niemców okrążane i za niedługo zmuszone będą bić się w kotle. Jak już mówiliśmy, 2 sierpnia był ostatnim dniem walk na Pradze. Nie wiodło się także na Mokotowie, gdzie broniły się siły "Baszty". 2 sierpnia obie strony silnie uderzały, ale nie osiągnęły znaczących sukcesów terytorialnych. Podobny stan rzeczy utrzymał się w dniach kolejnych. 3 sierpnia notowano silne starcia na Ochocie, gdzie pozostały resztki oddziałów polskich dowodzone przez por. "Gustawa". Polacy próbowali uderzać na przemieszczającą się 19. DPanc., o której jeszcze wspomnimy. Jednocześnie twardo trzymali pozycje ograniczone czworobokiem Kopińska-Kaliska-Joteyki-Białobrzeska z ul. Barską i Węgierską w środku. Od 4 sierpnia do dzielnicy zaczęły napływać posiłki niemieckie w postaci Brygady RONA. Także i o tym wsparciu będzie czas opowiedzieć. Warto jeszcze odnotować, iż 4 sierpnia był dniem śmierci wybitnego poety młodego pokolenia, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, którego dosięgła wroga kula nieopodal Pałacu Blanka. Tego samego dnia sztab Komendy Okręgu Warszawskiego AK ulokował się w gmachu Polskiej Kasy Oszczędnościowej przy ul. Jasnej 9.

Do 4 sierpnia zasięg terytorialny rejonów opanowanych przez powstańców był największy. Wprawdzie działania toczono z różnym natężeniem, jednakże w kilku punktach Polacy byli górą i mocno trzymali swoje pozycje. Niestety, w ciągu kolejnego tygodnia sytuacja miała się zmienić za sprawą niemieckich posiłków napływających do Warszawy i organizowanego zwrotu zaczepnego. Napięta sytuacja zaalarmowała dowódców Wehrmachtu oraz Himmlera i Hitlera, który mocno interesowali się wydarzeniami w Warszawie. W związku z niepokojącą sytuacją na prawym brzegu Wisły, przez Warszawę przechodziła 19. DPanc., mijając się niejako z Dywizją "Hermann Göring". Dodatkowo do miasta wkraczała część pomniejszych oddziałów, które dotąd operowały w ramach 9. Armii. 4 sierpnia, na specjalny rozkaz Heinricha Himmlera, do Warszawy przybył gen. Erich von dem Bach-Zelewski, który od tej pory przejął głównodowodzenie nad jednostkami niemieckimi w mieście. Jednostki spoza stolicy wziął pod swoją komendę SS-Gruppenführer Heinz Reinefarth, który miał do dyspozycji także grupę policyjną. 4 sierpnia do stolicy przybyły 608. pułk ochrony płk Schmidta oraz brygada szturmowa SS RONA SS-Brigadeführera Bronisława Kaminskiego, uciekiniera z Armii Czerwonej, oraz pułk SS "Dirlewanger" SS-Oberführera Oskara Dirlewangera. Wzmocnienia z pewnością były Niemcom potrzebne, a Himmler nie ukrywał, jakie zadania stawiane są przed nowo przybyłymi jednostkami: "Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy". Niestety, oddziały niemieckie przystąpiły do wykonywania zbrodniczego rozkazu niemal z miejsca, czego dowodem były rzezie ludności na Ochocie i następnie na Woli. Szczególnym okrucieństwem wykazywali się żołnierze Kamińskiego. 5 sierpnia był pierwszym dniem nowego boju o Wolę i nim zajmiemy się teraz szczegółowo. Rankiem siły Reinefahrta uderzyły na ul. Wolską i ul. Górczewską. Nieco wyżej, na północ od ul. Długosza, uderzeniem kierował płk Schmidt, jednak główny ciężar działań spoczywał na barkach żołnierzy Reinefahrta. Na południe od czołówek z Wolskiej do ataku szli żołnierze Dirlewangera. Niemcy zmuszeni byli bić się niemal o każdy fragment miasta. Po drodze wojska nieprzyjaciela dopuszczają się masowych mordów na wyłapywanej ludności cywilnej. Ogółem wymordowano tam 40 tys. mieszkańców Warszawy i był to jeden z pierwszych aktów dramatu ludności stolicy. W tym czasie niemieckie jednostki notowały postępy na ul. Wolskiej i ul. Chłodnej. Powstańcy obsadzili zbieg Chłodnej z Wronią. Po południu żołnierze Kedywu próbowali wyprowadzić kontrnatarcie, ale musieli uznać wyższość przeciwnika, który dobił do skrzyżowania ul. Leszno i Młynarskiej. Łupem Niemców pada plac Kercelego. W nocy obie strony liżą rany po ciężkim boju. Warto jeszcze wspomnieć, iż 5 sierpnia udało się Batalionowi "Zośka" opanować więzienie przy ul. Gęsiej, skąd uwolniono 350 ludzi. 6 sierpnia o świcie siły Schmidta i Reinefahrta wyprowadziły uderzenie na oddziały polskie broniące terenu cmentarzy. W tym czasie Dirlewanger kontynuował przebijanie się Wolską i Chłodną. Efektem ciężkich walk było odrzucenie Polaków poza rejon cmentarzy kalwińskiego i ewangelickiego, co pozwoliło na sukcesy także w południowym pasie natarcia. Dirlewanger, wsparty bombardowaniem lotniczym i artyleryjskim, przełamał opór Batalionu "Chrobry I", co z kolei pozwoliło na ogarnięcie terenu po Ogród Saski, gdzie znajdował się gen. Stahel. Po południu sytuacja na prawym skrzydle niemieckim skomplikowała się o tyle, że Polacy mocno skontrowali i odbili teren cmentarzy do ul. Młynarskiej. To znowu zmuszało Niemców do zabezpieczenia zgrupowania południowego i przynajmniej częściowego wycofania się wzdłuż ul. Wolskiej z Ogrodu Saskiego. 