Nalot aliantów na Tarent

Po rozpoczęciu II wojny światowej Benito Mussolini, dyktator włoski nazywany przez rodaków duce, nie od razu włączył się do walki. Jego kraj nie był przygotowany do wojny, a on sam nie mógł zdecydować się w kwestii wypowiedzenia wojny. Ostatecznie tylko Niemcy i Związek Radziecki rozpoczęły działania przeciwko Polsce, a w stanie wojny z sojusznikami II Rzeczpospolitej, Francją i Wielką Brytanią znalazła się jedynie III Rzesza. Duce wyczekiwał na odpowiedni moment, w którym rozpocznie realizowanie swoich wielkich planów dotyczących budowania nowego Imperium Rzymskiego. Okazja do włączenia się do walk nadarzyła się podczas kampanii francuskiej. Włosi wypowiedzieli wojnę Francuzom 10 czerwca, dobijając nieprzyjaciela, który krwawił pod ciosami hitlerowskiego Wehrmachtu. Krok ten zainicjował nie tylko zmagania lądowe pomiędzy Francją i Włochami, ale i bitwę o Morze Śródziemne, co było o tyle ważniejsze, że tutaj do walki włączała się brytyjska Royal Navy, dla której śródziemnomorski akwen był niezwykle ważny ze strategicznego punktu widzenia. Do niedawna dominacja brytyjskiej marynarki wojennej na morzach i oceanach nie ulegała dyskusji. Proporcje te zaczęły się zmieniać, gdy do głosu zaczęły dochodzić kolejne światowe supermocarstwa. Do tego grona aspirował Mussolini, budując prężną armię i potężną flotę – Supermarinę. Bitwa o Morze Śródziemne zaczęła się nadspodziewanie spokojnie. Ani Włosi, ani Brytyjczycy nie angażowali się w większe walki. Podbicie Francji przez Niemcy właściwie zakończyło egzystencję francuskiej floty morskiej. Wyłączenie z walki tak groźnego przeciwnika było na rękę Mussoliniemu, który od tej pory niepodzielnie panował, gdy idzie o siły morskie w Europie Południowej. Do boju przeciwko Supermarinie przystąpiła Flota Śródziemnomorska, którą kierował brytyjski admirał Andrew Cunningham. Wiedział on dobrze, iż nie może wypowiedzieć otwartej wojny Supermarinie, ponieważ nie dysponował odpowiednimi siłami niezbędnymi do pobicia nieprzyjaciela w boju morskim. Mógł natomiast przeciwdziałać hegemonii włoskiej w basenie Morza Śródziemnego. Nie można zapominać, iż o sile floty włoskiej nie stanowiła jedynie ilość jednostek pływających. Włosi mieli do dyspozycji nowoczesne bazy morskie i lotnicze rozmieszczone na wybrzeżach Półwyspu Apenińskiego, na Sycylii, Sardynii. Tam też znajdowały się liczne siły powietrzne wspomagające Supermarinę w ewentualnych walkach. Pierwsze miesiące bitwy na Morzu Śródziemnym przeszły dość spokojnie. Dopiero 28 października Brytyjczyków zelektryzowała informacja o rozpoczęciu przez Włochów nowej kampanii. Duce zdecydował się na wypowiedzenie wojny Grecji, która odmówiła spełnienia żądań Rzymu. Tak rozpoczęła się kampania bałkańska, której kres notowano dopiero wraz z zakończeniem bitwy o Kretę. Brytyjczycy niemal natychmiast postanowili zareagować na nową agresję Mussoliniego. Już w kilka tygodni wcześniej powstał śmiały plany, którego trzon wymierzony był w okręty włoskiej Supermariny zgromadzone w porcie w Tarencie.