7 sierpnia siły niemieckie kontynuują passę sukcesów z dni poprzednich. Trwają zacięte walki na styku Żelaznej i Chłodnej, gdzie opór stawia "Chrobry I". Niestety, wkrótce musi on docenić siłę przeciwnika i część sił przechodzi na Stare Miasto. Walki toczą się również na terenie cmentarza kalwińskiego. Siły Kedywu były jednak coraz mocniej naciskane przez wroga i tylko kwestią czasu wydawało się być zlikwidowanie oporu Polaków. Niemcy szybko dostrzegli możliwość wyniszczenia sił Kedywu i rankiem 8 sierpnia przystąpili do szturmu wojskami Schmidta i Reinefartha od Żytniej i Młynarskiej. Południowych podejść skutecznie bronili żołnierze "Parasola" i "Pięści". Dopiero późnym po południem Niemcy dokonali wyłomu na Żytniej i przesuwali się w dół Okopowej. O 19.00 608. pułk wkroczył na teren cmentarza kalwińskiego, który po kilkudziesięciu minutach odbili żołnierze "Zośki". Ze strony Pawiaka Niemcy zaczęli dobijać się do tyłów zgrupowania Kedywu. Żołnierze stłoczeni na niewielkim obszarze mieli teraz przebijać się przez Powązki lub oczekiwać wsparcia z tamtego rejonu. 9 sierpnia na obszarach cmentarzy panował zastój, a Polacy szykowali się do wkroczenia na Powązki. Większe walki rozgorzały 10 sierpnia, jednakże nieustanny opór powstańczych batalionów uchronił siły Kedywu od rozbicia. Obie strony ponosiły ciężkie straty, ale Polacy nie mieli szans na uzupełnienia, a ich sytuacja była w tym momencie tragiczna. Rankiem 11 sierpnia Niemcy jeszcze raz natarli na tereny cmentarzy, tym razem z większym powodzeniem. Batalion "Czata" przeszedł na Muranowską, tracąc Stawki, gdzie wkrótce zorganizowano skuteczne kontruderzenie. Nie zmieniło to jednak ogólnej katastrofalnej sytuacji sił polskich - po południu całość żołnierzy Kedywu przeszła na Stawki, budując tam silne ognisko oporu. Wola zakończyła swoją bohaterską walkę. W czasie, gdy toczono boje w tej dzielnicy, także w innych notowano starcia obu stron, choć na mniejszą skalę. Uzyskany czas wykorzystali Polacy na budowanie linii defensywnej i umocnień, co w dużej mierze wydłużyło opór powstańców w kolejnych tygodniach. 5 sierpnia "Monter" wprowadził podział na trzy grupy: "Śródmieście" (Śródmieście i Powiśle), "Północ" (cmentarze, Stare Miasto, Żoliborz, Kampinos) i "Południe" (Mokotów, Sadyba, Lasy Kabackie i Chojnowskie). Od 5 sierpnia na Ochocie walczyła RONA, skutecznie wyniszczając polski opór w dzielnicy. Ludność cywilną tłoczono na Zieleniaku, gdzie wielu mieszkańców miasta poniosło śmierć. Kolejnego dnia walki toczyły się o redutę przy ul. Kaliskiej kierowaną przez por. "Poboga". W nocy ze Śródmieścia do Mokotowa, drogą kanałową, przedostała się Elżbieta Ostrowska, która przywróciła tym samym połączenie między dzielnicami. 7 sierpnia trwają walki o budynek przy ul. Wawelskiej oraz redutę na Kaliskiej. Brygada RONA jeszcze mocniej zaciska pętlę wokół oddziałów polskich. W Śródmieściu tymczasem życie toczy się spokojnym rytmem, uruchomiona zostaje Harcerska Poczta Polowa obsługująca od tej pory część połączeń między oddziałami. 8 sierpnia rozgorzały mocne walki o Stare Miasto. Silne naloty lotnicze destabilizują opór polski, jednakże defensywa jest na tyle szczelna, że Niemcy nie mogą osiągnąć większych sukcesów. Wojska pancerne szturmują też Śródmieście od strony ul. Królewskiej. Wieczorem Polacy odrzucają wyprawę przeciwnika na ul. Nowogródzkiej. W kolejnych dniach na obie dzielnice spadają pociski artyleryjskie, które zwiastują rychły upadek Woli - nieprzyjaciel zaczyna się interesować innymi dzielnicami i przygotowuje się do bliskiego już szturmu. 9 sierpnia na Powiślu walki rozgorzały na styku Dobrej i Lipowej, ale tam powstańcy nie dali się zaskoczyć siłom wroga. Wieczorem bohaterski opór kończą oddziały na Ochocie (za wyjątkiem reduty na ul. Wawelskiej, która zostanie ostatecznie zlikwidowana w ciągu dwóch kolejnych dni), część próbuje przebijania się z dzielnicy. Jedynie nielicznym powiedzie się ta sztuka. Niestety, wycofanie się oddziałów polskich dało sygnał dla żołnierzy RONA do ostatecznej rozprawy z dzielnicą, gdzie teraz przebiega swobodna pacyfikacja ludności polskiej. Na Powiślu powstańcy zajmują Pałac Staszica. Cały czas trwają walki na obrzeżach Śródmieścia, które nie przynoszą jednak efektu żadnej ze stron. 11 sierpnia spadają uderzenia niemieckie na Stare miasto od strony placu Zamkowego. W pobliżu Banku Polskiego pozycje przechodzą z rąk do rąk. Kolejnego dnia Kwatera Główna zostaje umiejscowiona w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości przy ul. Długiej. Akt ten zwiastuje również kolejną morderczą rozgrywkę miedzy obiema stronami walk.

Zanim na dobre rozpoczęło się Powstania Warszawskie strona polska domagała się wydatnej pomocy od sojuszników. Ze względów politycznych najbardziej liczono na Brytyjczyków i Amerykanów, choć sytuacja strategiczna wymagała przynajmniej porozumienia się z Sowietami w kwestii zainicjowania walk o Warszawę. Stanowiska tego bronili po wojnie historycy polscy i sowieccy, sugerując, iż samorzutna inicjatywa Polskiego Podziemia była pomysłem chybionym, a Związek Radziecki zachował się poprawnie w nietypowej sytuacji. Abstrahując od antykomunistycznej wymowy dzisiejszych prac, musimy przyznać rację przynajmniej w części zarzutów stawianych Polakom. Dziwne jest bowiem, iż dowództwo Armii Krajowej nie postanowiło skonsultować swojej decyzji z reprezentantami największej siły militarnej w kraju, jaką niewątpliwie była Armia Czerwona. Oczywiście, Powstanie Warszawskie po części wymierzone było we wkraczających Sowietów i ich nową administrację (22 lipca powołano do życia Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, który stać się miał przeciwwagą dla Rządu Emigracyjnego), ale z drugiej stronie ciężko było podejrzewać, iż Związek Radziecki przejdzie wobec problemu powstania obojętnie - wszak to w jego strefie działań militarnych rozgrywał się dramat Warszawy. Żeby jeszcze bardziej zagmatwać sytuację należy nadmienić, iż komuniści przebywający w Warszawie prowadzili w ostatnich dniach lipca szeroką agitację na rzecz rozpoczęcia walk o stolicę. Podyktowane to było albo chęcią wsparcia Armii Czerwonej w ewentualnym boju o miasto, albo umiejętnym wykorzystaniem okazji do sprowokowania Armii Krajowej, aby ta rozpoczęła nierówny bój z Niemcami. Tak czy inaczej, podziemie komunistyczne doskonale zdawało sobie sprawę z sytuacji w Warszawie i orientowało się, przynajmniej częściowo, w zamierzeniach Polskiego Podziemia, informując Stalina i jego podwładnych o rozwoju wydarzeń. Kwestię walk o Warszawę roztrząsano również podczas spotkań polsko-sowieckich na przełomie lipca i sierpnia, kiedy to PKWN zdecydował się na podpisanie porozumień ze stroną radziecką. 29 lipca radio Moskwa nawoływało: "Wezwanie do Warszawy. Walczycie przeciwko Niemcom. Warszawa słyszy już bez wątpienia huk armat bitwy, która wkrótce przyniesie jej wyzwolenie. Ci, którzy nigdy nie ugięli się przed hitlerowską przemocą, przyłączą się znowu, tak jak w roku 1939, do walki przeciwko Niemcom, tym razem do działania decydującego". Wreszcie dzień później dało się słyszeć apel Związku Patriotów Polskich: "[...] Ludu Warszawy. Do broni. Niech ludność cała stanie murem wokół Krajowej Rady Narodowej, wokół warszawskiej Armii Podziemnej. Uderzcie na Niemców. Udaremnijcie ich plany zburzenia budowli publicznych. Pomóżcie Czerwonej Armii w przeprawie przez Wisłę. Przysyłajcie wiadomości, pokazujcie drogę. Milion ludności Warszawy niechaj się stanie milionem żołnierzy, którzy wypędzą niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność". Buńczuczne słowa nijak się miały do tego, co w kilka dni później stwierdzali Bolesław Bierut i Józef Stalin - w Warszawie żadne walki się nie toczą, oni nic o nich nie wiedzą i nie mieli żadnego udziału w ich ewentualnej inicjacji. 1 sierpnia, w momencie wybuchu powstania, zarówno Moskwa, jak i Londyn nie orientowały się w tym, co tak naprawdę dzieje się w Warszawie. Dopiero w kolejnych dniach sprawy wyjaśniły się na tyle, że można już było stwierdzić, iż w Warszawie toczy się regularna bitwa, którą rozpoczęło Polskie Podziemie. 2 sierpnia dowódca AK oraz jego krajowi partnerzy polityczni wydali oświadczenie: "Oddziały Armii Krajowej opanowały, łamiąc opór okupanta, większą część stolicy, wyzwalając jednocześnie w duszach Polaków entuzjazm dla walki i ufność w jej powodzenie [...] Niech żyje Polska Niepodległa!". W kolejnych dniach na bieżąco informowano Londyn o rozwoju sytuacji w mieście, opisując barwnie rozwój działań militarnych, nastroje społeczeństwa oraz plany na przyszłość. O ile w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego "Bór" był dość optymistycznie nastrojony i dawał temu wyraz w oficjalnych meldunkach, o tyle 4 sierpnia alarmował: "Żądam kategorycznie pomocy w amunicji i broni przeciwpancernej natychmiast i w dniach następnych. Czeka nas walka co najmniej kilkudniowa i musimy być przez cały ten czas zaopatrywani. My postawiliśmy wszystko na utrzymanie Stolicy, zdobądźcie się na wysiłek". Sugerowano oczywiście zrzuty lotnicze dla powstańców, ale wykonanie tej misji nie było prostą sprawą. Brytyjczycy dowiedzieli się o powstaniu 2 sierpnia. Z Alexandrem Cadoganem kontaktował się ambasador Edward Raczyński, który miał później stwierdzić: "Położyłem jak największy nacisk na potrzebę natychmiastowej akcji jeszcze tego samego dnia wobec tego, że Armia Krajowa w Warszawie miała amunicję tylko na pierwsze dni walki". Tego w Londynie nie chcieli zrozumieć sprzymierzeńcy, nie zdając sobie chyba sprawy z faktu marnego wyposażenia sił powstańczych i przymusu dokonania zrzutów. Premier brytyjski, Winston Churchill, nie był zaangażowany emocjonalnie w walki o stolicę Polski i w pewnej mierze przychylał się do twierdzeń Sowietów, którzy powstanie uważali za "polską awanturę". Co gorsza, także w łonie Rządu Emigracyjnego nie było jednolitego frontu propowstańczego. Już chociażby Sosnkowski przebywający u Andersa nie mógł przeboleć, iż Warszawa podjęła taką decyzję, i to wbrew jego pouczeniom. 