Tarent był w tym czasie jedną z największych włoskich baz morskich. Jego lokalizacja była niezwykle korzystna. Baza znajdowała się bowiem niemal w obcasie słynnego „włoskiego buta” i pozwalała na skuteczne kontrolowanie żeglugi na południe od Półwyspu Apenińskiego. Brzegi Tarentu obmywały wody Zatoki Tarenckiej, a sam port znajdował się w Zatoce Mar Grande, którą broniły wrota złożone z wysp San Pietro i San Paulo, pomiędzy którymi znajdował się przesmyk nazwany Mar Piccolo. Niewielka odległość od Malty, wynosząca około 315 mil morskich, nieustannie alarmowała dowództwo brytyjskie zagrożone stałą możliwością wypadu włoskiej floty w kierunku konwojów alianckich. Zwiad lotnictwa włoskiego pozwalał na szybkie wprowadzenie sił morskich. W porcie znajdowały się liczne jednostki włoskiej floty, w tym okręty największe i obdarzone potężną mocą ognia. Okazało się jednak, iż nawet tak wspaniale zbudowana baza morska ma minusy konstrukcyjne. Włoscy wojskowi założyli bowiem, iż niemożliwe jest, aby ktoś mógł dokonać ataku od strony lądu. To przełożyło się na mylne przeświadczenie, iż ewentualnego uderzenia należy spodziewać się od strony morza. Koncepcji tej podporządkowano rozmieszczenie artylerii nadbrzeżnej, którą skierowano właśnie w stronę morza. Brytyjskie lotnictwo wielokrotnie zapuszczało się nad Tarent, dokonując odpowiednich działań wywiadowczych. Dzięki zrobionym fotografiom dowództwo brytyjskie miało doskonałe rozeznanie w defensywie włoskiej bazy morskiej oraz w tym, jakie siły ówcześnie znajdowały się w tarenckim porcie. Wywiad lotniczy doniósł, iż Supermarina miała tam sześć pancerników, sześć ciężkich krążowników i kilkanaście innych jednostek, w tym szybkie i nowoczesne niszczyciele. Plan nalotu na bazę włoską powstał jeszcze przed wojną, kiedy to Brytyjczyków zaniepokoiły agresywne posunięcia Benito Mussoliniego. Opracowaniem operacji zajął się zespół sztabowców z lotniskowca „Glorious” z dowódcą okrętu komandorem Arthurem Lumley Lysterem na czele. Załogi torpedowców z „Glorious” odbyły niezbędne przeszkolenie, uczono się działać w nocy, synchronizowano poszczególne fazy nalotu. Niestety, wojenna zawierucha pokrzyżowała nieco plany brytyjskiego dowództwa, które wysłało lotniskowiec do walk podczas kampanii norweskiej. Pech chciał, że okręt został zatopiony i 8 czerwca 1940 roku poszedł na dno. We wrześniu adm. Cunningham otrzymał niezbędne wzmocnienia dla Floty Śródziemnomorskiej. W skład jego zespołu weszły m.in. pancernik „Valiant” i lotniskowiec „Illustrious”, na którym mogły zmieścić się nawet 54 samoloty. Dokooptowanie tych silnych okrętów do grupy Cunninghama pozwoliło admirałowi na rozpoczęcie przygotowań do zarzuconego pomysłu nalotu na Tarent. Miał on również do dyspozycji starszy lotniskowiec „Eagle”. Jeszcze we wrześniu rozpoczęto szkolenie załóg i przystąpiono do opracowania szczegółowego planu uderzenia. Wedle pierwotnych zamierzeń nalotu miało dokonać 30 samolotów w grupach po 15 każda. 18 z nich miało otrzymać torpedy. Pozostałe winny zrzucić flary oświetlające cel. W zamyśle jasne światło mogło oślepić włoskich artylerzystów. Niestety, w połowie października na „Illustrious” wybuchł pożar, który po raz kolejny pokrzyżował szyki Brytyjczykom. Operacja została odłożona, a odpowiedni moment nastąpił dopiero po rozpoczęciu kampanii bałkańskiej. Sytuacja strategiczna dojrzała do podjęcia tak zdecydowanych kroków. D-Day operacji wyznaczono na noc z 11 na 12 listopada 1940 roku. W tym samym czasie w basenie Morza Śródziemnego miały poruszać się trzy konwoje zaopatrzeniowe. Całość akcji była zsynchronizowana w czasie, co pozwalało sądzić, iż Włosi zajmą się ratowaniem okrętów pozostałych w Tarencie i nie będą się zajmować polowaniem na statki konwojów. Operacji nadano kryptonim „MB-8”. Nalot na Tarent zakodowano jako „Judgement”. Można powiedzieć, że pech prześladował Lystera, który miał dowodzić operacją „Judgement”. Na kilka dni przed terminem ataku uszkodzeniu uległ „Eagle”, co wyłączyło go z operacji. Niezrażony Lyster postanowił zaatakować tylko przy użyciu samolotów startujących z „Illustrious”, co łącznie dawało liczbę 24 maszyn. Wkrótce trzy z nich doznały usterek i ostatecznie tylko 21 samolotów było gotowych do uderzenia. 10 listopada „Illustrious” wyszedł z szyku okrętów Cunninghama i skierował się w stronę Tarentu. 11 listopada zajęto dogodne pozycje o 40 mil od włoskiego portu. W tym samym czasie spłynął raport wywiadu lotniczego, który donosił o obecności sześciu włoskich pancerników: „Vittorio Veneto”, „Littorio”, „Giulio Cesare”, „Conte di Cavour”, „Andrea Doria” oraz „Caio Duilio”. Szczególnie dwa pierwsze były łakomym kąskiem, jako że były to jednostki najbardziej nowoczesne i niedawno oddane do użytku. Posiadały silną artylerię składającą się z 8 dział kal. 381 mm. Dodatkowo w bazie rozmieszczono sześć krążowników: „Gorizia”, „Fiume”, „Zara”, „Trento”, „Trieste” i „Bolzano”.