10 sierpnia dowódca 2. Korpusu Polskiego pytał Naczelnego Wodza, kto tak naprawdę odpowiedzialny jest za katastrofalną w skutkach decyzję. 2 sierpnia nadeszła odpowiedź gen. Hastingsa Imaya zapytywanego przez gen. Kukiela o możliwość wydelegowania do boju Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Oczywiście, odpowiedź nie mogła być inna, jak tylko negatywna - Anglicy nie dysponowali siłami wystarczającymi do przerzucenia ogromnej jednostki nad Warszawę i przeprowadzenia desantu wojsk gen. Sosabowskiego. 3 sierpnia Polacy zwrócili się do Brytyjczyków z oficjalną prośbą o udzielenie wsparcia lotniczego Powstaniu Warszawskiemu. Zagadnieniem tym winny się zająć sojusznicze siły powietrzne rozlokowane we włoskich bazach. Do Caserty, siedziby dowódcy frontu śródziemnomorskiego, gen. Henry Wilsona, i dowódcy RAF na rejon śródziemnomorski marsz. Johna Slessora, udał się gen. Sosnkowski. Uzyskał zapewnienie, iż zrobione zostanie wszystko, co tylko będzie możliwe. A możliwe było niewiele. W nocy z 4 na 5 sierpnia odbyła się pierwsza wyprawa samolotów typu "Halifax", które nadleciały nad cmentarze żydowski i powązkowski. Zanotowano spore straty, co skłoniło Slessora do wstrzymania lotów nad Warszawę 5 sierpnia. Tego samego dnia indagowany dzień wcześniej Stalin odpisał Churchillowi i wyłożył mu sytuację w Warszawie: "Pańskie pismo w sprawie Warszawy otrzymałem. Myślę, że zakomunikowane Panu przez Polaków informacje są bardzo przesadzone i nie budzą zaufania. Do takiego wniosku można dojść choćby na tej podstawie, że Polacy-emigranci przypisali już sobie niemalże zdobycie Wilna przez jakieś tam jednostki Armii Krajowej i nawet ogłosili o tym przez radio. Ale to oczywiście w żadnym stopniu nie odpowiada prawdzie. Armia Krajowa Polaków składa się z kilku oddziałów, które niesłusznie nazywają siebie dywizjami. Nie mają one ani artylerii, ani lotnictwa, ani czołgów [...]". Wywód miał uświadomić Churchillowi, iż Polacy o Warszawę nie walczą, a wszelkie pogłoski są wymysłem ich fantazji. Churchill tylko częściowo dał wiarę zapewnieniom Stalina. Nie mógł zresztą pozostać głuchy na apele Polaków, którzy nieustannie zachęcali go do lotniczego wspierania powstania. 6 sierpnia ambasador Jan Ciechanowski spotkał się w Waszyngtonie z podsekretarzem stanu Edwardem Stettiniusem. Nie uzyskał jednak żadnych gwarancji, a Amerykanie, podobnie jak Brytyjczycy, odsyłali Polaków przede wszystkim do Sowietów, którzy przecież stali u wrót Warszawy. Co więcej, w Moskwie przebywał w tym czasie Mikołajczyk, który rozmawiał ze Stalinem, zwracając uwagę dyktatora na tragiczne wydarzenia w stolicy. Gdy 10 sierpnia premier odlatywał ze Związku Radzieckiego, uzyskał on zapewnienie Stalina, iż ten udzieli pomocy Polakom, a natarcie na Warszawę zostało wstrzymane ze względów militarnych, a nie politycznych. Jak się miało okazać, nic z tego nie wyszło, bowiem już 12 sierpnia agencja TASS zdementowała pogłoski, jakoby Polacy i Sowieci współdziałali, a Stalin 16 sierpnia pisał do Churchilla, nie przebierając w słowach i nazywając całość wydarzeń "awanturą", od której on całkowicie się odcina. Następnego dnia podjął ambasadorów Harrimana i Clarka-Kerra i wyłuszczył im niemal dokładnie to samo, co premierowi brytyjskiemu. W tym samym czasie trwała batalia o wysyłanie samolotów Slessora nad Warszawę. Sam dowódca był temu przeciwny, uważając akcje za marnotrawienie sprzętu i poświęcanie bezcennych załóg. Upór Polaków skłonił go do zmiany zdania i 8 sierpnia dozwolił na start 3 samolotów z 1586. Eskadry do Zadań Specjalnych. Kolejnego dnia wysłano jeszcze cztery maszyny. Okazało się, iż obie operacje zakończono bez strat. Mimo iż droga była daleka, można ją było pokonać i zrzucić zaopatrzenie dla walczącej Warszawy. To była bezcenna informacja dla Polaków, którzy od tej pory nieustannie naciskali na Brytyjczyków, aby ci organizowali kolejne loty. Slessor wydelegował zatem 205. Grupę RAF, jednakże w ciągu kolejnych dwóch dni pogoda pogorszyła się i żadna z maszyn nie wzbiła się do lotu. 12 sierpnia poderwano 11 samolotów z 1586. eskadry oraz 148. Eskadry brytyjskiej. 8 samolotów doleciało nad Warszawę i zrzuciło zasobniki. Nie notowano strat. 13 sierpnia poleciała 205. Grupa bryg. Durranta z Południowej Afryki. Straty były spore, ale Slessor postanowił wysłać kolejne samoloty 14 sierpnia. Wieczorem poleciało ich 20. 3 zostały zestrzelone przez Niemców. Większość jednak zrzuciła ładunek. Obok tego straty zanotowały maszyny 178. Dywizjonu oraz Polskiej Eskadry do Zadań Specjalnych, łącznie tracąc 5 maszyn. Efekt był natychmiastowy - gen. Eaker, dowódca Alianckich Sił Powietrznych na Morzu Śródziemnym, dzielił się obiekcjami z przełożonymi i raportował do Londynu: "Z uwagi na poniesione ostatnio w operacji nad Polską ciężkie straty maszyn do zadań specjalnych, z których część mogła wynikać z ich uszkodzenia i niemożności powrotu do baz, wydaliśmy natychmiastowy tymczasowy rozkaz, by załogi, które nie mają pewności, czy zdołają powrócić do baz, leciały dalej do Rosji i ewakuowały się na spadochronach [...]". Wkrótce po tym przyszła depesza z Warszawy, która rzekomo miała zniechęcać aliantów do prowadzenia dalszych operacji powietrznych zanim nie zostaną zbombardowano kluczowe punkty trzymane przez Niemców. W konsekwencji Brytyjczycy wkrótce wydali rozkaz zaprzestania dalszych lotów do Polski. Na razie jednak kontynuowano operację zrzutów. W połowie sierpnia pojawił się również pomysł organizacji lotów wahadłowych do Polski przy użyciu maszyn brytyjskich i amerykańskich z międzylądowaniami na lotniskach sowieckich. To wymagało oczywiście zgody Stalina, który nie był przychylnie nastawiony do projektów pomocy Powstaniu Warszawskiemu. 15 sierpnia Andriej Wyszyński przedstawił amerykańskiemu ambasadorowi zdanie radzieckie: "Władze radzieckie oczywiście nie mogą sprzeciwiać się zrzutom broni dokonywanym przez brytyjskie i amerykańskie samoloty w rejonie Warszawy, gdyż jest to sprawa samych Brytyjczyków i Amerykanów. Jednak zdecydowanie sprzeciwiają się temu, by amerykańskie i brytyjskie samoloty, po dokonywaniu zrzutów broni w rejonie Warszawy, lądowały na terytorium ZSRR, gdyż rząd radzieckie nie życzy sobie jakichkolwiek związków - czy to pośrednich, czy bezpośrednich - z awanturą w Warszawie". Churchill był przerażony bezdusznością sojusznika, który nazajutrz jeszcze raz potwierdził niezmienność swojego zdania w kwestii niesienia pomocy powstańcom. 17 sierpnia, w reakcji na rosnące straty, marsz. Slessor wstrzymał loty do Polski. Na protesty Sosnkowskiego odpowiedziano upoważnieniem dla 1586. Eskadry do Zadań Specjalnych - Polacy mogli samodzielnie dysponować maszynami i wysyłać nad Warszawę ochotników. Niestety, do 9 września pogoda była na tyle zła, że jedynie nieliczne załogi wyprawiały się na trudną misję. 31 sierpnia Slessor stwierdził, iż kolejna akcja z 1 września będzie testem odnośnie wznowienia lotów nad Polskę. Z siedmiu wysłanych maszyn powróciły ledwie trzy, co ostatecznie utwierdziło Brytyjczyków w przekonaniu, iż nie warto ryzykować życia lotników. W międzyczasie na scenie politycznej wrzało. 20 sierpnia do Stalina wysłano depeszę sygnowaną podpisami Churchilla i Roosevelta: "Zastanawiamy się nad reakcją światowej opinii publicznej, gdy walczący z nazistami powstańcy zostaną pozostawieni sami sobie. Uważamy, że wszyscy trzej powinniśmy uczynić wszystko, co w naszej mocy, by uratować tylu polskich patriotów, ile się tylko da. Liczymy, że wesprzecie polskich patriotów z Warszawy natychmiastowymi zrzutami zaopatrzenia i amunicji - chyba że zgodzi się Pan niezwłocznie wesprzeć w tym zadaniu nasze samoloty? Wyrażamy nadzieję, że się Pan na to zgodzi. Pośpiech jest tu wyjątkowo ważny". Stalin tak się spieszył, że zdołał odpowiedzieć po dwóch dniach. Oczywiście, negatywnie ustosunkowując się do próśb obu przywódców Zachodu. Zbliżał się 1 września, 5 rocznica rozpoczęcia II wojny światowej. Rocznica, która miała zadecydować o losach powstańców, rządu i poszczególnych jednostek, które jasno wyraziły, co sądzą o postawie rzekomych sojuszników.

Po zakończeniu bitwy o Wolę jednostki niemieckie uzyskały dogodne pozycje do kontynuowania ataków na pozostałe dzielnice objęte władztwem powstańców. W kolejnych tygodniach uwidoczniła się wyraźna taktyka sił nieprzyjaciela - należy izolować poszczególne punkty oporu i likwidować je pojedynczo. To umożliwiałoby przeniesienie ciężaru działań na poszczególne dzielnice i stopniowe wyniszczanie polskich oddziałów, bez zbędnych akcji w innych rejonach miasta. Już w przypadku Woli taka taktyka zaowocowała pełnym sukcesem, ponieważ jednostki niemieckie skoncentrowane na jednym celu mogły bez trudu uporały się z obrońcami Armii Krajowej. 