Zapowiadał się piękny wieczór. Księżyc świecił jasno, roztaczając magiczną poświatę nad tarenckim portem. Tutejsi artylerzyści, obsługa portowa, załogi na rozmieszczonych jednostkach nie spodziewali się, iż krótko po zapadnięciu zmroku przyjdzie im zobaczyć festiwal świateł i barw za przyczyną brytyjskiego nalotu. Chyba nikt nie spodziewał się, iż może się to przydarzyć właśnie tutaj, w miejscu, które idealnie przygotowano do odparcia niespodziewanego ataku. Tymczasem o 20.30 kmdr ppor. Keneth Williamson dał sygnał do rozpoczęcia operacji „Judgement”. Wiódł ze sobą pierwszą grupę z 12 samolotami. Godzinę później poderwała się grupa druga dowodzona przez kmdr ppor. Johna Hale’a, który miał pod rozkazem 9 maszyn. O ile w przypadku pierwszej grupy start odbył się bez przeszkód, o tyle podczas startu sił Hale’a o mały włos nie doszło do tragedii. Dwa samoloty zderzyły się ze sobą, co wykluczyło jeden z nich z operacji. Drugi poderwał się do lotu, ale jego pilot szybko zrezygnował z ryzykownej misji, dopatrując się licznych uszkodzeń. Zawrócił i bezpiecznie wylądował na „Illustrious”. Nad Tarent leciało już tylko 19 maszyn, a przecież pamiętamy, że pierwotnie zakładano, iż do uderzenia przystąpi 30 jednostek. Siły pierwszego rzutu nadleciały nad włoską bazę morską od strony San Paolo. Część samolotów przeleciała między przylądkami La Scanno i Rondinella. Nalot rozpoczął się krótko po 22.30. Szybko zanotowano liczne trafienia, w tym „Littorio”, który oberwał dwiema torpedami. Pancernik został mocno uszkodzony, jednak nadal trzymał się na wodzie. Smutny los spotkał „Conte di Cavour”, który otrzymał trafienie ledwie jedną torpedą i niemal natychmiast poszedł na dno. Zestrzelony został samolot Williamsona, który jednak zdołał przeżyć wraz ze swoim kolegą por. Normannem Scarlettem. Obydwaj dostali się do włoskiej niewoli. Siły drugiego rzutu nadleciały od strony Rondinella i absolutnie zaskoczyły obronę włoską. Szybko zanotowano trzecie trafienie „Littorio”. Jedna z torped uderzyła w „Caio Duilio”, co spowodowało zatopienie okrętu. Niestety, tym razem nie obyło się już bez ofiar śmiertelnych. Zginęli por. Gerald Bayley i por. Henry Slaugher, których samolot został zestrzelony przez włoską artylerię. Mimo wszystko operacja „Judgement” mogła zostać uznana za niezwykle udaną. Powiodło się zatopienie dwóch włoskich okrętów, kilka innych zostało uszkodzonych. Wprawdzie Włosi naprawili większość zniszczeń i wyremontowali swoje okręty (nie powiodło się przywrócenie stanu poprzedniego na „Conte di Cavour”), jednak znaczna część ich jednostek została na długo wyłączona z walk przeciwko Royal Navy. Mussolini natychmiast zareagował na atak brytyjskich torpedowców, wygłaszając kwiecistą mowę, w której starał się zbagatelizować poniesione straty. Sukces Brytyjczyków był jednak niepodważalny. Churchill dał upust swojej radości, pisząc: „To jedno uderzenie zdecydowanie zmieniło bilans sił na Morzu Śródziemnym. Zdjęcia lotnicze pokazały, że zostały storpedowane 3 pancerniki, w tym Littorio, a ponadto zameldowano o trafieniu jednego krążownika. Wiele spustoszenia poczyniono również w stoczni. Połowa włoskiej floty pancernej została unieruchomiona na przynajmniej 6 miesięcy i lotnictwo morskie może się radować, że dzięki odważnemu wyczynowi udało się wykorzystać jedną z rzadkich okazji, jaka się właśnie nadarzyła”. Także opinia publiczna w Wielkiej Brytanii nie szczędziła ciepłych słów pod adresem lotników, marynarzy i dowództwa. W „Timesie” można było nawet przeczytać: „To wspaniałe zwycięstwo zmienia sytuację w wojnie morskiej – a przypuszczalnie również w zakresie politycznym – w stopniu, który trudno jest przecenić”. Nalot na Tarent był pierwszą tak sprawnie zorganizowaną operacją przeciwko Supermarinie i pokazał, że włoskie jednostki można pokonać nawet przy pomocy wątłych sił lotniczych. Royal Navy po raz kolejny święciła tryumfy, a wydatny udział w całym przedsięwzięciu miał RAF, który jeszcze kilka tygodni wcześniej bohatersko zatrzymał niemiecką Kriegsmarine w bitwie powietrznej o Wielką Brytanię.


Polecamy


Patronat


Recenzje