12 sierpnia miały rozpocząć się zacięte walki o Stare Miasto, gdzie przeniesiono teraz niemal cały ciężar działań. Oczywiście, także w innych dzielnicach trwały walki, jednakże nie miały one charakteru generalnej ofensywy sił niemieckich. Szczególne znaczenie miał w tym czasie Żoliborz, który od północy osłaniał Stare Miasto i był przedmościem do opanowania tej dzielnicy (względnie Stare Miasto było południowym przedmościem do Żoliborza). Wróćmy jednak na Stare Miasto. 7 sierpnia ustalono tam podział na odcinki - wschodni (PWPW, wybrzeże Wisły, plac Zamkowy, ul. Miodowa), południowy (od ul. Miodowej, przez ul. Bielańską do ul. Długiej), zachodni (Stawki i Muranów), Odwód Grupy "Północ" w sile Batalionu "Chrobry I", "Parasol" i "Wigry". Ogółem 7000 ludzi. 12 sierpnia rozpoczął się dla Niemców zaskakująco - polskie oddziały wyprowadziły uderzenie i odbiły plac Bankowy, wypierając stamtąd siły Dirlewangera. Od zachodu Stare Miasto odcinały grupa mjr Recka i grupa płk Schmidta. Schmidt uderzył 12 sierpnia, kierując się na Stawki, gdzie, jak pamiętamy, ulokowały się oddziały Kedywu. Polscy żołnierze, zmęczeni długotrwałą obroną Woli, nie sprostali przeciwnikowi i zostali wypchnięci na Muranów. Tam walki rozgorzały już 14 sierpnia, ponownie za sprawą niemieckiego natarcia, jednak tym razem to żołnierze Kedywu byli górą i udanie kontrowali przeciwnika. Tymczasem od strony Leszna nacierają wojska Recka. Na południu sytuacja komplikuje się z powodu wzmocnienia naporu na pozycje polskie w rejonie placu Teatralnego. Zauważmy zatem, iż w tym momencie siły Armii Krajowej na Starym Mieście zostały w praktyce otoczone. Na szczęście, 13 sierpnia nie udało się Niemcom przebić przez Leszno, gdzie twardy opór stawiali żołnierze podziemnej armii. Na prostopadłej do Leszna ul. Rymarskiej znajdują się silne barykady, opór polski nie ustaje w okolicach Pałacu Mostowskich. 14 sierpnia Niemcy wznawiają natarcie na całej długości nowego frontu. Dzień ten przynosi im sukcesy w rejonie Banku Polskiego - opanowane zostaje przejście od ul. Bielańskiej, co mocno komplikuje sytuację Polaków na południowym skrzydle defensywy. 15 sierpnia rozpoczyna się batalia o zabudowania Banku Polskiego. Od zachodu do rejonu walk zbliżają się żołnierze Recka, którzy toczą walki na ul. Tłomackie, gdzie dostępu do Bielańskiej bronią polskie barykady. Nieco wyżej, na ul. Leszno, także trwa ciężki bój. Niemcy zajmują część zabudowań Pałacu Mostowskich, zajmują ul. Przejazd. Dowództwo odcinka północnego rzuca zatem do walki Batalion "Wigry", któremu udaje się opanować Pałac Mostowskich, jednakże żołnierze zalegają tam w ciężkich walkach i ciężko jest momentami ustalić stan posiadania obu stron. W dniach 16-17 sierpnia Niemcy wykonują operację przeciwko zgrupowaniu na Muranowie, które nie sprostało siłe uderzenia nieprzyjaciela i zostało odepchnięte. Jeszcze 14 sierpnia przeciwnik wdzierał się tutaj między oddziały grup "Radosława" i "Leśnika", ale wtedy lukę udało się załatać. Teraz nie było to możliwe wobec rosnącej przewagi Niemców. 15 sierpnia walki toczą się na Placu Bankowym i o klasztor Kanoniczek przy placu Teatralnym. Następnego dnia klasztor zajmują żołnierze niemieccy. 16 sierpnia trwają też walki w północnej części Starówki, gdzie oddziały mjr Czyżyńskiego bronią Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. Niemcy przesuwają się jednak ul. Zakroczymską i Rybaki. Nocą Batalion "Czata 49" i Batalion "Zośka" przejściowo opanowują Stawki, co ma być skoordynowaną akcją wyprzedzającą uderzenie innych oddziałów z Kampinosu. To jednak nie następuje i powstańcy muszą się wycofać. 16 sierpnia mjr "Gromski" melduje ze Starego Miasta: "Stare Miasto jest tak zbębnione artyl. i minami, że z archit. jego pozostaną gruzy [...]". Tego samego dnia na Żoliborz przybyła część oddziałów leśnych. W kolejnych dniach dołączyli do nich nowi żołnierze, którym wkrótce wyznaczono zadanie przebijania się do Starego Miasta przez rejon Dworca Gdańskiego. Akcja winna być zsynchronizowana z wysiłkiem oddziału mjr "Jana" ze Zgrupowania "Radosław" od strony Starego Miasta. W nocy z 19 na 20 sierpnia siły mjr Okonia z Żoliborza próbowały przebijać się przez Dworzec Gdański, jednak nie uzyskały pożądanych sukcesów. W nocy z 21 na 22 sierpnia akcję powtórzono, ale i tym razem bez skutków. Co gorsza, oddziały z Batalionu "Zośka" i "Czata" dostały się pod mocny ogień niemiecki w rejonie Parku Traugutta i Konwiktorskiej. Cała operacja skończyła się fiaskiem i sporymi stratami. Wróćmy jednak do sytuacji Starego Miasta, które zostawiliśmy w przeddzień generalnej ofensywy niemieckiej. Tę wyznaczono na dzień 19 sierpnia. Rozmieszczenie jednostek nieprzyjaciela pozostało bez zmian - od południa siły Dirlewangera, od zachodu wojska Recka i od północy zgrupowanie Schmidta. Cały czas trwało silne ostrzeliwanie artyleryjskie dzielnicy, które sprawiło, iż większa część budynków stała w płomieniach lub została zburzona.

Wydaje się, iż w drugiej połowie sierpnia alianci zachodni wreszcie zniecierpliwili się brakiem reakcji Sowietów na tragiczne wydarzenia w Warszawie. Wystarczającym dowodem potwierdzającym tę tezę są uwagi kierowane pod adresem Stalina przez polityków anglosaskich. Szczególnie ostro wypowiadał się Churchill, który miał dość fanaberii Sowietów. 25 sierpnia proponował nawet wysłanie bardzo ostrj w wymowie depeszy adresowanej do Stalina, jednakże ani on, ani Roosevelt nie mieli na tyle odwagi, by dopuścić się jawnego wystąpienia przeciwko przywódcy Związku Radzieckiego. W konsekwencji Churchill irytował się coraz bardziej, a swój zły humor wyładowywał nierzadko na Polakach, a Stalin mógł ironicznie uśmiechać się i zgryźliwie komentować nieudolne próby Anglosasów. Mikołajczyk miał twardy orzech do zgryzienia - sytuacja polityczna nie sprzyjała, wydarzenia w Warszawie przybierały coraz gorszy obrót. Jakby mało było kłopotów, przeciw niemu zaczęli występować zwierzchnicy wojskowi, z gen. Andersem na czele. Dowódca 2. Korpusu Polskiego 23 sierpnia pytał ministra Kukiela, kto jest odpowiedzialny za "ciężką zbrodnię", jak określono Powstanie Warszawskie. Kukiel odciął się od decyzji podejmowanych w Warszawie, a oliwy do ognia w dwa dni później dolała "Myśl Polska", gazetka wydawana przez kręgi powiązane z Tadeuszem Bieleckim, persona non grata w szeregach rządowych. 25 sierpnia nabywcy londyńskiego organu prasowego mogli przeczytać: "Powstanie wywołane w czasie nie związanym z sytuacją międzynarodową, bez zapewnienia pomocy stało się tylko jedną jeszcze olbrzymią i wspaniałą, ale niezwykle krwawą i nadmiernie kosztowną demonstracją polskiego dążenia do odzyskania pełnej niepodległości [...] Myślimy z żalem o potwornym rozmiarze strat i o dysproporcji, jaka stać się może między tymi stratami a politycznym zdyskontowaniem powstania warszawskiego". Krytyka względem mocodawców Armii Krajowej była jak najbardziej uzasadniona, ale znamiennym jest fakt rosnącego rozłamu w szeregach polskich, które zamiast konsolidacji w tych trudnych chwilach przysparzały sobie coraz więcej kłopotów. Anglosasi już wkrótce mieli poczuć się dotknięci wypowiedziami i działaniami kolejnego z antagonistów Mikołajczyka gen. Sosnkowskiego. Zanim jednak nastąpił pamiętny dzień 1 września, 30 sierpnia Amerykanie i Brytyjczycy wreszcie zdecydowali się na wydanie deklaracji o prawach kombatanckich dla członków Armii Krajowej. Było coś niesłychanego w tym akcie, który ukazał się nie tylko po miesiącu trwania walk o Warszawę, ale i po ponad dwóch latach funkcjonowania Armii Krajowej w ogóle. Strona polska od dawna zabiegała o uznanie żołnierzy Polski Podziemnej za integralnych członków Polskich Sił Zbrojnych, co byłoby logiczną konsekwencją wszystkich działań podejmowanych dotąd na rzecz Armii Krajowej. Amerykanie i Brytyjczycy długo zwlekali z podjęciem ostatecznej decyzji i dopiero po serii doniesień o niesprawiedliwym traktowaniu żołnierzy i ludności polskiej w Warszawie ("niesprawiedliwym" jest tu określeniem mocno eufemistycznym na sytuacje, gdy Niemcy masowo mordowali ludność polską) wydano odpowiedni dokument. Kwestia formuły dyplomatycznej nie była tu najważniejsza, chodziło bowiem o sam fakt uznania: "Armia Krajowa stanowi integralną część Polskich Sił Zbrojnych i w tych warunkach wszystkie akty represji w stosunku do jej żołnierzy stanowią pogwałcenie praw wojny, które Niemcy wiążą, a winni tych represji pociągnięci będą do odpowiedzialności". Niestety, prawa kombatanckie nie objęły członków innych ugrupowań, które także ambitnie biły się w Powstaniu Warszawskim. Fakt uznania Armii Krajowej niewiele zmieniał w praktyce, bowiem Niemcy od początku wojny pokazywali, iż za nic mają wszelkie traktaty, pakty i zwyczajną moralność. Mimo to, w ogólnym rozrachunku, odezwa dyplomatów anglosaskich była potrzebna i przynajmniej w teorii gwarantowała prawa kombatanckie żołnierzom Polski Podziemnej. Strona polska, wprawdzie zadowolona z takiego rozstrzygnięcia narastającego problemu, chciała jeszcze oficjalnego potępienia zbrodni niemieckich popełnianych w Warszawie. Także z tym dokumentem Brytyjczycy zwlekali. Jeśli chodzi o Amerykanów, to w sierpniu Cordel Hull wydał stosowne oświadczenie, które przynajmniej w części wynagrodziło Polakom czas oczekiwania. Brytyjczycy zdobyli się na podobny akt 10 września. Tego samego dnia Armia Czerwona, a konkretniej wojska 1. Frontu Białoruskiego, rozpoczęła operację praskę, która zakończyła się po czterech dniach zmagań wyzwoleniem prawobrzeżnej Warszawy. Stalin zdawał sobie sprawę, iż akt ten ma jedynie ukazać jego dobrą wolę w napiętej sytuacji politycznej. Z militarnego punktu widzenia, w momencie, gdy Powstanie Warszawskie niemalże dogorywało, zajęcie Pragi było niewiele znaczącym epizodem, choć nie możemy nie doceniać wysiłku żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, którzy w kolejnych dniach przekroczyli Wisłę i stanęli do boju ramię w ramię z żołnierzami Armii Krajowej. Ich akcja wyraźnie pokazała, iż przy odrobinie dobrej woli Armia Czerwona mogła dać powstańcom ogromne wsparcie i zniweczyć zbrodnicze wysiłki niemieckie. Zanim jednak przejdziemy do omawiania wydarzeń drugiej połowy września, wrócić musimy do początku miesiąca. 1 września, w piątą rocznicę rozpoczęcia kampanii wrześniowej, gen. Kazimierz Sosnkowski postanowił wydać odezwę do żołnierzy, w której dobitnie wykazał, iż polityka sojuszników alianckich względem Polaków jest niesprawiedliwa. Nawet prezydent Władysław Raczkiewicz wydawał się podzielać ten pogląd, głosząc: "Warszawa walczy sama". Jednak to nie on rozsierdził Brytyjczyków, których mocno poruszył tekst odezwy Sosnkowskiego, który warto zacytować: "Pięć lat minęło od dnia, gdy Polska wysłuchawszy zachęty rządu brytyjskiego i otrzymawszy jego gwarancje, stanęła do samotnej walki z potęgą niemiecką [...] Warszawa czeka. Nie na czcze słowa pochwały, nie na wyrazy uznania, nie na zapewnienia litości i współczucia. Czeka ona na broń i amunicję. Nie prosi ona, niby ubogi krewny, o okruchy ze stołu pańskiego, lecz żąda środków walki, znając zobowiązania i umowy sojusznicze". Zauważmy zatem, iż rzekoma samotność Polaków jawnie godziła w Brytyjczyków, co niemal natychmiast zakomunikował Mikołajczykowi Anthony Eden. Jakby tego mało, do dyskusji żywo włączyła się prasa brytyjska, która nie przebierała w słowach i ostro skrytykowała postawę polskiego Naczelnego Wodza. Niestety, Sosnkowski nie znalazł popleczników w szeregach Rządu Emigracyjnego, a sam Mikołajczyk był przeciwny Naczelnemu Wodzowi i niejednokrotnie dawał upust swojej antypatii wobec osoby generała. Efekt był piorunujący - 22 września Rada Ministrów wystąpiła do prezydenta z żądaniem odwołania Sosnkowskiego z pełnionej funkcji. Raczkiewicz, choć sam miał podobne poglądy, zwolnił Naczelnego Wodza, udzielając mu 30 września dymisji. Sam zainteresowany uważał, iż nagonka była aktem wymierzonym stricte w jego osobę, a w całą sprawę zamieszany był Mikołajczyk i kręgi jemu sprzyjające. Był to punkt kulminacyjny rozkładu na łonie emigracji. Wbrew temu, co sądzono o postawie Sosnkowskiego, rząd brytyjski zebrał się 4 września, aby omówić aktualną sytuację polityczną i militarną. Nie pozostawiono suchej nitki na Stalinie, który nie zgadzał się na jedyną słuszną taktykę lotów wahadłowych przy użyciu maszyn anglosaskich. Cóż z tego, skoro nie podjęto się żadnych kroków zmierzających do zmiany zaistniałego stanu rzeczy. Polacy i ich sojusznicy musieli zatem liczyć na łaskę dyktatora radzieckiego i wierzyć, że Powstanie Warszawskie nie zostanie stłumione do czasu, gdy z Moskwy nadejdzie oficjalna zgoda na rozpoczęcie lotów wahadłowych przy wykorzystaniu lotnisk radzieckich. Dopiero 9 września dyktator postanowił dać zielone światło samolotom sprzymierzonych. W trzy dni później do Londynu przyszło oficjalne potwierdzenie decyzji Stalina. Zwróćmy uwagę, iż był to już 12 września, jak się za niedługo dowiemy, moment, w którym powstańcy nie mieli już szans na podźwignięcie się po ciężkich stratach zadawanych im codziennie przez Niemców. Następnego dnia lotnictwo radzieckie przystąpiło do zrzucania zaopatrzenia dla walczącej Warszawy. Pomoc nadeszła jednak zbyt późno, aby cokolwiek dało się uratować. 14 września radio kierowane przez komunistów krzyczało, iż wyzwolenie jest już blisko, a sowieckie armie czekają u wrót Warszawy i niedługo wspomogą powstańców w boju. Kilka tysięcy kilometrów od Moskwy, niemal w tym samym czasie, trwała debata nad dalszymi krokami, jakie należy podjąć w kwestii Powstania Warszawskiego. Marsz. Slessor musiał szybko podjąć decyzję, jeśli nie chciał mieć na sumieniu tysięcy istnień ludzkich. Tak przynajmniej sytuację przedstawiali politycy polscy, nieustannie walczący o wsparcie dla powstańców. Slessor doskonale zdawał sobie sprawę, iż ryzyko jest ogromne, a dotychczasowe straty tylko utwierdzały go w przekonaniu, iż szafuje życiem ludzkim. W pierwszym tygodniu września, w zasadzie do 9 dnia tego miesiąca, pogoda była na tyle zła, że nie było mowy o żadnych akcjach lotniczych na tak długim dystansie. 10 września wreszcie notowano pewną poprawę aury. Nad Warszawę wysłano aż dwadzieścia załóg, z których zginęło pięć. Gdy 13 września Slessor dowiedział się o nagłej zmianie postawy Stalina, mógł wreszcie z czystym sumieniem zorganizować wielką wyprawę opatrzoną kryptonimem "Frantic". 110 maszyn poderwało się do lotu 15 września. Niestety, wszystkie zawróciły, bowiem warunki były fatalne. Wieczorem 17 września pogoda poprawiła się na tyle, że samoloty mogły wzbić się w powietrze. Nad płonącą stolicę Polski dotarły przed południem następnego dnia. Niestety, zrzuty były wyjątkowo niecelne wobec niewielkiego terenu, który trzymała Armia Krajowa. Tylko 20% zaopatrzenia trafiło do rąk polskich. Jakież było rozczarowanie bohaterskich żołnierzy Polskiego Podziemia, gdy ładunek przewożony przez "Halifaxy" o "Liberatory" spadł nie tam, gdzie powinien. Smutna była konkluzja - gdyby wcześniej doszło do podobnych akcji, powstańcy mieliby o wiele większe szanse na przejęcie zasobników; trzymali przecież sporą część Warszawy, a teraz tłoczyli się na niewielkim obszarze, oczekując wybawienia. Ale to nie nadeszło, mimo iż część załóg zapuszczała się jeszcze nad miasto. 2 października opór polskich powstańców zakończył się. Brytyjczycy, Amerykanie, Sowieci - wszyscy rozczarowali Polaków, którzy toczyli nierówny bój o wyzwolenie ukochanej stolicy. Nikt nie podał ręki powstańcom, zwłaszcza wtedy, gdy można było uniknąć katastrofalnej klęski Armii Krajowej. W pierwszych dniach października do Londynu dotarł jeden z ostatnich meldunków z Warszawy: "Oto naga prawda. Zostaliśmy potraktowani gorzej niż satelici Hitlera, gorzej niż Włochy, Rumunia, Finlandia. Oby Bóg, który jest sprawiedliwy, wydał wyrok za tę straszną niesprawiedliwość, jakiej doznał naród polski, i oby ukarał wszystkich winnych. Nieśmiertelny jest naród, który może zdobyć się na tak powszechne bohaterstwo. Gdyż ci, którzy zginęli, zwyciężyli, a ci, którzy przeżyli, nie spoczną w walce, zwyciężą i ponownie dadzą świadectwo, że jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy".


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków