Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Być zwyciężonym i nie ulec, to zwycięstwo; zwyciężyć i spocząć na laurach, to klęska", Józef Piłsudski

Informacje


Wojna


Wydarzenia


Na froncie


Polska


Biografie


Polityka


Kultura i media


Współpraca






Wojna na Pacyfiku

Często zastanawiamy się, gdzie tak naprawdę zaczęła się II wojna światowa. Bezwiednie wskazujemy, iż swój początek wzięła ona w Polsce we wrześniu 1939 roku, co na pierwszy rzut oka wydaje się jak najbardziej słusznym podejściem. Nie jest to jednak pełna prawda, bowiem geneza konfliktu wyprowadzona zostać może z wydarzeń znacznie wcześniejszych, które miały miejsce jeszcze w latach trzydziestych na Dalekim Wschodzie, gdzie potężne mocarstwo powoli rozpoczynało swoją ekspansję. Po zakończeniu I wojny światowej Japonia, bo o niej mowa, rozwijała się w szybkim tempie. Nic zatem dziwnego, iż stratedzy kraju kwitnącej wiśni przemyśliwali nad rozprzestrzenieniem hegemonii japońskiej. Polityka mocarstwowa Japonii przyczyniła się w dużej mierze do wybuchu wojny na Pacyfiku, choć do tej było jeszcze przeszło dwadzieścia lat. Nie zmienia to faktu, iż w całym tym okresie rozdzielającym oba światowe konflikty Ocean Spokojny był rejonem niezwykle ważnym ze strategicznego punktu widzenia. Dość istotne zmiany na tym obszarze poczynione zostały w związku z zakończeniem I wojny światowej, która pozostawiła niezatarte piętno w psychice ludzkości oraz polityce, nawet najdalszych rejonów świata. Po 1918 roku Japonia otrzymała Karoliny, Mariany i Wyspy Marshalla, które potęgowały jej dominację w pacyficznym basenie. Największą jednak część terytoriów rejonu Oceanu Spokojnego trzymała w swych rękach Wielka Brytania, niejako przeciwwaga dla rosnącej potęgi japońskiej. Kolonie utrzymali również Francuzi i Holendrzy, choć ci w nieco mniejszym stopniu decydowali o losach Pacyfiku. Nie można jednak bagatelizować ich roli, bowiem w przyszłości wszystkie wymienione państwa staną się zaciekłymi przeciwnikami Japończyków. Jak zatem widzimy, obszar Oceanu Spokojnego został podzielony i tylko kwestią czasu wydawały się być głosy domagające się zmiany status quo w tym rejonie, także w kontynentalnej części Azji. Dla Japończyków niedostatek kolonii pacyficznych powodował poważne braki gospodarcze wobec kiepskiego wyposażenia wysp macierzystych w arcyważne dla imperium surowce. Te umożliwiłyby Japończykom lepsze przygotowanie do przyszłych konfliktów i znacznie ułatwiłyby misję formowania japońskiego imperializmu obejmującego zasięgiem basen Oceanu Spokojnego. Matka natura ubogo wyposażyła Honsiu, Kiusiu, Sikoku i Hokkaido, co zmuszało Japończyków do szukania rozwiązań alternatywnych, wśród których na plan pierwszy wysuwały się podboje militarne. Inne państwa, także ościenne, miały pod dostatkiem dóbr naturalnych i wystarczyło tylko sięgnąć, aby zdobyć to, co potrzebne było wojsku, gospodarce oraz innym gałęziom japońskiej państwowości. Tak zrodził się plan wielkiego podboju. Podboju, który zapoczątkował serię zmagań w ciągu najbliższych kilkunastu lat. Podboju, który dał początek jednej z najkrwawszych wojen w dziejach ludzkości.

Od początku XX wieku szczególnym obiektem zainteresowań japońskich była Mandżuria oraz sąsiadujące z nią od południa Chiny. Ta część Azji, z racji bliskiego położenia, absorbowała uwagę strategów i polityków japońskich, którzy z czasem zauważyli, iż rejony te można wykorzystać jako ekonomiczne zaplecze aktywnie rozwijającej się gospodarki japońskiej. Pod koniec lat dwudziestych aż 73% obcych wkładów w Chinach stanowiły inwestycje sąsiada zza Morza Japońskiego. Kapitał japoński miał kolosalne znaczenie dla Chińczyków i determinował przyszłe sukcesy militarne. W Mandżurii prowadzono aktywny eksport, dzięki czemu biedna prowincja chińska stała się największym rynkiem zbytu dla japońskich produktów. Eksperci japońscy doceniali nie tylko walory gospodarcze Mandżurii, skupiali się również na jej korzyściach natury strategicznej, co ściśle wiązało się z militariami. Złoża żelaza szacowano tutaj na 1200 mln ton, węgla na 2500 mln ton. Te zawrotne liczby stały się przysłowiową kroplą przepełniającą czarę. W 1927 roku gen. Guichi Tanaka opracował plan ekspansji terytorialnej, który przedstawiał Japonię po zakończeniu akcji jako ogromne, wielonarodowe państwo. Pierwszym celem miały być Chiny. Imperium Chińskie było w fatalnym stanie. Armia chińska nie przedstawiała wielkiej wartości bojowej, z kolei samo państwo targane było konfliktami wewnętrznymi. Na podstawie porozumienia z 1903 roku Japonia miała prawo do utrzymywania stałych sił armii kwantuńskiej w Mandżurii, których zadaniem była ochrona kolei biegnącej w pobliżu stolicy prowincji, Mukdenu. To stawiało stronę japońską w uprzywilejowanej sytuacji - wobec rozkładu ewentualnego przeciwnika i coraz liczebniejszej armii kwantuńskiej, która w 1931 roku miała 10400 żołnierzy, kraj wschodzącego słońca mógł coraz realniej myśleć o agresji. 18 września 1931 roku, prowokując zajścia z żołnierzami chińskimi, Japonia rozpoczęła uderzenie. Powodem, jak tłumaczono, była eksplozja chińskich ładunków, którą oczywiście sfingowano. Już w ciągu pierwszego dnia działań padły ważne punktu oporu z Mukden, Czangczun, Andong oraz Ington na czele. Problemem, z którym borykał się japoński rząd, była reakcja Ligi Narodów i jej stosunek względem napaści na Chiny. 19 września zarówno przedstawiciele Chin, jak i Japonii tłumaczyli się gęsto z zaistniałej sytuacji. 21 września Chińczycy wnieśli oficjalną skargę, wiedząc już, iż polubowne załatwienie konfliktu nie wchodzi w grę za sprawą nieprzejednanego stanowiska adwersarza. Tego samego dnia siły agresora w Mandżurii zostały wzmocnione do 14000 żołnierzy. Minęły kolejne dwa dni, kiedy rząd japoński odpowiedział Lidze Narodów na postawione zarzuty, zobowiązując się wstępnie do wycofania wojsk z zajętego terytorium. Mimo wyraźnej zapowiedzi przedstawiciela Japonii, działania wojenne trwały nadal. 8 października lotnictwo japońskie zbombardowało Iinzhow. Kolejne rezolucje Ligi Narodów nie robiły wrażenia na Japończykach, którzy 3 stycznia opanowali Mandżukuo, a 5 stycznia Herbin. 9 marca 1932 roku Japończycy zdecydowali się na proklamowanie marionetkowego państewka Mandżukuo, na którego czele postawiono cesarza Pu Yi, który był de facto ostatnim przedstawicielem dynastii Cing. Dzięki łatwemu zwycięstwu apetyty Japończyków wzrosły. Ich celem stał się teraz Szanghaj, największe miasto Chin, do tego potężny port. Jeszcze 23 stycznia 1932 roku japońskie okręty wzmocniły garnizon szanghajski pod pretekstem obrony ludności cywilnej, obywateli pochodzenia japońskiego. Siły chińskie broniące tego rejonu stanowiła przede wszystkim 19. Armia, która szybko starła się z nadciągającymi siłami wroga. 7 lutego przybyły jednak kolejne posiłki wzmacniające pozycję Japończyków. One też umożliwiły im prowadzenie dalszej ofensywy. W sumie wojska agresora stanowiło 3,5 dywizji oraz 80 samolotów. Na siły morskie składało się kilkadziesiąt okrętów różnego typu. Opór, jaki spotkał Japończyków w Szanghaju, uniemożliwił im szybkie zdobycie miasta. Co było nieco zaskakujące, chińska metropolia broniła się z niezwykłą zaciętością. Zdecydowana postawa USA i Wielkiej Brytanii także miała znaczenie i wkrótce spowodowała przerwanie działań. 5 maja 1932 roku podpisano pokój, jednak to nie rozejm był celem strategów japońskich. Wojskowi opracowywali dalszą część planu, który miał zapewnić im kolejne zdobycze terytorialne. Targane wewnętrznymi konfliktami Chiny były łakomym kaskiem dla rozochoconych Japończyków. Latem 1932 roku Japończycy rozpoczęli kolejną ofensywę w kierunku prowincji Czahar. Zdecydowany opór Chińczyków sprawił, iż nie udało się terenów tych opanować. Nie był to koniec porażek japońskich, te przyszły bowiem także na froncie politycznym. Dyplomacja nie zdołała podtrzymać słabnącej więzi z Ligą Narodów. Dzięki specjalnemu sprawozdaniu wysłannika organizacji, Littona, Japonia została wykluczona z jej szeregów w dniu 24 grudnia. Teraz planowano zmasowane uderzenie, bowiem kraj kwitnącej wiśni nie musiał się już przejmować pozorami międzynarodowej współpracy. W styczniu opanowano miasto Dżehol, w miesiąc później padły prowincje Czahar i Dżehol. Niemal w tym samym czasie na terytorium chińskim wybuchła niebezpieczna dla państwa rewolucja. Przeciw rządowi Czang Kaj-szeka wystąpiły oddziały Chińskiej Armii Czerwonej. Konflikt ten, sprokurowany przez żądnych władz i zmian komunistów, najbardziej odpowiadał Japończykom, bowiem ich przeciwnik teraz musiał walczyć na dwa fronty i nie mógł dostatecznie skupić się na przeciwdziałaniu agresji sąsiada. W kwietniu 1933 roku kolejny etap działań przyniósł rozstrzygnięcia w prowincji Hopej zajętej przez wojska japońskie. W tym czasie obie strony zdecydowały się wreszcie na chwilowe zawieszenie broni, co Japonii dawało moment odpoczynku na drodze do pełnego podporządkowania Azji, a Czang Kaj-szekowi możliwość zwalczenia wewnętrznej antyrządowej rewolty. Jego sytuację skomplikował fakt kolejnych porażek sił Kuomintangu, w wyniku czego on sam dostał się do więzienia. Dopiero wtedy udało się wypracować porozumienie między Chińczykami i zawrzeć sojusz, którego ostrze wymierzone było w agresora japońskiego.

Mijały kolejne miesiące, a front japońsko-chiński w zasadzie pozostawał martwy. W tym czasie obie strony szykowały się do decydującego starcia, które wkrótce miało nadejść. W praktyce dopiero w drugiej połowie lat trzydziestych stało się to, co miało zadecydować o losach Azji. Lipiec 1937 roku nie był szczęśliwy dla odbudowującego się państwa chińskiego. Japończycy znacznie wzmocnili swoje siły, co umożliwiło im przejście do kolejnej fazy działań. Tym razem ich celem była środkowa część Imperium Chińskiego. Po podporządkowaniu sobie północnej i wschodniej części Chin wojska kraju kwitnącej wiśni osiągnęły gotowość do dalszych podbojów. 250 000 żołnierzy wspomaganych przez 439 wozów bojowych i 500 samolotów miało przetoczyć się przez centralną część Azji. Prowokowane starcia co i rusz dostarczały kolejnych pretekstów do nowej agresji, choć przecież wciąż obowiązywało zawieszenie broni. 27 lipca Japończycy podeszli pod Pekin. W dwa dni później zaatakowali Tiencin. 11 listopada padł Szanghaj, szturmowany od 13 sierpnia. Zdobycie miasta obie strony przypłaciły ogromnymi stratami. Wojska agresora pozostawiły na placu boju aż 50 000 żołnierzy. W tym samym czasie Chińczycy i Sowieci zawarli pakt o nieagresji z 21 sierpnia 1937 roku, który nie tylko zabezpieczał część północnej granicy Imperium, ale i zapewniał dopływ pożyczek finansowych od Związku Radzieckiego oraz sprzętu wojskowego pochodzącego z Armii Czerwonej. Sowietów mocno niepokoiła nagła ekspansja Japończyków, z którymi walczyli o hegemonię w tej części świata. Wspomagając Chińczyków mogli się przyczynić do klęski wojsk agresora. Mimo pomocy radzieckiej Chiny nadal nie były w stanie odeprzeć naporu Japończyków. Sporadyczne kontrataki nie przynosiły wymiernych korzyści (wyjątkiem w tym względzie była akcja gen. Li Piao, który zastawił pułapkę na japońską brygadę zmotoryzowaną, co zakończyło się rozbiciem jednostki i uzyskaniem sporej ilości sprzętu). Juz 4 grudnia 1937 roku rozpoczął się szturm Nankinu - stolicy kuomintangowskich Chin. W ciągu dziesięciu dni obrona miasta została przerwana, a japońscy żołnierze tryumfalnie wkroczyli do Nankinu. Dowództwo zezwoliło im na rabunek mienia chińskiego. W byłej stolicy rozpętało się piekło. Wkroczenie Japończyków doprowadziło do śmierci blisko 200 000 obywateli chińskich, których bezlitośnie mordowano. W 1938 roku walki toczyły się głównie w środkowej części Chin, gdzie Japończycy postanowili rozprawić się z chińską 4. Armią. Mimo miażdżącej przewagi agresora, wojna trwała nadal. Szczególną rolę odgrywała teraz partyzantka chińska, której działania znacznie utrudniały walki Japończykom. W czerwcu 1939 roku powstał projapoński rząd, którego szefem został Wang Czing-wej, były premier w Nankinie. Teraz powracał do swojej siedziby, choć na zgoła odmiennej pozycji. Wang Czing-wej słusznie podejrzewał, iż utworzenie władz chińskich spowoduje masową dezercję z wojsk Kuomintangu. Osłabienie sił Czang Kaj-szeka nie zmniejszało jednak waleczności Chińczyków, którzy nadal opierali się japońskiej nawałnicy, mimo niesprzyajającej sytuacji.

W 1939 roku front Japończyków jeszcze się poszerzył, lecz tym razem nie za sprawą podbijanych stopniowo Chin. Plany ekspansji terytorialnej dotyczyły również Mongolii i wschodniej części Syberii. To było jawnym atakiem na strefy wpływów sowieckich, czego Moskwa nie mogła zbyć milczeniem. Sytuacja zresztą dojrzała na tyle, iż utrzymanie względnie stabilnej pozycji Związku Radzieckiego w tej części Azji wymagało zaangażowania do walk żołnierzy Armii Czerwonej, choć ta borykała się ze sporymi problemami kadrowymi. Aby rozpocząć działania wojenne przeciwko nowym terytoriom, strona japońska po raz kolejny doszukała się odpowiedniego pretekstu. Tym razem chodziło o granicę Mongolii i Mandżurii, gdzie rzekomo dochodziło do nieustannych napięć i konfliktów. Tak naprawdę były one inspirowane przez Tokio. 11 maja 1939 roku Japończycy rozpoczęli działania zaczepne, na co mongolskie wojska odpowiedziały zaatakowaniem placówek nieprzyjaciela. Poparcia sojusznikowi udzieliła Armia Czerwona, która miała wkrótce stawić czoła Japończykom w bezpośrednim starciu. 11 maja rozpoczęła się bitwa na wschodnim brzegu rzeki Chałchyn-Goł. Starcia w tym rejonie przeciągnęły się nawet do września, jednak nie zmienia to faktu, iż bitwa zakończyła się spektakularną porażką wojsk japońskich. Klęskę zadał im marsz. Gieorgij Żukow, który miał się jeszcze odznaczyć na polu sowieckiej wojskowości. Mimo trzykrotnej przewagi liczebnej (38 000 ludzi przeciw 12 000, 225 samolotów przeciw 82 i 145 czołgów przeciw 186) wojska japońskie, fatalnie zresztą dowodzone, nie były w stanie uporać się z wrogiem. W dniach 3-5 lipca nagły kontratak armii radzieckiej odrzucił Japończyków na wschód. Kolejne uderzenie Żukowa rozstrzygnęło bitwę i zagadnienia japońskiej polityki w stosunku do północnych terenów azjatyckich. Tokio musiało natychmiast zweryfikować założenia swoich ambitnych planów i decydować się na rajd na południe, gdzie szanse na sukces były zdecydowanie większe.

1 września 1939 roku Niemcy zaatakowały Polskę, dając tym samym początek II wojnie światowej. Uwikłane w konflikt państwa europejskie musiały zająć się własnym podwórkiem, zostawiając Japończykom wolną rękę w działaniach na Pacyfiku. Sytuacja, jaka wywiązała się na świecie, była idealna dla japońskich planów kolejnych podbojów. Teraz przeciwnikiem byłyby potęgi Zachodu, które musiały uporać się z problemem niemieckim i dopiero w dalszej kolejności bronić swoich pacyficznych posiadłości. W Birmie, na Malajach panowali Brytyjczycy, w Indonezji gościli Holendrzy i wreszcie w Kambodży, Laosie i Wietnamie Francuzi. Każda z tych nacji mogła zostać w każdej chwili zaatakowana przez wojska Wehrmachtu. Zupełnie inaczej przedstawiał się problem Stanów Zjednoczonych, którym nie groziła ofensywa wrogiej armii. USA były również najmocniej zainteresowane obszarem Pacyfiku, a to ze względu na swoje położenie i cele strategiczne. Było to jednocześnie państwo, którego udział w konflikcie i opowiedzenie się po którejkolwiek ze stron mogło przechylić szalę zwycięstwa i rozstrzygnąć w momencie niepewnej równowagi. Tyle tylko, że obywatele Stanów Zjednoczonych nie chcieli iść na wojnę i angażować się w sprawę, która była im obca. Izolacjonistyczne poglądy wyznawała większa część społeczeństwa, z rządzącymi na czele, dlatego też polityka Stanów Zjednoczonych, tradycyjnie powiązanych sojuszem z Wielką Brytanią, była póki co neutralna. Z zainteresowaniem obserwowano rozwój wydarzeń, ale nie powzięto zdecydowanych przygotowań do ewentualnego angażowania się w konflikt. Tymczasem 22 czerwca 1940 roku Francja podpisała kapitulację, kończąc tym samym okres zmagań na kontynencie europejskim. Wykorzystując sprzyjającą sytuację, Japończycy wysunęli żądania pod adresem Francuzów, domagając się wstrzymania pomocy udzielanej Chińczykom. Póki co wymagania stawiane Francji nie były wygórowane, czego dowodem był dokument z 20 września 1940 roku. Obustronne porozumienie gwarantowało Japonii rolę dominującą na Dalekim Wschodzie, przyznając, iż jest to państwo najsilniejsze w tym rejonie. Strona francuska miała otrzymać chwilowo załagodzenie zbliżającego się konfliktu. Tyle że Japończycy nie mieli zamiaru rezygnować z łatwego łupu i już w trzy dni później gen. Nishihara zaczął naciskać na gubernatora Indochin, oczekując nowych ustępstw. Oddanie Japończykom kilku baz morskich umożliwiłoby im aktywniejsze prowadzenie wojny przeciwko Chinom. Jakby tego było mało, 27 września był niejako przełomowym dniem dla stosunków francusko-japońskich. W Berlinie Joachim von Ribbentrop, Galeazzo Ciano i Saburo Kurusu podpisali Pakt Trójstronny pomiędzy Niemcami, Włochami i Japonią. Dzięki układowi trzy państwa zostały połączone silnym sojuszem, który nazywać będziemy Osią Berlin-Rzym-Tokio (Państwa Osi). Co nas najbardziej powinno interesować, to fakt oddania pod kuratelę japońską obszaru Pacyfiku, który stać się miał terytorium podległym imperializmowi kraju wschodzącego słońca.

Świt nowego sojuszu obliczony był na stworzenie mocnego przymierza wymierzonego w państwa sprzyjające interesom aliantów. W zasadzie ostatnim bastionem koalicji antyhitlerowskiej była Wielka Brytania, choć i ona chyliła się ku upadkowi. Zasadniczo siłami europejskimi Japończycy nie mieli zamiaru zawracać sobie głowy. Nie obawiali się również Związku Radzieckiego, który przestrzegał postanowień pokoju z września 1939 roku i dopiero w sierpniu 1945 roku zdecydował się na akcję przeciwko nieprzyjacielowi. Najważniejszą kwestią było zatem unormowanie stosunków z Amerykanami. 8 marca 1941 roku rozpoczęto w Waszyngtonie obustronne negocjacje, które w praktyce sprowadzały się do przedstawiania alternatywnych rozwiązań i wymiany not między sekretarzem stanu Cordellem Hullem i ambasadorem japońskim w Stanach Zjednoczonych, Kichisaburą Nomurą. Nawet w chwili ataku na Pearl Harbor, 7 grudnia tego samego roku, Amerykanie odczytywali kolejną z japońskich not. Pertraktacje przebiegały pod dyktando Japonii, choć żadnej ze stron nie udało się wypracować kompromisu. Kraj kwitnącej wiśni szukał bowiem prostej drogi do rozpętania światowego konfliktu, starając się ustawić w jak najlepszej pozycji wyjściowej i dostrzegając, iż możliwe jest uzyskanie przewagi nad najgroźniejszym rywalem do panowania w tej części świata. Idealnym wyjściem wydawał się być atak z zaskoczenia, tym bardziej że amerykańskie podejście do II wojny światowej przechodziło ewolucję. Dowodem jest chociażby zacieśnianie więzów z koalicją aliancką i ustanowienie systemu Lend Lease Act, który gwarantował pomoc wojskową dla państw, których działania były zbieżne z polityką USA. Prezydent Franklin Delano Roosevelt starał się zmienić poglądy rodaków, sondując, na ile może sobie pozwolić w kwestii angażowania się w wojnę. Na razie jednak nie było mowy o jakiejś radykalnej metamorfozie izolacjonistycznych zapędów większości Amerykanów. Po drugiej stronie Pacyfiku trwały tymczasem przygotowania do nadchodzącej wojny, niebezpieczeństwo dla Stanów Zjednoczonych miało nadejść z zachodu.

W 1905 roku cesarska marynarka rozbiła flotę rosyjską w bitwie pod Cuszimą. Doświadczenia minionych lat, z jakich wciąż korzystali Japończycy, musiały zostać zweryfikowane, jeśli chcieli oni odpowiednio przygotować się do nowego konfliktu. Ich przekonania zmieniły się w dość przypadkowy sposób. W nocy z 11 na 12 listopada 1940 roku 21 samolotów, które startowały z lotniskowca "Illustrious" zatopiło trzy włoskie pancerniki w tarenckim porcie. Admirał Isoroku Yamamoto z dużym zaskoczeniem przyjmował raport w tej kwestii, dostrzegając, iż być może rozwiąże on jego problemy. Podporucznik Minoru Genda meldował z Londynu, iż głębokość basenów portowych w zaatakowanym porcie nie przekraczała 13 metrów. To teoretycznie powinno wykluczyć udany manewr brytyjskich torped, które w płytkim basenie jednak dosięgły celu. W jaki sposób? Na to pytanie Japończycy poznali prostą odpowiedź, która powiązana była z brytyjskimi rozwiązaniami - ich przeciwnicy wykorzystali bowiem sprytne, choć nieco archaiczne, urządzenie. Torpedy zostały wyposażone w drewniane stabilizatory, który uniemożliwiały większe zanurzenie pocisków. To z kolei dawało szansę, iż także japońskie torpedy mogą sięgnąć celu, gdy zostaną użyte przeciwko Amerykanom w miejscu niesprzyjającym konwencjonalnemu atakowi. Takim z pewnością było Pearl Harbor, które od początku przymierzano jako bazę, która w pierwszej kolejności powinna zostać zaatakowana. Jak pisze Zbigniew Krala: "Admirała Isoroku Yamamoto [...] oraz przedstawiciele tokijskiego Ministerstwa Wojny reprezentowali pogląd, iż izolowanie obszaru Pacyfiku wzdłuż wybrzeża morskiego Chin, przez Półwysep Malajski, wyspy Indii Holenderskich, Australię i Nową Zelandię na zachodzie i południu oraz przez łańcuch umocnień obronnych od Wysp Kurylskich do Wysp Marshalla na środkowym Pacyfiku, uniemożliwi Brytyjczykom i Amerykanom jakąkolwiek próbę wtargnięcia na Ocean Spokojny przez okres około dwóch lat". Oczywiście, te optymistyczne założenia powiązane były ze skutecznością pierwszych uderzeń, których podjąć się mieli Japończycy pod dowództwem Yamamoto. W rozmowie z księciem Konoye przewidywał on pasmo zwycięstw przynajmniej w pierwszych sześciu miesiącach wojny. Dopiero z czasem przewaga japońska mogła zmaleć, co Yamamoto wiązał z rozwinięciem amerykańskiego przemysłu wojennego i przestawieniem go na obroty czasu konfliktu. Ten niezwykle zdolny oficer miał wiele racji w swoich twierdzeniach i często potrafił jako jeden z nielicznych Japończyków reprezentować stanowisko realistyczne, pozbawione cech beznadziejnego uporu i samobójczej walki. Zagarnięcie obszarów obfitujących w surowce i korzystnie ulokowanych ze strategicznego punktu widzenia było pierwszym krokiem na drodze do zrealizowania niezwykłego planu agresji przeciwko Stanom Zjednoczonym. Japończycy bardzo poważnie zajęli się opracowywaniem planu ataku, bowiem od niego mogły zależeć losy całej wojny. W przypadku walk z Chińczykami akcje miały często charakter improwizowany i chaotyczny, teraz o złym rozplanowaniu nie mogło być mowy. Każdy sukces zwiastował końcowe zwycięstwo, każda pomyłka mogła być przyczynkiem do klęski. Wstępnie obrano za cel bazę morską w Pearl Harbor, gdzie zgromadzona została słynna Flota Pacyfiku. Tymczasem w połowie 1941 roku na Hawajach panował nastrój beztroski spowodowany lekceważeniem, które w stosunku do Japończyków wyrażali Amerykanie. Nie obawiali się ewentualnego natarcia, a to zwiastowało coraz większe zaangażowanie w szeregach japońskiego dowództwa. Jak wspomina admirał Fukudome, już pod koniec kwietnia 1941 roku admirał Takijuro Onishi ukończył prace nad ogólnym planem ataku na Pearl Harbor. Wywiad japoński ustalił szczegóły dotyczące obrony bazy na Hawajach, raportując m.in. o sposobie cumowania okrętów. 13 września zakończono prace nad planem, a 5 października na pokładzie lotniskowca "Akagi" odbyła się odprawa pilotów. 7 listopada wiceadmirał Chuichi Nagumo został mianowany dowódcą Zespołu Uderzeniowego, w skład którego wchodziło sześć lotniskowców. Atak wspomagały okręty wiceadm. Gunichi Mikawy oraz eskadra niszczycieli. Od 10 listopada w stronę Hawajów wyruszały okręty podwodne wiceadmirała Shimizu, które podzielono na cztery grupy. W dniach 10-18 listopada wielka japońska flota ruszyła przez Pacyfik, aby uderzyć na Pearl Harbor. Do 22 listopada wszystkie jednostki miały przybyć na Wyspy Kurylskie i stamtąd rozpocząć uderzenie. 2 grudnia wiceadmirał Nagumo otrzymał depeszę, na której widniały słowa: "Niitaka yama nobore", które oznaczały rozpoczęcie operacji przewidzianej na 7 grudnia czasu amerykańskiego. 6 grudnia (czasu tokijskiego) Nagumo otrzymał wiadomość od wywiadu na Hawajach. Meldowano o obecności siedmiu pancerników i siedmiu krążowników w bazie. Nie wspominano jednak o najważniejszych w akcji lotniskowcach.

Tymczasem na wyspie Oahu (leży na niej Pearl Harbor) był weekend. Sobotni wieczór nie zwiastował niczego szczególnego. Admirał Kimmel i gen. Short uważali, iż doskonale wypełnili rozkazy dowództwa, przygotowując bazę do niespodziewanego ataku. 7 grudnia wstał kolejny słoneczny dzień. Niedzielny poranek niczym się nie wyróżniał, jednak już wkrótce miał przejść do historii. O 6.15 z lotniskowców japońskich wystartowała pierwsza fala 183 samolotów, które obrały kurs na hawajską bazę. O godz. 7.40 piloci ujrzeli wybrzeże Oahu, które było ich celem. Zanim pierwsze bomby zdążyły spaść na Pearl Harbor Fuchida zameldował: "Tora, tora, tora", co było kodem uzyskania zaskoczenia, zgodnie z założeniami planu. O 7.55 rozpoczął się atak. Mimo iż obserwujący przestrzeń powietrzną Amerykanie dostrzegli samoloty, nie rozpoznali w nich maszyn wroga. Dopiero o 7.58 kontradm. Bellinger zameldował do Stanów Zjednoczonych: "Nalot na Pearl Harbor - to nie są ćwiczenia". Komunikat ten był niejako przygrywką do piekła, które rozpętało się w bazie. Nieprzygotowani do walki Amerykanie nie potrafili stawić Japończykom czoła. Na lotniskach stały bezczynnie samoloty - w sumie z 202 samolotów marynarki wojennej aż 1500 zostało zniszczonych. Zaledwie 38 maszyn poderwało się w powietrze, aby podjąć nierówną walkę. Największe jednak straty poniesiono w ludziach. Zginęło 2343 żołnierzy, 1272 było rannych i 960 zaginionych. Marynarka wojenna poniosła druzgocącą klęskę, tracąc 5 pancerników zatopionych, 3 pancerniki uszkodzone, 2 niszczyciele, trzy krążowniki oraz stawiacz min. Dramat rozegrał się na pokładzie pancernika "Arizona", który został trafiony przez maszynę japońską w magazyn z prochem na dziobie okrętu. Wydawać by się mogło, że straty te były ogromne. Tak naprawdę Japończykom udało się zniszczyć jedynie "Arizonę". Pozostałe jednostki w większości zostały wyremontowane i ponownie użyte w walkach. Mimo wielkiego zwycięstwa moralnego, kraj kwitnącej wiśni nie osiągnął spodziewanego tryumfu militarnego. Dzień później prezydent Roosevelt oficjalnie wypowiedział wojnę Japonii. Do walki włączało się teraz mocarstwo, które mogło rozstrzygnąć losy wojny. Co więcej, Japonia znalazła się w stanie wojny z Wielką Brytanią, Australią, Kanadą, Związkiem Południowej Afryki i Nową Zelandią. 11 grudnia podobny stan zaistniał pomiędzy Włochami i Niemcami a USA.

Na Pearl Harbor wysłano w sumie 353 samoloty, do lotniskowców wróciły 324 maszyny. Niestety, Japończycy nie zdecydowali się na wypuszczenie trzeciej fali samolotów, choć ta miała spore szanse, aby dobić krwawiącego wroga i na dobre rozprawić się z Flotą Pacyfiku. Błąd taktyczny był przyczyną tylko częściowego powodzenia całej akcji. Drugim minusem operacji przeciwko amerykańskiej bazie było niezaatakowanie lotniskowców wroga. Te w kilka tygodni wcześniej zostały przetransportowane i 7 grudnia nie znajdowały się w Pearl Harbor. Główny cel misji nie został zatem zrealizowany, choć niektórzy piloci meldowali później o zniszczeniu największych jednostek pływających US Navy. Odwrót japońskiej floty przebiegał spokojnie, okręty wracały po zwycięstwie w ustalonym wcześniej szyku i bez większych komplikacji. Yamamoto był jednak niezadowolony, nie uznając ogólnonarodowego entuzjazmu. Wiedział, iż Flota Pacyfiku jest w stanie podźwignąć się po klęsce, choć proces ten musiał zająć trochę czasu. Teraz Japończycy musieli stawić czoła potędze, jaką z pewnością były Stany Zjednoczone. Oczywiście, to także było kwestią przyszłości, ale Yamamoto wiedział, iż będzie niezwykle trudno pobić przeciwnika, gdy zgromadzi on główne siły. Na razie realizował plan ofensywy na Pacyfiku. Wracając spod Pearl Harbor wiceadm. Nagumo wydzielił dwa lotniskowce, których zadaniem było zaatakowanie amerykańskiej bazy na Wake. Znajdowało się tam około 500 żołnierzy i 1200 pracowników cywilnych. Tuż po ataku na Hawaje major Devereux, dowódca obrony Wake, otrzymał zawiadomienie i ostrzeżenie o możliwości natarcia nieprzyjaciela w najbliższym czasie. Dowódca natychmiast wydał odpowiednie rozkazy - zajęto miejsca przy bateriach i samolotach. Chwilę później nadleciała chmara japońskich bombowców. Niestety, z 12 Wildcatów, jakie znajdowały się w bazie, z miejsca stracono 7. Mimo to Amerykanie utrzymywali się na wyspie, ostrzeliwując zaciekle nadlatujące maszyny wroga. Dwa dni później koło Wake pojawiły się jednostki Czwartej Floty wiceadm. Inouye. Pierwszy desant Japończyków został odparty. Dwie baterie ostrzeliwały okręty nieprzyjaciela z zadziwiającą skutecznością. Jeszcze dziwniejszy był atak czterech ocalałych Wildcatów, którym przez przypadek udało się posłać na dno niszczyciel "Kisaragi". Dowódca Floty Pacyfiku, adm. Kimmel, postanowił posłać wsparcie na Wake. Zorganizowane zatem grupę okrętów, których trzon stanowił lotniskowiec "Saratoga". Wcześniej jednak na Wake powrócili Japończycy, którzy 21 grudnia wreszcie desantowali bez większych problemów. 23 grudnia 470 żołnierzy i 1100 cywilów poszło do niewoli. Straty wyniosły 120 ludzi. Mniej bohaterski był los wyspy Guam. Wielokrotnie większa od Wake nie posiadała jednak wyposażenia wojennego. Już 10 grudnia Japończycy dokonali udanego desantu, przełamując szybko słaby opór obrońców. Największa wyspa Marianów znalazła się w rękach wroga.

Ogromne znaczenie gospodarcze i militarne miał również archipelag Filipin, który stał się jednym z pierwszych celów, jakie wybrali sobie Japończycy. Prawie jednocześnie z atakiem na Hawaje kraj wschodzącego słońca uderzył na Filipiny. Sytuacja archipelagu była niezmiernie ciężka - strategiczne okrążenie odgrywało tu kluczową rolę. Wojska japońskie były w Indochinach, na Formozie, Marianach, Karolinach i Wyspach Marshalla, co powodowało odcięcie Filipin od pomocy z zewnątrz. 7100 wysp, 293 687 kilometrów kwadratowych powierzchni, świetne położenie strategiczne - to wszystko oferowały Filipiny zdobywcom. Jednocześnie były terenem sprzyjającym ofensywie, choć na niekorzyść obrońców przemawiały nieunormowane stosunki między poszczególnymi dowódcami oraz słabe przygotowanie do nadchodzącego konfliktu. Jak pisze Antoni Wolny ("Wojna na Pacyfiku"), od 1 września 1941 roku do 15 grudnia trwała mobilizacja siła - na początku grudnia dywizje, które formowano (10 dywizji piechoty i 6 eskadr lotniczych) miały zaledwie 2/3 stanu osobowego. W tydzień później siły te wzmocniono, tworząc Wojska Lądowe Stanów Zjednoczonych na Dalekim Wschodzie pod dowództwem gen. Douglasa MacArthura, w sile 100 tys. ludzi. To właśnie między gen. MacArthurem a adm. Thomasem Hartem, dowódcą Floty Azjatyckiej, dochodziło do ciągłych spięć. Hart pragnął przejąć zwierzchnictwo nad filipińskim lotnictwem, co wydawało się być uzasadnione wobec przymusu współpracy sił lotniczych i morskich podczas walk o archipelag. MacArthur z kolei uznawał jedynie własne dowodzenie, lekceważąc zresztą realne możliwości przeciwnika. 20 listopada Hart przerzucił większość sił nawodnych na południe archipelagu, aby ewentualnie chronić swoje okręty przed silniejszą flotą japońską. Siły powietrzne posiadały w tym czasie ponad 200 samolotów - Antoni Wolny twierdzi, iż było ich 207, Zbigniew Krala dopatruje się liczby 265 maszyn. Dowódcą sił powietrznych był gen. Lewis H. Brereton podlegający bezpośrednio MacArthurowi. Siły marynarki stanowiły głównie 3 krążowniki, 4 niszczyciele , 29 okrętów podwodnych, 10 wodnosamolotów i 32 bombowce torpedowe (być może stąd wynika rozbieżność w liczbach Krali i Wolnego, gdyż pierwszy z nich liczy zapewne lotnictwo naziemne i marynarki razem). Dodatkowo w rejonie Borneo znajdowały się 1 krążownik i 9 niszczycieli. 30 listopada filipińskie wojska odebrały ostrzeżenie o możliwości rychłego ataku japońskiego. 6 grudnia Amerykanie rozpoznali silny japoński konwój, jednak z powodu złej pogody armada zdołała umknąć. 7 grudnia (6 grudnia czasu Pearl Harbor) gen. Brereton nakazał postawienie lotnictwa w stan gotowości począwszy od dnia następnego. O 2.30 radiotelegrafista przyjął sygnał, który wprawił go w osłupienie. Do Manili dotarła bowiem wiadomość o ataku na bazę w Pearl Harbor. Nie było wątpliwości co do jej autentyczności. Pół godziny później adm. Hart napisał, aby jego flota zachowywała się adekwatnie do zaistniałej sytuacji, co oznacza, że żadnych konkretnych dyspozycji nie wydano. Gen. Brereton podszedł do sprawy nieco bardziej praktycznie i niemal od razu zaczął działać. Wezwał do siebie płk Eugene L. Eubanka, dowódcę "Latających Fortec" B-17 19. Grupy Bombowej na lotnisku Clark. O 5.00 zameldował się u gen. MacArthura, lecz nie otrzymał rozkazów. O 7.15 ponowił propozycję zaatakowania Formozy. Wcześniej rozmawiał na ten temat z gen. Suntherlandem, szefem sztabu MacArthura, jednakże nie otrzymał pozwolenia na wykonanie misji. O 8.00, po rozmowie z MacArthurem, który wciąż nie mógł zdecydować się na wyjście z kłopotliwej sytuacji, postanowił poderwać swoje maszyny, aby te nie zostały zaskoczone na ziemi. Gdy wreszcie otrzymał rozkaz bombardowania Formozy, zawrócił samoloty na lotnisko, aby pobrać niezbędne do wyprawy wyposażenie i paliwo. Na nieszczęście dla Amerykanów, o 12.15 nad Clark Field pojawiły się japońskie samoloty. 18 B-17, 56 myśliwców i prawie 30 samolotów rozpoznawczych - oto bilans strat z pierwszego nalotu japońskiego. Agresor utracił zaledwie 7 maszyn, co było stratą niewielką proporcjami do odniesionego sukcesu. Co więcej, naloty ponawiano w kolejnych kilkudziesięciu godzinach i doprowadziły one do zniszczenia lub uszkodzenia Nielson Field, Nichols Field i bazy Carite. Straty amerykańskie były poważne i niebezpiecznie szybko rosły, a ludzie byli niezbędni do odparcia desantów japońskich, które rozpoczęto równocześnie z nalotami na strategiczne cele. Zadanie zajęcia Filipin przydzielono Trzeciej Flocie wiceadm. I. Takahashi. Desantowała 14. Armia gen. Masaharu Hommy oraz częściowo siły wydzielone z Trzeciej Floty. 8 grudnia na wyspie Batan wylądowała pierwsza 490-osobowa grupa. 10 grudnia opanowano Comiguin, a następnego dnia miasto Aparii. 11 grudnia 1200 ludzi lądowało w Vigan. Tego samego dnia atakowano również Legaspi. Najważniejsza była jednak Manila, stolica i główne miasto wyspy Luzon. 21 grudnia w Zatoce Lingayen desantowały główne siły 14. Armii, które po trzech dniach ruszyły w stronę Manili. Po drugiej stronie miasta wylądowała 16. dywizja, dzięki której udało się wziąć metropolię w kleszcze. Amerykanie nie chcieli bronić się w stolicy Filipin, bowiem tamtejsze rejony nie sprzyjają prowadzeniu defensywy. Wycofywali się zatem w stronę doskonale ufortyfikowanego Półwyspu Bataan i twierdzy Corregidor. 26 grudnia MacArthur ogłosił Manilę miastem otwartym. 2 stycznia 1942 roku Japończycy tryumfalnie wkroczyli do stolicy. 20 grudnia na wyspie Mindanao wylądował kolejny desant japoński. Dzięki temu Luzon został otoczony, a ostatnią deską ratunku dla sił alianckich pozostawał wspomniany już Bataan. Od stycznia do kwietnia Amerykanie odpierali ataki nieprzyjaciela. I Korpus Filipiński gen. Wainwrighta (zastąpił MacArthura 17 marca 1942 roku) bronił lewego skrzydła defensywy, II Korpus Filipiński gen. Parkera objął prawą flankę. W sumie ok. 47 500 ludzi i 85 dział różnego typu. MacArthur domagał się od przełożonych niezbędnych posiłków, widząc fatalną sytuację strategiczną swoich wojsk. Nie doczekał się ich ani on, ani jego następca. 22 marca Japończycy zażądali poddania się obrońców. Propozycję odrzucono. 5 kwietnia ruszyła wielka ofensywa 14. Armii, nad którą dowództwo przejął gen. Yamashita. 10 kwietnia obrońcy półwyspu skapitulowali. Następnym i w zasadzie ostatnim celem Japończyków była twierdza Corregidor, gdzie 11 570 obrońców przez miesiąc stawiało zacięty opór, przetrzymując 52 naloty i ostrzeliwanie artylerii. Bohaterscy żołnierze skapitulowali dopiero 5 maja, dając społeczeństwu nadzieję na możliwość przeciwstawienia się japońskiej hegemonii na Pacyfiku. Przegrana ta poczytywana była niejako jako symbol zwycięstwa. W materiałach opracowanych przez USIS czytamy: "Obrona ich była rękojmią, że wojna ta, która zaczęła się porażką, zakończy się zwycięstwem".

Półwysep Malajski był łakomym kąskiem dla japońskiej gospodarki. Nie ma zatem niczego dziwnego w tym, iż atak na Malaje został przeprowadzony równolegle do operacji filipińskiej. Ta brytyjska kolonia była głównym dostawcą kauczuku oraz jednym z najważniejszych eksporterów cyny. Koniec półwyspu wieńczy wyspa Singapuru, która ma ogromne znaczenie militarne i ówcześnie to tam skupił się najsilniejszy opór aliancki. Na terenie Malajów leżą ważne ze strategicznego punktu widzenia linie kolejowe i drogi łączące Azję Południową i Centralną. Jak już wspominaliśmy, kluczowe znaczenie ma Singapur, brytyjska twierdza budowana w ciągu piętnastu lat. Obrońcy Malajów mieli zatem zadanie trudne, osłaniając nie tylko część kontynentalną, ale i Cieśninę Malakka oddzielającą półwysep od Sumatry. Wojskami brytyjskimi na Półwyspie Malajskim, uszczuplonymi z powodu wydarzeń na innych frontach, dowodził gen. Arthur Ernest Percival. Siły lotnicze wicemarsz. C.W.H. Pulforda nie były imponujące i wyrażały się przede wszystkim siłą 3. Korpusu Hinduskiego. Mimo poważnego zapotrzebowania, Brytyjczycy dysponowali zaledwie 128 samolotami, z których 60 stanowiły myśliwce Brewster B-339 "Buffalo". Paradoksalnie słabe lotnictwo było świetnie przygotowane na ziemi, posiadając ponad 30 dobrze przygotowanych lotnisk. Siły lądowe 3. Korpusu opiewały na liczbę 106 tys. ludzi zgrupowanych w 32 bataliony piechoty, 7 pułków artylerii polowej, 2 pułki artylerii przeciwpancernej. Niestety, Brytyjczycy nie posiadali jednostek pancernych, co w znacznym stopniu mogło przesądzić o zmaganiach na tym froncie. Plan obrony Malajów nie zakładał, iż Japończycy mogą uderzyć z zaskoczenia i sporą ilością sił. Gen. Percival podzielił swoje wojska na kilka zgrupowań. 11. hinduska dywizja piechoty broniła zachodniego wybrzeża, 9. hinduska dywizja piechoty równoległego, z kolei na południu znajdowała się 8. dywizja australijska. Singapuru broniły 1. i 2. brygada malajska (20 tys. ludzi) pod dowództwem gen. F.K. Simmonsa. Marynarka dysponowała 21 okrętami wojennymi. Dowodził nimi kontradm. E.J. Spooner. 2 grudnia do Singapuru przybyły pancernik "Prince of Wales" i ciężki krążownik "Repulse". Jak pisze Zbigniew Flisowski, pojawiły się w tym rejonie, aby siać spustoszenie, niczym "Bismarck" na Atlantyku. Malaje zdobyć miała 25. Armia gen. Yamashity, znanego nam już z Filipin, gdzie walczył w późniejszym okresie. Z. Krala pisze aż o 700 samolotach rzuconych do ataku. Samoloty te wchodziły w skład 3. Dywizji Lotniczej. 7 grudnia (6 grudnia w Pearl Harbor) silny konwój japoński wyruszył z Indochin, podbitych wcześniej. W nocy z 7 na 8 grudnia japońskie bombowce zaatakowały brytyjskie lotniska na Półwyspie Malajskim a wojska lądowe desantowały na wschodnim brzegu półwyspu. Trzy dni zajęło im pokonanie sił 9. i 11. dywizji. Ostatecznie o defensywie brytyjskiej przesądziła przegrana bitwa pod Jitra, gdzie siły japońskie przełamały linie przeciwnika i zmusiły go do odwrotu. Zajęte zostały lotniska w Kata Baharu, Singora i Patani. Szybko japońskim wojskom udało się przeciąć półwysep na dwie części, co zagroziło odcięciem 11. dywizji. Teraz wojska najeźdźcy rozpoczęły marsz na południe w stronę Singapuru. Pomniejsze desanty na tyłach broniącego się 3. korpusu ułatwiały zadanie gen. Yamashicie. Styczeń nie był udany dla Brytyjczyków, którzy ustępowali przeciwnikowi niemal w każdym miejscu. Szczególnie dotkliwa okazała się być porażka na linii rzeki Slim, co z kolei doprowadziło do przełamania całości frontu. 11 stycznia siły japońskie wkroczyły do Kuala Lumpur, stolicy Malezji. Ostatniego dnia miesiąca gen. Percival zarządził ogólny odwrót do twierdzy Singapur, gdzie spodziewał się stawić nieco bardziej wytrwały opór. Defensywa na Półwyspie Malajskim była już bowiem zaprzepaszczona, co potwierdził także gen. Archibald Wavell, nakazując zajęcie nowych pozycji. W nocy z 8 na 9 lutego 1942 roku Japończycy sforsowali cieśninę Johor dzielącą Singapur i kontynentalną część Azji. Szybkość, z jaką przemieszczali się Japończycy, była niezwykłym zaskoczeniem dla sił brytyjskich. Żołnierze Yamashity byli doświadczonymi wojakami, zaprawionymi w boju podczas kampanii chińskiej. Ich dowódca z kolei wierzył w siłę podwładnych i odmówił dodatkowego wsparcia dwóch dywizji, jakie mogło oddelegować dowództwo do natarcia przez Półwysep Malajski. Jak widzieliśmy, nie potrzebował posiłków, aby bić Brytyjczyków niemal w każdym miejscu. Jego błyskotliwa kampania doprowadziła go do wrót Singapuru, który miał zwieńczyć dzieło. Batalia o twierdzę nie miała większej historii. 11 lutego Japończycy proponowali kapitulację sił nieprzyjaciela, ale ich apel pozostał bez odzewu. Być może honorowa kapitulacja byłaby lepszym wyjściem niż to, co nastąpiło w ciągu czterech kolejnych dni w Singapurze. Fatalne warunki sanitarne pogarszały sytuację wojsk Percivala, który co i rusz depeszował do Wavella, iż nie jest w stanie długo wytrzymać. Efekt był taki, iż po południu 15 lutego postanowił skapitulować przed Yamashitą, oddając do niewoli japońskiej ponad 80 tys. żołnierzy. Straty japońskie w całej, krótkotrwałej kampanii wyniosły zaledwie 9824 ludzi, przy czym siły sprzymierzone liczyły straty opiewające na 138 708 żołnierzy, tracąc jednocześnie Malaje i potężnie ufortyfikowany Singapur. Ponad 750 kilometrów przebyły jednostki Yamashity w trakcie trzymiesięcznych walk, które jasno pokazały, iż Wielka Brytania do wojny gotowa nie jest, szczególnie, gdy ma za przeciwnika doświadczonego i bitnego żołnierza japońskiego. Jakby tego było mało, fatalnie zaprezentowały się również dwa wspominane przez nas okręty, które Royal Navy oddelegowała do straszenia Japończyków na Pacyfiku. O 20.15 10 grudnia adm. Phillips, dowódca tzw. "Zespołu Z", w którego skład wchodziły oba okręty, odebrał sygnał o lądowaniu sił nieprzyjacielskich na Półwyspie Malajskim. Dowódca postanowił zaskoczyć Japończyków i zbliżył się do floty przeciwnika. Niestety, Brytyjczycy szybko zostali wykryci i rozpoznani, tracąc element niezbędnego zaskoczenia. Japończycy niemal z miejsca przystąpili do ataku na silne zgrupowanie nieprzyjaciela. 96 samolotów szturmowych i bombowych przez dwie godziny atakowało siły "Zespołu Z". W wyniku zmasowanego nalotu oba największe okręty eskadry poszły na dno, a straty wyniosły 595 ludzi, wśród których znalazł się również nieszczęsny dowódca, adm. Phillips. "Prince of Wales" zatonął o 13.15, dostając co najmniej siedmioma torpedami. Wcześniej, bo o 12.33, na dno poszedł "Repulse", który trafiony został pięcioma torpedami. Bitwa pod Kuantanem zakończyła się spektakularną klęską, szczególnie dla adm. Phillipsa i kom. Tennanta, dowódcy "Repulse". Jego zachowanie przed bitwą było odpowiednie, podejmowane decyzje także nienaganne, jednakże wykonanie operacji zaatakowania zespołu japońskiego skończyło się totalną klapą. Udało się zestrzelić zaledwie 27 samolotów wroga i to właśnie słaba skuteczność artylerii przeciwlotniczej okazała się być kluczem do przegranej, którą z oburzeniem i zgrozą przyjęto na Wyspach. Pancernik i krążownik miały siać spustoszenie wśród Japończyków. Spustoszenie może i siały, ale wśród własnej załogi.

W początkowej fazie wojny na Pacyfiku jednym z celów Japończyków stały się Indie Holenderskie. Ten bogaty w surowce i rozległy kraj zamieszkiwało 70 mln ludzi. Japonia planowała podbój tych terytoriów pod hasłem wspólnej walki z białym najeźdźcą, który zniewolił ludy azjatyckie. W grudniu 1941 roku rozpoczęły się przygotowania do ataku. Uderzenia miały dokonać siły 16. i 25. Armii. Wojska przeciwnika były zdecydowanie uboższe. Indonezja dysponowała 35 tys. żołnierzy. Niewiele ponad 10% z nich stanowili Europejczycy. Dowódcą i autorem planu defensywy był gen. Ter van Poorten. Lotnictwo, pod dowództwem gen. van Oyena, dysponowało 242 samolotami. Niestety, maszynom tym daleko było do ideału, młodość i lata świetności miały już za sobą. Marynarka wojenna wiceadm. Conrada E.L. Helfricha nie przedstawiała się imponująco - 5 krążowników, 7 niszczycieli, 8 kutrów torpedowych, 13 stawiaczy min, 22 okręty podwodne i 44 okręty pomocnicze były zbyt wątłą siłą, aby powstrzymać japońską marynarkę wojenną. Wiceadm. Nobutake Kondo kierował ogółem operacji morskich w tym rejonie i miał do swojej dyspozycji 2 pancerniki, 15 krążowników, 3 lotniskowce i kilkadziesiąt niszczycieli. Operację zdobycia Indonezji rozpoczęto od lądowania w nocy z 10 na 11 stycznia 1942 roku na wyspie Tarakan znajdującej się we wschodniej części posiadłości holenderskich. W tym samym czasie oddziały japońskie desantowały w Menado na Celebesie. Walki trwały 11 dni, mimo sporej przewagi Japończyków. Szybko padło Tarakan, jednak wycofujący się obrońcy zdążyli zniszczyć stację pomp. Ważnym miejscem był port Balikpapan, który Japończycy zaatakowali 24 stycznia. Priorytetowym celem było utrzymanie Cieśniny Makassar pomiędzy Borneo i Celebes. Admirał Hart wiedział, gdzie zmierzają Japończycy, dlatego zdecydował się na zainicjowanie uderzenia. Wyznaczył zespół, który miał zaatakować konwój wroga. Z początkowych sześciu niszczycieli przeznaczonych do akcji dwa musiały się odłączyć z powodu usterek technicznych. Pozostałe cztery, dowodzone przez kom. Talbota, zmierzały do Balikpapan. Dym, unoszący się z podpalonych przez Holendrów szybów naftowych, zasłonił aliancką flotę, co pozwoliło na uzyskanie elementu zaskoczenia i maksymalne zbliżenie się do wroga. Wielokrotnie słabsze siły Talbota rzuciły się na okręty desantu japońskiego, niszcząc 5 transportowców i wycofując się bezpiecznie do bazy. Zwycięstwo amerykańskiej floty było pierwszą porażką japońskiej marynarki, jednak nie zmieniło znacząco sytuacji w Indiach Holenderskich. 26 stycznia padło Kendari, wkrótce Borneo i Celebes znalazły się w rękach agresora. 23 stycznia Japończycy opanowali Rabaul. 29 stycznia zajęli Bougainville na Wyspach Salomona. W nocy z 30 na 31 stycznia desant odbył się na wyspie Ambon, której garnizon uległ 20 lutego, po wielu dniach zaciętych i krwawych walk. 13 lutego zdobyty został Makasar, 20 lutego po dwudniowych walkach Bali. Tego samego dnia alianci utracili Timor, co było podsumowaniem zwycięskiej ofensywy japońskiej w tym rejonie. Nie był to jednak kres ich wspaniałych podbojów.

Ważnym ogniwem indonezyjskiego łańcucha była wyspa Jawa. 27 lutego jej los rozstrzygnął się w wielkiej bitwie na Morzu Jawajskim. Aliancka flota, którą dowodził kontradm. K. Doorman, miała w swym składzie 2 ciężkie krążowniki, 3 lekkie krążowniki, 12 niszczycieli. Armada ta przedostała się na Morze Jawajskie 4 lutego przez Cieśninę Madera, aby zaatakować flotę inwazyjną zebraną pod Balikpapan. Okręty sił sprzymierzonych wyszły z kotwicowiska w rejonie wyspy Madera dzień wcześniej. Warto wspomnieć, że kontradm. Doorman był dowódcą Zespołu Uderzeniowego flot ABDA (w dniach 22 grudnia 1941-14 stycznia 1942 roku odbyła się brytyjsko-amerykańska konferencja w Waszyngtonie, w wyniku której utworzone zostało zjednoczone dowództwo wojsk alianckich, któremu przewodził gen. Archibald Wavell; nazwano je ABDACOM, a w jego skład weszły siły amerykańskie, brytyjskie i holenderskie działające na Dalekim Wschodzie). Przeciw flocie alianckiej walczyły poważne siły morskie Japonii - 2 ciężkie krążowniki, 2 lekkie krążowniki oraz 13 niszczycieli. Siły obu stron były zatem wyrównane. Mimo to, w wyniku siedmiogodzinnej bitwy, flota kontradm. Doormana utraciła większość swoich okrętów. Zatonęły 2 lekkie krążowniki, 3 niszczyciele oraz brytyjski krążownik "Exeter", który poszedł na dno 28 lutego po ciężkim uszkodzeniu dnia poprzedniego i storpedowaniu niedaleko Surabai. 28 lutego Japończycy wylądowali na północnych brzegach Jawy. Reszta zgrupowania (już bez dowodzącego Doormana, który znajdował się na pokładzie zatopionego lekkiego krążownika "De Ruyter") niszczona była konsekwentnie i pojedynczo - w sumie z silnej floty ocalały zaledwie 4 niszczyciele. Warto wspomnieć o zbombardowaniu australijskiego Port Darwin w dniu 19 lutego. Flota adm. Nagumo praktycznie zniszczyła port. 188 samolotów pozbawiło aliantów 11 P-40 i 7 bombowców oraz 250 ludzi. Straty marynarki wojennej również były ogromne - na dno poszło 11 transportowców i 1 niszczyciel.

18 kwietnia 1942 roku był dniem chwały amerykańskiego lotnictwa. Z pokładu lotniskowca "Hornet", z pasa startowego o długości zaledwie 266 metrów, wystartowało szesnaście bombowców B-25. Zrzuciły one szesnaście ton bomb na Tokio, po czym skierowały się w stronę Chin. 64 pilotów powróciło do ojczyzny, ośmiu zostało złapanych przez Japończyków i zamordowanych. Odwet za Pearl Harbor, choć nie tak krwawy, w pełni się udał, podbudowując morale amerykańskiego społeczeństwa.

Bitwa powietrzno-morska na Morzu Koralowym jest jednym z najważniejszych wydarzeń okresu przed bitwą o Midway. Już w marcu rozpoczęły się przygotowania floty japońskiej do uderzenia na Midway, tymczasem siły wiceadm. Shigeyoshi Inouye walczyły o południową część Pacyfiku. 2 maja 1942 roku z Rabaul wypłynęło zgrupowanie pod dowództwem kontradm. Aritomo Goto, w sile 4 krążowników i lotniskowca "Shoho". Towarzyszyło im 11 transportowców, na których znajdowali się żołnierze zdążający do Port Moresby, Guadalcanal i Tulagi. Dodatkowo osłaniały ich 2 krążowniki, 3 kanonierki i 2 bazy wodnosamolotów. Kolejnym ogniwem Czwartej Floty wiceadm. S. Inouye, przeznaczone do walki z amerykańską flotą, było zgrupowanie 2 lotniskowców ("Zuikaku" i "Shokaku"), 2 krążowników, 6 niszczycieli i tankowca pod dowództwem wiceadm. Takeo Takagi. Oba lotniskowce miały po 21 myśliwców i po 21 bombowców. Dodatkowo siły te wspierała 25. flotylla powietrzna składająca się ze 152 samolotów. Wyjście floty japońskiej zostało zauważone przez Amerykanów, którzy wysłali eskadrę pod dowództwem kontradm. Fletchera na spotkanie Japończyków. W sumie 2 lotniskowce ("Yorktown" i "Lexington"), 8 krążowników, 13 niszczycieli i 11 okrętów podwodnych. Siły powietrzne obu lotniskowców miały w sumie 42 myśliwce, 74 bombowce i 25 samolotów torpedowych. Na Tulagi znajdowało się 11 samolotów typu TBD-1 "Devostator" i SBD-3 "Dauntless". 4 maja samoloty z "Yorktown" zaatakowały siły japońskie desantujące na Tulagi. 12 samolotów torpedowych i 28 bombowców trzykrotnie atakowało japońskie siły. Na dno poszły 3 trałowce, 1 niszczyciel i stawiacz min. Zbigniew Krala ocenia, iż zwycięstwo to było nieproporcjonalnie małe do ilości zużytej amunicji. Amerykanom sprzyjało szczęście - lotniskowce nie zostały wykryte, mimo iż kilka łodzi latających zbliżyło się do Floty Pacyfiku. Rozpoznanie nie było jednak skuteczne. 5 i 6 maja obie floty manewrowały i przygotowywały się do nadchodzącego starcia. Bitwa rozegrała się w dniach 7-8 maja, będąc w zasadzie zbiorem przypadków, pomyłek i błędów. Rankiem jeden z amerykańskich samolotów rozpoznawczych odkrył zgrupowanie japońskie, co skłoniło dowódców US Navy do wypuszczenia pierwszej fali samolotów. Zatopiony został lotniskowiec "Shoho". Nieprzyjaciel szybko zrewanżował się Amerykanom, posyłając na dno zbiornikowiec "Neosho" i niszczyciel "Sims". Obie strony sądziły, że zatopiły najsilniejsze okręty wroga. Nie był to koniec pomyłek. Wieczorem wiceadm. Takagi posłał swoje samoloty, aby te wykończyły Amerykanów. Grupa kpt. Takahashiego wystartowała o 16.30. Maszyny nie odnalazły jednak celów i zmuszone były do wyrzucenia ładunku bomb w morze. Gdy samoloty odnalazły lotniskowce i podchodziły do lądowania, okazało się, że są to okręty wroga. Amerykanom udało się zestrzelić 8 z 12 maszyn, które brały udział w niefortunnej akcji. Następny dzień miał być dniem rozstrzygnięć. O 9.15 zarówno z pokładów lotniskowców amerykańskich, jak i japońskich wyruszyły samoloty. Amerykanie uszkodzili lotniskowiec "Shokaku". Piloci zameldowali jednak o zatopieniu obu japońskich lotniskowców, myląc się po raz kolejny i wprowadzając w błąd dowództwo amerykańskie. Po drugiej stronie placu boju "Yorktown" wymanewrował atak Japończyków, obrywając zaledwie jedną bombą 700-funtową. Mocniej dostał "Lexington". Początkowo okręt nie był w tak ciężkim stanie, dopiero o 12.47 wybuch spowodował, że lotniskowiec zaczął płonąć. O 20.00 został zatopiony przez samych Amerykanów. Klęska Amerykanów nie dała pełnego zwycięstwa Japonii, która zmuszona była odłożyć inwazję na Port Moresby.

Wyspa Midway stała się terenem niezwykle zaciętej bitwy, która przeszła do historii pod wiele mówiącą nazwą bitwy o Midway. Wydaje się, że była ona momentem przełomowym w kampanii na Pacyfiku, zdecydowanie zmieniając układ sił. Wyspa Midway leży na środku Oceanu Spokojnego, swemu położeniu zawdzięcza też nazwę, znajdując się pomiędzy wybrzeżami japońskimi i amerykańskimi i wieńcząc łańcuch Hawajów. Plany Japończyków były proste - zajęcie Midway dawało realną szansę na rozpoczęcie ofensywy na Hawajach, co uniemożliwiłoby Amerykanom sprawne działania na Pacyfiku. Jednocześnie, niejako równolegle, celem stał się archipelag Aleutów, położony na południe od Cieśniny Beringa. Już w kwietniu 1942 roku Japończycy rozpoczęli przygotowania do obu operacji. Nie wiedzieli tylko, że 16 maja ich szczegółowe plany przechwycili Amerykanie. 25 maja wiceadm. Takagi zdał sprawozdanie z bitwy na Morzu Koralowym. W opinii dowództwa japońskiego flota Amerykanów była zdruzgotana i niezdolna do stawiania dalszego oporu. Tylko niektórzy wojskowi potrafili realnie ocenić sytuację i protestowali przeciwko zainicjowaniu nowej operacji. Ta ruszyła wobec przewagi kół nastawionych bojowo. 200 okrętów, 700 samolotów, 100 tys. ludzi. 26 maja grupy okrętów wychodziły z portu Jokosuka. Amerykańskie siły, o których Japończycy nie wiedzieli, stanowiły 2 lotniskowce ("Enterprise" i "Hornet") wiceadm. Williama Halseya. Dowódca Połączonej Floty zdecydował, że siłami morskimi w bitwie pokieruje kontradm. Raymond A. Spruance. Dodatkowo w Pearl Harbor naprawiony został "Yorktown" adm. Franka Fletchera. Na wyspie Midway znajdowało się 3000 żołnierzy i 119 samolotów gotowych do odparcia spodziewanego natarcia. Siły Uderzeniowe Nagumo miały 234 samoloty różnego typu na pokładach czterech lotniskowców ("Akagi", "Kaga", "Hiryu", "Soryu"). 28 maja grupa okrętów Spruance'a opuściła Pearl Harbor, Fletcher wyszedł w morze dwa dni później. Dowódcy kierowali zespołami TF-16 i TF-17. Warto przy okazji wspomnieć o krótkim epizodzie związanym z Aleutami. Siłom Północnym kontradm. Kakuty szybko udało się zbombardować bazę Dutch Harbor, jednak już 4 czerwca flota ta została odwołana przez Yamamoto. Powracający z nieudanej, bądź co bądź, wyprawy zajęli opuszczone wyspy Attu i Kiska, instalując na nich swoje urządzenia wojskowe, co znacznie utrudniło komunikację morską między Aleutami a resztą terytorium Stanów Zjednoczonych. Wróćmy jednak do Midway, gdzie zachodziły kluczowe dla wojny na Pacyfiku wydarzenia. 4 czerwca o 4.30 ruszyła bardzo mocna wyprawa bombowa na Midway. 108 samolotów zbombardowało wyspę - Amerykanie utracili w walkach powietrznych 17 myśliwców. Dwukrotnie próbowali kontratakować, wysyłając własne bombowce, jednak nie odniosły one sukcesu. Nagumo tymczasem wahał się, czy powinien wypuścić kolejną falę samolotów. Jak pamiętamy, w Pearl Harbor nie zdecydował się na posłanie do boju trzeciej grupy maszyn. Także Spruance i Fletcher poszukiwali usilnie japońskich lotniskowców. Adm. Spruance zdecydował się na posłanie bombowców do ataku, pozostawiając 18 Wildcatów do obrony. Atak 8. eskadry z lotniskowca "Hornet" zakończył się klęską, piloci samolotów z "Enterprise" i "Yorktown" również musieli obejść się smakiem. Sukcesem było to, że flota japońska była zmuszona do manewrowania. O 7.45 ruszyła wyprawa 37 maszyn z "Enterprise", którymi dowodził kpt. McClusky. Tym razem atak udał się w pełni. W czasie uderzenia nad Japończykami pojawiły się również maszyny z "Yorktowna". To, co stało się z japońskimi lotniskowcami, najkrócej podsumować można słowem - klęska. "Soryu", "Akagi" i "Kaga" mocno oberwały od maszyn amerykańskich i wkrótce zatonęły. Zdolny do walki "Hiryu" wypuścił 16 bombowców, które przedarły się przez amerykańską obronę powietrzną, bombardując "Yorktown". Uszkodzenia lotniskowca były poważne. Mimo prób ratowania okrętu przez specjalne zespoły, nie udało się uchronić lotniskowca przed zatonięciem. 5 czerwca o godz. 13.30 ppor. Tarabe odpalił w jego stronę 4 torpedy, które zakończyły jego morski żywot. 7 czerwca o 6.00 "Yorktown" poszedł na dno - jego zasługi w bitwie były niepodważalne. Yamamoto musiał przeżyć szok, kiedy dowiedział się o wyniku starcia. Ocalały "Hiryu" starał się do końca stawiać opór nieprzyjacielowi, ale nawet ten okręt musiał ulec Amerykanom. Tuż po wylądowaniu japońskich maszyn bombardujących wcześniej "Yorktown" nadleciała fala amerykańskich bombowców w liczbie 24 maszyn. Szybko uzyskano trafienia. O 3.15 5 czerwca załoga "Hiryu" zaczęła opuszczać okręt, który w niedługi czas po tym poszedł na dno wraz ze swoim dowódcą, kontradm. Yamaguchi.

Podsumowując starcie, należy w pierwszej kolejności stwierdzić, iż wygrana Amerykanów była niepodważalna, a ich tryumf stał się punktem zwrotnym w kampanii na Pacyfiku. Utrata 4 lotniskowców, ciężkiego krążownika i 253 samolotów wobec zniszczonych 150 samolotów i 2 okrętów amerykańskich była niezwykłą porażką, jakiej flota japońska nie zaznała od wielu stuleci. Keneth Macksey ocenia czerwcowe zmagania, odwołując się do kwestii pozamilitarnych: "O klęsce nie zadecydował wcale fakt, że, jak czasem twierdzono, Yamamoto opuściło szczęście, lecz po prostu przesądził o tym błędny plan".

Szereg bitew w rejonie wyspy Guadalcanal stanowił niejako logiczną konsekwencję zwycięstwa Amerykanów w rejonie Midway. Porażka Japończyków, i to w tak sporym wymiarze, sprawiła, iż ich przeciwnicy wreszcie zdecydowali się na przejęcie inicjatywy i zorganizowanie ofensywy o szeroko zakrojonym charakterze. 2 lipca gen. Douglas MacArthur i adm. Ernest J. King oraz szefowie sztabów generalnych wojsk lądowych i marynarki opracowali plan ofensywy w obszarze południowo-zachodniego Pacyfiku. Pierwszym celem stać się miała wschodnia część Wysp Salomona. Atak sił sprzymierzonych wyznaczono na 1 sierpnia 1942 roku. Zapewne wszystko ruszyłoby zgodnie z planem, gdyby nie odkrycie lotniska japońskiego na wyspie Guadalcanal. Wprowadzenie zmian do planu zajęło wojskowym ponad tydzień, a akcję przesunięto na 7 sierpnia. W nowym opracowaniu operacji czołowe miejsce przypadło zajęciu wyspy Guadalcanal. Siły morskie pod dowództwem wiceadm. Fletchera obejmowały kilkadziesiąt okrętów, wśród których znalazły się transportowce z 19 tys. żołnierzy 1. dywizji piechoty morskiej gen. Alexandra A. Vandergriffa. O 6.53 7 sierpnia rozpoczął się desant; pod koniec dnia na Guadalcanal było już 11 tys. żołnierzy. Nazajutrz zajęty został pas startowy, a Japończycy wycofali się w głąb wyspy. Równie łatwo przyszło zajęcie Floridy, Savo, Tulagi i Garutu, które odbito po dwóch miesiącach od najazdu japońskiego. W nocy z 7 na 8 sierpnia okręty Ósmej Floty kontradm. Gunichi Mikawy wyszły w morze, aby zaatakować amerykańską flotę w rejonie Guadalcanal. 9 sierpnia doszło do bitwy, którą od miejsca wydarzeń nazwano bitwą koło wyspy Savo. Zespół Mikawy dysponował 5 krążownikami ciężkimi, 2 lekkimi i 1 niszczycielem. Siły amerykańskie w rejonie Savo opiewały na 6 krążowników ciężkich, 2 lekkie oraz 14 niszczycieli. Mimo iż grupa okrętów wroga została wykryta, meldunek australijskich obserwatorów zlekceważono. Dlatego też 9 sierpnia o 1.00 Japończycy niespostrzeżenie zbliżyli się do okrętów amerykańskich, atakując ciężkie krążowniki "Canberra" i "Chicago". Obydwa okręty zostały mocno uszkodzone ("Canberra" poszedł na dno około 8.00). Zamieszanie, jakie wywołał nocny atak, spowodowało, iż flota aliantów poszła niemalże w rozsypkę, a dowódcy pogubili się, nie wiedząc, jak mają reagować. Artyleria okrętów japońskich strzelała niemalże bezkarnie. Efektem było uszkodzenie krążowników "Quincy", "Vincennes" i "Astoria", które następnie poszły na dno. Amerykanom udało się uszkodzić krążowniki "Chokai" i "Aoba". O 2.06 Japończycy rozpoczęli odwrót, obawiając się lotnictwa wroga. Podczas wycofywania się uszkodzili jeszcze niszczyciel "R. Talbot". Bitwę przypłacili krążownikiem "Kako", który 10 sierpnia został zatopiony przez amerykański okręt podwodny. Po przegranym starciu kontradm. Turner zdecydował się na wycofanie okrętów z zagrożonego rejonu. 1. DPM pozostała na Guadalcanal osamotniona i przez długi okres czasu zdana wyłącznie na siebie. Amerykańska flota zawiodła, a dostarczone 12 sierpnia na pokładach niszczycieli wyposażenie nie zmazało plamy klęski pod Savo. 20 sierpnia Amerykanie uruchomili lotnisko Henderson Field, nazwane tak na cześć pilota poległego w bitwie o Midway. W nocy z 18 na 19 sierpnia na Guadalcanal wylądowało 916 żołnierzy płk Kiyonao Ichiki. Już w dwa dni później przypuszczono atak na pozycje 1. DPM. Uderzenie zostało odparte. Dalsze posiłki wzmacniały garnizon japoński. Mimo iż początkowo kraj kwitnącej wiśni lekceważył znaczenie Guadalcanal i możliwości Amerykanów w tym rejonie, teraz za wszelką cenę starał się wzmocnić swoją załogę i nie żałował ani ludzi, ani zaopatrzenia.

Tymczasem 24 sierpnia doszło do bitwy morskiej we wschodniej części Wysp Salomona. 3 lotniskowce, 10 krążowników, kilkadziesiąt niszczycieli i baza wodnosamolotów - to siły, jakimi dysponował wiceadm. Nobutake Kondo. W czasie, gdy japońska flota absorbować będzie Amerykanów, do Guadalcanal miały zbliżyć się kolejne posiłki, tym razem 1500 żołnierzy z konwoju z Rabaul. Dodatkowo kraj kwitnącej wiśni mógł zaangażować do boju 276 samolotów, z których 176 znajdowało się na pokładach lotniskowców. Amerykanie przeciwstawili im Task Force 61 dowodzony przez wiceadm. Fletchera. W sumie trzy lotniskowce, pancernik, sześć krążowników i 17 niszczycieli pogrupowanych w trzy zespoły. Lotnictwo reprezentowały 253 maszyny. 23 sierpnia Task Force 18 z lotniskowcem "Wasp" (79 samolotów) został odesłany na południe i nie wziął udział w bitwie. Mimo to zespół Fletchera nadal stanowił poważne zgrupowanie zdolne do przeciwstawienia się ofensywie japońskiej. O 9.05 24 sierpnia samolot rozpoznawczy odnalazł japoński lotniskowiec "Ryujo". O 13.45 Fletcher zdecydował się na atak. Z "Enterprise" uniosło się w powietrze 30 bombowców i 8 torpedowców; wcześniej z "Saratogi" poderwały się 23 samoloty. O 16.20 "Ryujo" został zbombardowany przez wyprawę amerykańską. Naliczono aż 10 trafień, które doprowadziły do poważnych uszkodzeń i wreszcie zatonięcia lotniskowca ok. 20.00. Okręt wziął na dno ponad 600 ludzi. Mniej więcej w tym samym czasie startowały samoloty z "Zuikaku" i "Shokaku". Zostały wykryte w odległości 88 mil od "Enterprise", jednak amerykańskie lotnictwo nie było w stanie zaatakować wyprawy przeciwnika. "Enterprise" otrzymał zatem trzy trafienia. Wobec groźnych uszkodzeń wiceadm. Fletcher postanowił wycofać lotniskowiec. Samoloty z "Saratogi" zaatakowały jeszcze jeden raz pod wieczór, a efektem nowego nalotu było uszkodzenie transportowca "Chitose". Nazajutrz, po wycofaniu się głównych sił Japończyków, lotnictwo z Henderson Field uderzyło na zespół desantowy, zatapiając transportowiec i uszkadzając lekki krążownik "Jintsu". Następny atak przyniósł kolejną zdobycz w postaci niszczyciela "Mitsuki". Warto jeszcze wspomnieć o lotniczym bilansie bitwy. Starcie zostało rozstrzygnięte na korzyść Amerykanów - 90 zniszczonych za 20 straconych samolotów wydawało się być niewygórowaną ceną. Na Guadalcanal toczyły się w tym okresie coraz cięższe walki. Uciążliwe warunki dawały się we znaki żołnierzom obu stron konfliktu, a do wybrzeży co i rusz starały się podpłynąć japońskie okręty, które następnie wyładowywały wsparcie dla załogi wyspy. Te regularne operacje dowozowe Amerykanie zaczęli nazywać "Tokio Express". Do 10 września na Guadalcanal było już 6000 Japończyków. 13 września przypuścili oni szturm na lotnisko Henderson Field. Po kilkunastogodzinnej walce Amerykanom udało się odeprzeć szaleńczy atak. Zginęło jednak 40 ludzi, a 103 zostało rannych. Przeciwnik notował wyższe straty. Połowa z 3450 ludzi, jacy uderzyli na lotnisko, nie była w stanie walczyć wskutek obrażeń lub wzięcia do niewoli amerykańskiej. Tymczasem na morzu Japończycy poczynali sobie coraz śmielej. 15 września dwa okręty podwodne I-19 i I-15 zaatakowały lotniskowiec "Wasp", pancernik "North Carolina" i niszczyciel "O-Brian". "Wasp" oberwał trzema torpedami i zatonął. Obecny w tym rejonie lotniskowiec "Hornet" uniknął pocisków, nie dzieląc losu okrętu podobnej klasy. Straty floty nie przełożyły się na skuteczność konwojów amerykańskich i już 18 września do brzegów Guadalcanal dobiły łodzi przewożące kolejne 4200 ludzi. W zasadzie w tym okresie z lotniskowców jedynie "Hornet" był w stanie nadal walczyć, ponieważ "Saratoga" została storpedowana 31 sierpnia. Udany atak na trzy miesiące wykluczył ją z walk o Pacyfik. Japończycy mieli większe pole manewru, jeśli chodzi o dowóz posiłków i postanowili to natychmiast wykorzystać. Między 2 a 11 października przybyły siły 2. Dywizji Piechoty. Samoloty z Henderson Field niemal nieustannie starały się przeszkadzać sprawnemu funkcjonowaniu "Tokio Express", co zmusiło wiceadm. Mikawę do rozprawienia się z lotniskiem. 11 października miał przerzucić kolejny spory transport. W tym samym czasie, biorąc pod uwagę coraz większą ilość żołnierzy wroga na Guadalcanal, Amerykanie zdecydowali się na wysłanie własnego kontyngentu z wojskiem. Siły te miały dostarczyć transportowce oraz 8 niszczycieli. Konwój osłaniały okręty z lotniskowcem "Hornet" i pancernikiem "Washington" na czele. Flota kontradm. Scotta właściwie miała przetrzeć szlak transportowi i osłaniać operację siłami 4 krążowników, 5 niszczycieli kom. R.G. Tolbina. 10 października Scott nie natrafił na ślad wroga. Japończycy, których poszukiwał dowódca amerykański, spokojnie zmierzali w stronę brzegów Guadalcanal. Zgrupowaniem dowodził kontradm. Aritomo Goto. Nie przewidywał on większych komplikacji, szczególnie że lotnictwo dokonało nalotu na Henderson Field. Goto miał do dyspozycji 3 ciężkie krążowniki, 2 niszczyciele, których zadaniem było osłanianie grupy transportowej z lotniskowcem "Chitose", 6 niszczycielami i transportowcem (ogółem przewożono 728 ludzi). O 22.50 11 października samolot rozpoznawczy zameldował Scottowi o odnalezieniu wroga. Dowódca amerykański przemieszczał się na północ od Guadalcanal. Meldunki z okrętów "Helena" i "Boise", które miały do dyspozycji świetnej jakości radary, dochodziły do Scotta z opóźnieniem i nie mógł on odpowiednio przygotować się do zaistniałej sytuacji. Już o 23.46 krążownik "Helena" otworzył ogień do dostrzeżonego zespołu nieprzyjaciela. Po małym zamieszaniu w amerykańskim szyku ustabilizowano ogień, a pociski zaczęły dosięgać celu. Już na początku starcia (nazwanego potem bitwą u Przylądku Esperance) poległ kontradm. Goto, którego zastąpił kom. Kijima. Około północy kontradm. Scott zakończył pościg za wrogą flotą, obawiając się nadmiernego chaosu i niepewnego wyniku natarcia. W konsekwencji stosunkowo krótkiego kontaktu bojowego zatopiono krążownik "Furutaka", niszczyciel "Fobuki" i uszkodzono krążownik "Aoba". Amerykanie stracili niszczyciel "Duncan" a krążownik "Boise" i niszczyciel "Farenholt" zostały uszkodzone. Następnego dnia 164. pułk piechoty wylądował bezpiecznie na Guadalcanal. Tego samego dnia pancerniki "Kongo" i "Haruna" ostrzelały lotnisko Henderson. 41 ludzi straciło życie. W kolejnych dniach Japończycy ponawiali ostrzeliwanie, tym razem z mniejszymi efektami. 18 października nastąpiła kluczowa zmiana na stanowisku dowódcy południowego rejonu Pacyfiku - stanowisko to objął wiceadm. Halsey. Od razu zabrał się on do działań, spotykając m.in. z gen. Vandergriffem. Sztab Halseya zaokrętował się na Nowej Kaledonii.

Po wygranej bitwie koło Przylądka Esperance amerykański konwój bez problemów dotarł do Guadalcanal, wzmacniając nadwątlone nieco siły na wyspie. Teraz karty rozłożyć mieli Japończycy i to do nich należał kolejny krok. Adm. Yamamoto skoncentrował poważne siły, którym oprócz misji desantowych przydzielił zadanie doprowadzenia do kolejnego starcia z flotą wroga. W ten sposób zainicjowana zostałabitwa koło wyspy Santa Cruz. Yamamoto wysłał do boju lotniskowce "Zuikaku", "Shokaku", "Zuiho", "Junjo" i "Hiyo", 4 pancerniki ("Hiyei", "Kirishima", "Kongo" i "Haruna"), 8 ciężkich krążowników, 2 lekkie krążowniki i 29 niszczycieli - siły pogrupowane zostały w dwa zespoły - flotą uderzeniową dowodził wiceadm. Nagumo, a flotą ubezpieczenia wiceadm. Kondo. Naprzeciw nich stanęły siły Task Force 16 kontradm. Thomasa C. Kinkaida, Task Force 17 kontradm. George'a Murraya i Task Force 64 kontradm. Willisa A. Lee. W sumie 2 lotniskowce (doskonale nam znane "Enterprise" i "Hornet"), 2 pancerniki ("Washington" i "South Dakota"), 9 krążowników i 20 niszczycieli. Siły uboższe, ale dysponujące radarem dającym przewagę strategiczną w nocnych starciach. W rzeczywistości do walki wejść mogło znacznie mniej okrętów, a zespół 64 pozostał w bazie Espiritu Santo, tworząc daleką rezerwę. 26 października rozgorzała kolejna z serii morskich bitew. Dzień wcześniej samoloty rozpoznawcze odnalazły flotę japońską. "Enterprise" wysłał maszyny, jednak wróg zmienił kurs, obawiając się przedwczesnego starcia. Nazajutrz w rejonie niezamieszkanego archipelagu Santa Cruz rozpętało się piekło. O 6.50 Japończycy wpadli na trop nieprzyjaciela. Szybko do akcji poderwały się maszyny z "Shokaku" i "Zuikaku" - 40 bombowców i 27 myśliwców. W tym czasie dwa amerykańskie bombowce zaatakowały "Zuiho", lokując w jego pokładzie dwie bomby i częściowo wyłączając go z walki. O 8.00 ruszyła druga fala japońskich samolotów. Zespół "Junyo" i "Hiyo" o 9.14 również zaczął wysyłać swoje samoloty w stronę okrętów wroga. Załoga "Horneta", wiedząc o zbliżających się wyprawach, szykowała się do odparcia przeciwnika. Niestety, mimo wczesnego wykrycia nieprzyjaciela, nie udało się uniknąć trafień. Lotniskowiec uderzyły cztery torpedy i dwie bomby oraz dwa samoloty wroga, które rozbiły się na pokładzie amerykańskiej jednostki. Nie pomogła pomoc reszty okrętów. W czasie holowania "Hornet" otrzymał kolejne trafienie torpedą. Amerykanie postanowili zatopić lotniskowiec. Niszczyciele "Mustin" i "Anderson" wstrzeliły po osiem torped w burty "Horneta" i ostrzelały go z artylerii pokładowej, ale... nie zdołały zatopić lotniskowca. Dopiero 4 japońskie torpedy posłały o 1.37 27 października na dno waleczny okręt. Zginęło 111 ludzi, a 108 zostało rannych. Wróćmy jednak do bitwy. O 10.13 Japończycy zaatakowali "Enterprise". Okręt trafiły dwie bomby. Mniej szczęścia miał niszczyciel "Porter", który zatonął po trafieniu torpedą z okrętu podwodnego. Powiedzieć musimy jeszcze o wspominanej wyprawie amerykańskich samolotów. O 8.32 wystartowały maszyny z "Horneta" - 15 bombowców, 6 torpedowców i 8 myśliwców. Po pół godzinie w powietrzu znalazło się 19 samolotów z "Enterprise", a po dalszym kwadransie nadleciała grupa z "Horneta". O 10.40 samoloty z pierwszego lotniskowca uderzyły na "Shokaku", uszkadzając go sześcioma bombami. Następne fale atakowały pancernik "Kongo", jednak bez większego skutku. Dwiema bomba trafiono w "Tikuma". W podsumowaniu bitwy musimy przedstawić bilans strat obu stron. Amerykanie mieli zatopiony lotniskowiec "Hornet", niszczyciel "Porter", 74 samoloty zniszczone i uszkodzone "South Dakota", "Enterprise", krążownik "San Juan" i niszczyciel "Smith". Japończycy stracili 100 samolotów, a maszynom amerykańskim udało się uszkodzić lotniskowce "Shokaku" i "Zuiho" oraz krążownik "Tikuma". Kolejne starcie rozstrzygnięte zostało na korzyść Japonii.

W listopadzie obie strony konfliktu czyniło to, co do tej pory, a więc gromadziły siły przed kolejnymi starciami. W sumie do 12 listopada Amerykanie i Japończycy mieli na wyspie po około 30 tys. żołnierzy. Adm. Yamamoto zaplanował nową operację desantową w nocy z 14 na 15 listopada, którą poprzedzić miało dwukrotne ostrzeliwanie pozycji wroga z morza. Do starcia, nazwanego I bitwą koło wyspy Guadalcanal, doszło w nocy z 12 na 13 listopada. 24 godziny wcześniej adm. D.J. Callaghan dostarczył na Guadalcanal niezbędne zaopatrzenie. Callaghan miał w swym zespole Task Group 67.4 2 ciężkie krążowniki ("San Francisco" i "Portland"), 3 lekkie krążowniki ("Helena", "Juneau" i "Atlanta") oraz 8 niszczycieli. 12 listopada Japończycy pod wodzą wiceadm. Hiroaki Abe (pancerniki "Hiyei" i "Kirishima", krążownik "Nagara" i 14 niszczycieli) miały ostrzelać Henderson Field. Do spotkania doszło w cieśninie "Żelazne Dno" dzielącej Savo od Guadalcanal. O 1.42 Japończycy dostrzegli nieprzyjaciela. Byli nieco spóźnieni, gdyż posiadająca świetny radar "Helena" wykryła ich znacznie wcześniej. Po sześciu minutach na okręty wiceadm. Abe spadł grad pocisków. Rozkazał on włączenie reflektorów, aby uzyskać lepsze rozeznanie w sytuacji. Jaskrawe światło ogarnęło Amerykanów, ale pozwoliło im na dokładniejsze zlokalizowanie niszczyciela "Akatsuki" i zatopienie go po celnej salwie. Teraz do ataku torpedowego przeszli Japończycy. "Portland", "Juneau", "Laffey" i "Atlanta" mocno oberwały w wyniku natarcia. Ostatni z okrętów ostrzelała również amerykańska artyleria. Dalsze wydarzenia były niezwykle chaotyczne. Ostrzeliwany przez Amerykanów "Hiyei" skierował się w ich stronę, myśląc, że to pomyłka. Kontradm. Callaghan rozkazał przerwanie ognia (bał się trafienia własnych okrętów), co tym bardziej utwierdziło Japończyków w przekonaniu, iż zbliżają się do swoich. Dopiero gdy "Laffey" trafił "Hiyei" dwiema torpedami, załoga pancernika zorientowała się w sytuacji. Japończycy zakończyli nocne starcie ostrzelaniem "San Francisco" i uszkodzeniem "Juneau". W wyniku jednej z salw zginął kontradm. Callaghan. Nazajutrz bitwa rozgorzała na nowo. "Hiyei" ostrzelał niszczyciel "Aaron Ward", który z powodu uszkodzeń nie poruszał się. Sam "Hiyei" krążył bezradnie po północnej stronie wyspy Savo. Efektem bitwy było zatopienie krążowników "Atlanta", "Juneau" i 3 niszczycieli oraz uszkodzenie "San Francisco". Japończycy stracili "Akatsuki" i "Hiyei", zatopiony w końcu przez marynarzy kraju kwitnącej wiśni. Amerykanie zmuszeni byli zadać cios łaski "Atlancie". I bitwa koło wyspy Guadalcanal zakończyła się zwycięstwem Japonii. Następnej nocy grupa wiceadm. Mikawy posłała w stronę Henderson Field 1370 pocisków. Japończycy nie zdołali wyrządzić większych szkód i, co gorsze, sami stali się celem amerykańskiego ataku. Lotnictwo rankiem 14 listopada posłało na dno krążownik "Kinugasa" oraz uszkodziło cztery inne jednostki (krążowniki ciężkie "Chokai" i "Maya", krążownik lekki "Isuzu" i niszczyciel "Michischio"). Tymczasem do brzegów wyspy zbliżały się siły kontradm. Tanaki, który przewodził zespołowi złożonemu z 11 transportowców przewożących 38. dywizję. Bombardowanie Amerykanów przypieczętowało los 7 transportowców, jednak Tanaka uparcie kierował się w stronę brzegów wyspy. Wieczorem pod Guadalcanal podpłynął zespół wiceadm. Nobutake Kondo, który dysponował pancernikiem "Kirishima", 4 krążownikami i 9 niszczycielami. Na poszukiwanie wroga udał się Task Force 16 kontradm. Lee. Dowódca miał pod rozkazami dwa nowoczesne pancerniki "Washington" i "South Dakota" oraz 4 niszczyciele ("Walke", "Benham", "Preston" i "Guam"). O 16.00 do kontradm. Lee dotarła wiadomość o wykryciu sił przeciwnika. Japończycy byli o 150 mil na północ od Guadalcanal. Po 21.00 Amerykanie wpłynęli do cieśniny "Żelazne Dno", poruszając się w kierunku zachodnim. Siły wiceadm. Kondo były teraz za plecami Amerykanów. Dowódca japoński zdecydował się na podzielenie swojego zespołu na cztery grupy, z których kluczową rolę odegrał zespół kontradm. Shintaro Hashimoto. O 22.10 Hashimoto meldował o obecności wroga w cieśninie. Około 23.00 radar "Washingtona" zamigotał - dwie plamki oznaczały okręty japońskie. O 23.17 "Washington" otwarł ogień do krążownika "Sendai" i niszczyciela "Shikinami". O 23.22 do walki włączył się "Walke". Niestety, chwilę po tym wszystkie amerykańskie niszczyciele zostały wyłączone z boju. Teraz jedyną realną siłę przedstawiały już tylko dwa pancerniki. Podczas wymijania płonących niszczycieli oba okręty rozdzieliły; "South Dakota" poszła w prawo, "Washington" w lewo. Wkrótce w stronę "South Dakota" Japończycy wystrzelili aż 34 torpedy. Szczęśliwym trafem pancernik ominął wszystkie pociski. Nie mógł jednak długo wytrzymać silnego ataku, szczególnie, że nie posiadał radaru. Uratował go powrót "Washingtona", który z odległości 8000 metrów zaczął strzelać od "Kirishimy". Po 7 minutach japoński okręt został wyłączony z walki a po kilku godzinach zasilił podwodny arsenał wraków w cieśninie "Żelazne Dno". Udany powrót "Washingtona" odciążył "South Dakota" i pozwolił na wycofanie okrętu. O 0.33 Japończycy także rozpoczynają odwrót. Pancernik praktycznie rozstrzygnął los Guadalcanal. Grupa kontradm. Tanaki, zdziesiątkowana już wcześniej, dobita została przez niszczyciel "Neade", który zanotował kolejne trafienie. Niespodziewany tryumf Amerykanów dał im znacznie lepsze położenie na wodach wewnętrznych Wysp Salomona przed kolejną, jak się okazało, ostatnią batalią. II bitwa w rejonie Guadalcanal kończyła się bilansem 1 pancernika i 1 niszczyciela oraz 10 transportowców zatopionych po stronie japońskiej i 3 niszczycieli zatopionych oraz 1 pancernika uszkodzonego po stronie amerykańskiej. 30 listopada doszło do bitwy w rejonie Tassafaronga. Transportowiec i 8 niszczycieli kontradm. Tanaki znowu próbowało przedrzeć się przez warstwy obrony morskiej i dotrzeć do Guadalcanal. Nowomianowany na dowódcę zespołu obronnego kontradm. Carleton H. Wright miał do dyspozycji 6 krążowników i 6 niszczycieli. Przewaga Amerykanów była wyraźna. O 21.00 Wright wszedł do Kanału Lengo (Florida i Guadalcanal). Dwa godziny później radary zanotowały obecność przeciwnika. Chwilę później Japończycy także zorientowali się w sytuacji. O 23.21 amerykańskie torpedy, choć nieco spóźnione, wystrzelone zostały w stronę wroga. Efektem było zatopienie niszczyciela "Takanami". Po chwili Japończycy otrząsnęli się z letargu i wystrzelili własne torpedy. Ich celność była lepsza niż po stronie przeciwnej. Krążownik "Minneapolis" otrzymał dwa trafienia, następnie oberwały jeszcze krążowniki "New Orleans", "Pensacola" i "Northampton". W zasadzie tylko "Honolulu" nie ucierpiał. W sumie, w konsekwencji uszkodzeń, na dno poszedł tylko "Northampton", jednak pozostałe okręty nie były w stanie uczestniczyć w walkach. Wright nie sprawdził się w swoim pierwszym boju, a jego Task Force 67 został mocno przetrzebiony. Tanaka tryumfował, jednak jego sukces nie przyniósł Japończykom zwycięstwa na wyspie. Tam straty względem Amerykanów były coraz większe, a dalsze zmagania traciły sens. 13 stycznia 1943 roku płk Kumao zjawił się na wyspie z misją ewakuacji żołnierzy. Sprawnie przeprowadzona operacja "KE" pozwoliła na wydostanie z Guadalcanal, w ciągu pierwszego tygodnia lutego, od 10 tys. do 13 tys. Japończyków. Co dziwne, Amerykanie, którzy tak wzmocnili się na wyspie, nie zorientowali się w sytuacji i nie utrudnili nieprzyjacielowi przedsięwzięcia. 8 lutego adm. Halsey odebrał tryumfalną depeszę od podwładnych: "Tokio Express nie ma już stacji na Guadalcanalu". Pierwsza ofensywa amerykańska zakończyła się zatem sukcesem, choć okupionym stratą od 1600 do 2600 żołnierzy. Było to jednak niczym w porównaniu ze stratami japońskimi szacowanymi nawet na 25 tys. ludzi.

Do pierwszej potyczki po zakończonym boju o Guadalcanal doszło już 26 marca 1943 roku, gdy transportowce japońskie w osłonie 2 ciężkich krążowników ("Nati" i "Maya"), 2 lekkich krążowników ("Tama" i "Abukuma") oraz 5 niszczycieli spotkały na swej drodze słabszy zespół amerykański (ciężki krążownik "Salt Lake City", lekki krążownik "Richmond" i 4 niszczyciele) kontradm. Charlesa McMorrisa. Konwój japoński miał wzmocnić garnizony na Attu i Kiska, wyspach zajętych w czerwcu poprzedniego roku. O 7.30 na ekranach radarów amerykańskich zamigotały plamki zwiastujące niebezpieczeństwo ze strony floty wiceadm. Hosogai. Grupy znajdowały się w pobliżu Wysp Komandorskich, stąd też bój, który rozgorzał po krótkim pościgu nazwany został bitwą koło Wysp Komandorskich. Po blisko trzech godzinach walk obie strony notowały straty, jednak żaden z okrętów nie zatonął. Hosogaya bał się odsłonięcia najważniejszych dla niego transportowców, co zmusiło go do zaniechania misji dostarczenia wsparcia na Attu i Kiska. McMorris, mimo iż uszkodzony został krążownik "Salt Lake City", odniósł znaczny sukces. Kwiecień 1943 roku był przełomowy dla Attu i Kiski. Po ciężkich ostrzeliwaniach z 5 stycznia i 18 lutego (krążowniki "Indianapolis" i "Richmond" wraz z 4 niszczycielami atakowały Attu), gdy flota amerykańska wykazała się sporą celnością, dowództwo zdecydowało się wreszcie na odbicie Attu. Po kolejnym ostrzale formacja szturmowa (okręty desantowe plus pancerniki "Pennsylvania", "Idaho" i "Nevada", lotniskowiec eskortowy "Nassau", 7 krążowników, 18 niszczycieli i 11 okrętów podwodnych) kontradm. Kinkaida mogła szykować się do uderzenia. 11 maja siły amerykańskie desantowały na Attu, które zajęto dopiero po 20 dniach zaciętych walk. Następna była wyspa Kiska. Japończycy starali się ewakuować jak największą ilość żołnierzy, mimo iż praktycznie zostali odcięci od pomocy z zewnątrz. Udało się jednak przechytrzyć przeciwnika i prawie 6000 ludzi umknęło na pokładach okrętów podwodnych, krążowników i niszczycieli. Faktem jest jednak, iż część podwodnych jednostek japońskich została przez siły US Navy zatopiona. Gdy 15 sierpnia żołnierze US Army wylądowali wreszcie na Kiska, nie zastali już Japończyków. W pierwszym półroczu 1943 roku Amerykanie zajęli jeszcze wyspę Russell (21 lutego) oraz stoczyli zwycięskie potyczki na morzu Bismarcka (1 marca) i pod Villa (z 5 na 6 marca). Na nieszczęście dla japońskiego narodu i wojska, 18 kwietnia przyniósł śmierć najwybitniejszej postaci areny militarnej kraju wschodzącego słońca. Po przechwyceniu japońskiej depeszy (już wcześniej złamano część kodów japońskich) Amerykanie bez trudu odczytali jej tekst i odszyfrowali, jaką trasą przemieszczać się będzie adm. Isoroku Yamamoto. Na jego spotkanie wysłano 16 myśliwców, które bez trudu poradziły sobie z wyprawą powietrzną wroga. Yamamoto wraz ze swoim sztabem zginął nad wyspą Bougainville. Jego następcą został adm. Koga. Teraz celem adm. Halseya stała się Nowa Georgia. 30 czerwca na wspomnianej wyspie oraz mniejszej od niej Vongun desantowały siły 43. dywizji piechoty. Na wyspach Nowej Georgii znajdowało się 11 tys. żołnierzy 6. DP i część 38. DP pod wodzą gen. Naboru Sasaki. W sumie do walki ze sporymi siłami japońskimi Amerykanie rzucili 33 700 żołnierzy. W lipcu na wyspę przybył gen. Oscar W. Griswold, dowódca 14. korpusu. Niestety, nawet on nie potrafił zmienić sytuacji na wyspie, a kolejne natarcia Amerykanów nie przynosiły skutku. Atak z 25 lipca został szybko powstrzymany. Dopiero zmiana gen. Hestera na gen. Johna Hodge'a na stanowisku dowódcy 43. DP przyniosła efekt. 5 sierpnia 43. DP dotarła do lotniska Munda. Po dziesięciu dniach Japończycy wycofali się na Kolombangarę, gdzie oczekiwali kolejnego desantu. Walki o lotnisko kosztowało obie strony masę sprzętu, wystarczy wspomnieć, iż po sześciu tygodniach zmagań Japończycy stracili 350 samolotów, a Amerykanie 93 maszyny. Teraz ofensywa US Army nie przeniosła się tam, gdzie oczekiwali jej przeciwnicy, lecz objęła wyspę Vella Lavella bronioną przez 600 japońskich żołnierzy. 15 sierpnia 6505 żołnierzy z 25. DP zajęło wyspę i od razu przystąpiło do budowy lotniska. W czasie gdy na Nowej Georgii trwały krwawe walki, doszło do bitwy morskiej w zatoce Kula. Siły kontradm. Ainswortha (3 krążowniki - "Honolulu", "Helena" i "St. Louis" oraz 4 niszczyciele) starły się 11 niszczycielami przeciwnika. O 1.36 6 lipca Amerykanie dostrzegli na ekranach radarów dwie grupy niszczycieli wroga. O 2.00 otworzyli ogień do przeciwnika. Niestety, nie była to dla Amerykanów udana walka. Mimo zatopienia niszczycieli "Nitzuki" i "Nagatsuki", na dno poszła "Helena". Spory udział w bitwie miało lotnictwo amerykańskie, które nieustannie dokonywało nalotów na siły nieprzyjaciela. Ponadto do strat US Navy doliczyć należy uszkodzony "St. Louis". Z drugiej strony uszkodzone zostały niszczyciele "Mochizuki", "Amagiri" i "Hatsuyuki". Do kolejnej potyczki doszło w nocy z 12 na 13 lipca koło wyspy Kolombangara. Kontradm. Ainsworth dysponował 3 krążownikami ("Leonder", "St. Louis" i "Honolulu") oraz 10 niszczycielami. Rozpoznanie odkryło okręty wroga o 30 mil od floty Ainswortha. Japończycy prowadzili do boju krążownik i 5 niszczycieli. Po raz kolejny jednak, mimo iż Amerykanie dość szybko namierzyli okręty nieprzyjaciela, nie zdołali uniknąć wrogich torped. Mimo zatopienia krążownika "Jintsu", na dno poszedł niszczyciel "Gwin", a uszkodzenia notowano na "Leander", "St. Louis" i "Honolulu". Przyczyną fatalnej postawy Amerykanów było złe wykonanie przegrupowania oraz nieuwaga podczas pościgu za uchodzącymi Japończykami. O 1.36 wykonali oni zwrot na południe, aby dokładnie po pół godzinie wysłać kolejne torpedy, które poważnie uszkodziły "Honolulu" i "St. Louis" oraz zakończyły morski żywot "Gwina". Porażka floty Stanów Zjednoczonych była tym bardziej dotkliwa, że wróg nie dysponował w czasie bitwy ani odpowiednimi siłami, ani odpowiednim rozeznaniem.

Dopiero bitwy koło wyspy Vella Lavella miały rozwiać mit nieumiejętnie walczącej floty amerykańskiej, jaki narastał latem 1943 roku. W nocy z 6 na 7 sierpnia w zatoce Vella starły się dwa dywizjony amerykańskich niszczycieli (6 jednostek) z 4 niszczycielami japońskimi. O 23.33 radiooperatorzy zespołu kom. Moosbruggera dostrzegli okręty japońskie. Dowódca zmienił nieco szyk zespołu, aby zbliżające się od północy niszczyciele wroga wziąć od lewej burty. O 23.41 Amerykanie wystrzelili torpedy. Ich atak był bardzo celny - "Arashi", "Hagikaze" i "Kawakaze" zostały trafione. Chwilę później trzy wspomniane niszczyciele zatonęły, a czwarty, "Shigure", został uszkodzony i wycofał się z pola walki. W nocy z 17 na 18 sierpnia doszło do drugiej bitwy. 4 niszczyciele ("Nichols", "O'Bannon", "Taylor" i "Chevalier") kom. Thomasa Ryana napotkały konwój przeciwnika (17 barek desantowych i 9 mniejszych jednostek) w osłonie 4 niszczycieli ("Shigure", "Isokaze", "Sazanami" i "Hamakaze"). Krótkotrwała bitwa zakończyła się uszkodzeniem japońskiego niszczyciela "Isokaze" i zatopieniem 2 małych barek desantowych, 2 ścigaczy i 1 kutra patrolowego. Szereg starć w rejonie wyspy Vella Leavella zakończył bój w nocy z 6 na 7 października. Aby nieco przybliżyć realia walki, należy cofnąć się do 15 sierpnia, kiedy to Amerykanie wylądowali na wyspie Vella Lavella. 6505 żołnierzy z 25. DP zastało tam jedynie 600 Japończyków. Jak wspominaliśmy, konwój japoński z 18 sierpnia został rozproszony przez kmdr Ryana i tylko część jednostek wyładowała żołnierzy w Harraniu. 18 września na wyspę przybyła nowozelandzka 3. DP i oczyściła ją z Japończyków. W nocy z 6 na 7 października trwała ewakuacja ostatnich oddziałów kraju kwitnącej wiśni z Vella Lavella. 6 października dostrzeżono konwój japoński, który osłaniało 9 niszczycieli płynących w dwóch kolumnach. Przeciw nim wysłano dwa zespoły niszczycieli - kmdr F. R. Walkera ("Selfridge", "Chevalier" i "O'Bannon) oraz kmdr H. Larsona ("Ralph Talbot", "Taylor" i "Lavalette"). O 22.31 okręty amerykańskie dostrzegły Japończyków. Przed 23.00 rozpoczął się atak na jedną z kolumn. O 23.10 zatonął trafiony torpedą "Yumumo". Japończycy nie pozostawali dłużni i o 23.01 uszkodzili "Chevaliera", który po 4 godzinach zatonął. Niestety, w wyniku akcji nieprzyjaciela "Selfridge'owi" torpeda urwała dziób. "O'Bannon" doznał uszkodzeń po uderzeniu w płonący "Chevalier". Amerykanom udało się zatopić część barek, które ewakuowały garnizon Kolombangary. Zginęło 4100 żołnierzy. 8 października archipelag Nowa Georgia był już w rękach Amerykanów. Teraz celem stały się wyspy Bougainville i Buka, obie położone w archipelagu Wysp Salomona. Bougainville jest największą z wysp archipelagu i to właśnie ona miała stać się głównym placem boju. Przed desantem Amerykanów znajdowało się tam 40 tys. żołnierzy 17. armii i 20 tys. należących do sił morskich. Ponadto na pięciu lotniskach rozmieszczono 150 samolotów. Desant przeprowadzony miał być 1 listopada siłami 1. DPM gen. Vandergriffa (34 tys. żołnierzy z 3. DPM, 9. brygady 3. DP i 37. DP). Flotę inwazyjną prowadził kontradm. Theodore S. Wilkinson. Wojska miały lądować w Zatoce Cesarzowej Augusty. Desant przebiegał zgodnie z planem, choć żołnierze napotkali nieprzewidzianą przeszkodę w postaci pobliskich bagien. Już w pierwszym dniu na wyspie było 14 tys. żołnierzy alianckich. 2 listopada w zatoce stoczono bitwę. 4 lekkie krążowniki ("Cleveland", "Columbia", "Denver" i "Montpellier") oraz 8 niszczycieli kontradm. Merilla starło się z siłami kontradm. Omori. Omori prowadził 2 ciężkie krążowniki ("Myoko" i "Haguro"), 2 lekkie ("Sendai" i "Agano") oraz 6 niszczycieli. O 2.27 2 listopada okręty amerykańskie zarejestrowały obecność przeciwnika w odległości 33 kilometrów. O 2.31 4 niszczyciele ruszyły do ataku. Po 8 minutach Amerykanie wykonali ostry zwrot i po 10 minutach otworzyli ogień. Szybko wyłączono z walki "Sendai". Podobny los spotkał amerykański niszczyciel "Foote". Osłaniające krążownik niszczyciele "Samidare" i "Shiratsuyu" zderzyły się i wycofały z walki. Podobna sytuacja przydarzyła się "Myoko" i niszczycielowi "Hatsukaze". Mimo serii pomyłek po stronie japońskiej, udało się im uszkodzić "Denver" i niszczyciel "Spencer". Amerykanie postawili zasłony dymne i nadal prowadzili ogień kierując się wytycznymi radarów. Udało się im jeszcze uszkodzić krążownik "Haguro". W zasadzie tym akcentem bitwa zakończyła się i mogła zostać uznana za zwycięstwo floty Stanów Zjednoczonych. 5 listopada adm. Halsey zdecydował się posłać przeciw Rabaul samoloty z lotniskowców kontradm. Shermana. 97 maszyn dokonało spustoszenia w japońskiej bazie. Krążowniki "Maya", "Mogami", "Takao", "Agano" i "Noshiro" zostały uszkodzone. 11 listopada nalot się powtórzył - krążowniki "Agano" i "Yubar" oraz 5 niszczycieli znów notowały uszkodzenia. Dowództwo japońskie zmuszone było wycofać swe siły morskie z Rabaul. Tymczasem na Bougainville przybywało Amerykanów. Prowadzili skuteczne walki, wyniszczając stopniowo garnizon japoński. W marcu 1944 roku teren ten przekazano Australijczykom. Nocą z 24 na 25 listopada ostatnia bitwa na Wyspach Salomona zakończyła szereg starć trwających tam 1,5 roku z przerwami. 5 niszczycieli kmdr A. Burke'a starło się z 5 niszczycielami japońskimi w rejonie Przylądka Św. Jerzego na Nowej Irlandii. Po 3-godzinnej walce górą byli Amerykanie, którzy zatopili "Onami", "Makinami" i "Yugiri".

W hierarchii najważniejszych celów amerykańskiej armii jedno z kluczowych miejsc zajmowały Wyspy Gilberta. Archipelag ten składa się z kilkunastu atoli, tworzonych przez szereg wysepek. Najsilniej ufortyfikowali Japończycy wysepkę Betio, najsłabiej zaś Makin, gdzie znajdowało się 800 żołnierzy zgrupowanych przede wszystkim na wysepce Butaritari. Atolem Makin zająć się miała 27. DP z 5. Korpusu gen. Hollanda M. Smitha. 2. DPM miała opanować atol Tarawa. Pierwszy zespół lądujący na obu atolach, oprócz żołnierzy, stanowiły siły marynarki - 4 pancerniki, 4 krążowniki, 13 niszczycieli i 3 lotniskowce. Lądowanie rozpoczęło się o świcie 20 listopada 1943 roku. Na Butaritari rzucono 6470 żołnierzy ze 165. pp. Dopiero 23 listopada wysepka została zdobyta. 27. DP straciła w walkach 64 zabitych i 150 rannych, Japończycy blisko 300 ludzi. Teraz przyszła kolej na Tarawę. Broniło jej 4500 żołnierzy kontradm. Keiji Shibasaki. Obrona wybrzeża atolu była poważna. Japończycy zamontowali 4 działa kalibru 203 mm wymontowane z Singapuru. Ponadto dysponowali 4 działami kal. 140 mm i 6 kal. 80 mm. Atolu Tarawa strzegła wysepka Betio, niewielkie ognisko dużego oporu. Betio było zatem najsilniej umocnioną wysepką Pacyfiku. 20 listopada okręty amerykańskie znalazły się w zasięgu obrońców wyspy. Amerykanie nie byli przygotowani na tak silny opór. Desantujących żołnierzy przywitał ogień 5 karabinów maszynowych, a ci którzy wychodzili na plażę z miejsca byli dziesiątkowani przez obrońców. Warunki terenowe nie sprzyjały Amerykanom, tym bardziej że trwał właśnie odpływ, a łodzie nie mogły przepłynąć najeżonych rafami koralowymi wód przybrzeżnych. Atol Tarawa, jak już mówiliśmy, atakowała 2. DPM gen. Juliana Smitha. Naprzeciw niej stanęły oddziały fanatycznego Keiji Shibasaki - w sumie 1497 ludzi z 7. Specjalnego Morskiego Oddziału Desantowego, 1122 ludzi z 3. Specjalnego Oddziały Bazowego, oddziały saperskie i specjalne i 1200 Koreańczyków, którzy pełnili na wyspie zadania pomocnicze. I tak właśnie wyglądał stosunek sił na dzień przed inwazją. W pierwszym dniu przyczółek amerykański był niewielki, a żołnierze zmuszeni byli do stopniowego poszerzania rejonu lądowania. Dopiero w nocy z 22 na 23 listopada udało się wyprowadzić atak. Po kolejnych trzech dniach, 26 listopada, można było powiedzieć, że atol Tarawa jest w rękach Amerykanów. 1009 zabitych i 2101 rannych było ogromną ceną, jaką przyszło zapłacić za wyniszczenie japońskiego garnizonu, z którego poddało się zaledwie 146 ludzi. Wyspy Gilberta były tylko przystawką do głównego posiłku na Pacyfiku, jakim były w tym czasie Wyspy Marshalla. Archipelag ten składa się z 32 atoli. Amerykanie nie chcieli wdawać się w bezsensowne i wyniszczające walki o maleńkie wysepki. Ich taktyka zaczynała się przede wszystkim od opanowania największego atolu Kwajalein. Co dziwne, serce Wysp Marshalla było słabiej bronione od pomniejszych wysepek. Wysepki Roi i Namur wyznaczono 4. DPM, Kwajalein zająć się miała 7. DP. W grudniu i styczniu 1944 roku lotnictwo amerykańskie przeprowadziło szereg nalotów na Wyspy Marshalla, aby wyniszczyć wszelkie możliwe ogniska oporu. Za obronę Wysp Marshalla odpowiedzialny był wiceadm. Masashi Kobayashi. Japończycy nie spodziewali się uderzenia na Kwajalein, uznając, iż sąsiednie atole, niejako osłaniające centrum, będą pierwszym celem wroga. Przeliczyli się, gdyż adm. Chester Nimitz postanowił zaryzykować i zaatakować samo serce Wysp Marshalla. Jak pisaliśmy, Kwajalein nie posiadał odpowiedniej obrony, co zwiększało tym samym szanse powodzenia planu. Na Roi wybudowano trzy pasy startowe, na Kwajalein bazę morską, pas startowy i urządzenia radiolokacyjne, a na Ebeye dwie bazy wodnosamolotów. Również Jaluit posiadała podobną bazę, a atol Mili dwa pasy startowe. Podobnie rzecz się miała z dobrze wyposażonymi wyspą Taroa i atolem Wotje. Rzec można, iż Wyspy Marshalla były idealnie przygotowane do odparcia konwencjonalnego ataku. W tym momencie w historię II wojny światowej wkroczyła amerykańska fantazja. Bezpośrednio obroną archipelagu dowodził kontradm. Monzo Akiyima. Pod koniec listopada jego siły poszerzyła 24. flotylla powietrzna (40 bombowców i 30 myśliwców), zastępując 22. flotyllę. Amerykanie przeznaczyli do tej operacji 54 tys. żołnierzy, 1259 samolotów, 23 lotniskowce, 15 pancerników, 18 krążowników, 114 niszczycieli, 5 okrętów podwodnych, 21 trałowców i 3 stawiacze min. Rozpoczęto ją 29 stycznia, kiedy to lotnictwo bombardowało Kwajalein. Dowódcą natarcia został wiceadm. Spruance. Kontradm. Turnerowi przydzielono kierowanie desantem. Siły Amerykanów podzielono na trzy grupy - Północny Zespół Uderzeniowy kontradm. Conolly (północne wyspy atolu Kwajalein), Południowy Zespół Uderzeniowy kontradm. Turnera (wyspa Kwajelein) i Zespół Odwodowy kom. Loomisa. Do grup tych dochodził jeszcze Szybki Zespół Lotniskowców kontradm. Mitschera, którego celem było atakowanie wysp z powietrza (w sumie 713 samolotów). 31 stycznia rozpoczął się desant. W nocy z 30 na 31 stycznia okręty amerykańskie zbliżyły się do brzegów wysp. O 10.15 opanowano wyspę Ennuebing. Następnie padły Ennumenet, Ennubirr i Ennugarret. Nazajutrz wojska przystąpiły do szturmu na Roi i Namur, które w nocy zaciekle bombardowano. Grupy bojowe z 23. pułku pod dowództwem płk Jonesa (Roi) i 24. pułku płk Harta (Namur) szybko opanowały obie wyspy, mimo zaciętych walk. Nie udało się uniknąć błędów przy lądowaniu, co znacznie utrudniło skuteczny atak. Na Kwajalein sytuacja wyglądała podobnie. 31 stycznia zajęto wysepki Ennylabegan i Enubuj. O 5.35 1 lutego rozpoczęto desant na główną część Wysp Marshalla. Do 16.00 na brzegu Kwajalein było 11 tys. ludzi. Dopiero nazajutrz udało im się przesunąć, dzięki wsparciu oddziałów wyposażonych w broń pancerną. Kolejny dzień przyniósł rozstrzygnięcie - w sumie zginęło 7870 obrońców, a 265 trafiło do niewoli. Amerykanie notowali 372 zabitych i 1582 rannych. 17 lutego zdobyto wyspę Engebi, tym razem za cenę 85 poległych. Garnizon japoński został zniszczony. Następnie opanowane zostały Eniwetok i Parry. 31 stycznia Amerykanie odebrali Japończykom pierwsze terytoria, które ci posiadali przed wojną na własność - padł atol Majuro. Obok akcji przeciwko Wyspom Marshalla, zakończonej de facto całkowitym sukcesem, w dniach 17-18 lutego 586 samolotów kontradm. Mitschera dokonało nalotu na japońską bazę morską w Truk. Baza ta, położona na Karolinach, poniosła ciężkie straty w wyniku bombardowania. Zatopiono 2 lekkie krążowniki, 4 niszczyciele, 3 szkolne krążowniki, 2 zaopatrzeniowce, 2 ścigacze, 21 statków handlowych i 5 tankowców. Nieprzyjaciel utracił też 275 samolotów. Z kolei straty amerykańskie opiewały na liczbę 23 maszyn i uszkodzonego lotniskowca.

Tuż po napaści na Pearl Harbor Japończycy zajęli wyspę Guam leżącą w archipelagu Marianów. Jest ona najważniejszą spośród 15 wysp tworzących tę pacyficzną grupę. Obok niej kluczową część archipelagu tworzą Saipan, Tinian i Rota. 12 marca 1944 roku podjęto decyzję o uderzeniu na Mariany. Połączony Komitet Szefów Sztabów zdecydował się wysłać do walki 127 571 żołnierzy. Do tego dochodziło jeszcze 535 okrętów transportowych z Eniwetok. Na Saipan i Tinian uderzać miał 5. korpus gen. Hollanda Smitha (4. DPM i 27. DP - w sumie 67 451 ludzi), na Guam 4. korpus gen. Roya S. Geigera (3. DPM i 1. BPM oraz 77. DP - łącznie 54 891 ludzi). Na Saipanie broniło się 32 000 żołnierzy japońskich gen. Saito. Mimo wciąż niedopracowanego planu obrony, Japończycy przygotowani byli do odparcia desantu. 2. i 4. DPM rozpoczęły lądowanie 15 czerwca 1944 roku, w tydzień po otwarciu drugiego frontu w Europie. Nazajutrz desantowała 27. DP. Straty na brzegu były spore - nieuszkodzone przez wcześniejsze naloty działa japońskie dziesiątkowały Amerykanów. 10 czerwca flota japońska pod dowództwem wiceadm. Ozawy ruszyła naprzeciw amerykańskim okrętom. Ozawa miał pod rozkazami 6 okrętów liniowych, 3 lotniskowce bojowe, 6 pomocniczych (w sumie 430 samolotów), 10 ciężkich krążowników i 30 niszczycieli (Antoni Wolny dokłada do tej liczby jeden krążownik i odbiera Japończykom 1 pancernik i 2 niszczyciele). Ozawa liczył na wsparcie samolotów będących w tym czasie na Marianach. Przeliczył się, gdyż do 14 czerwca, po udanych atakach sił powietrznych i morskich nieprzyjaciela, lotnictwo archipelagu praktycznie przestało istnieć. Operacje te prowadził Task Force 58 adm. Mitschera. Wsparcie desantu miała zapewnić jeszcze Piąta Flota adm. Spruance'a. Amerykanie mieli przewagę przed zbliżającą się bitwą, a na ich korzyść przemawiał dodatkowo fakt zatopienia lotniskowców japońskich "Shokaku" i "Taiho" w dniu 19 czerwca. Udaną akcję przeprowadziły okręty podwodne. Oprócz tego na dno poszły trzy tankowce i cztery niszczyciele. Tego dnia Japończycy ponieśli jeszcze jedną klęskę - samoloty atakujące odległe o 750 kilometrów zgrupowanie Amerykanów, szybko zostały dostrzeżone, a wyprawę mocno przetrzebiono. Z 500 samolotów aż 390 spadło w dół. Te, którym udało się przedrzeć do okrętów wroga, szybko dołączyły do spadających w dół bomb. W ślad za ładunkiem spadło 19 z 40 maszyn, które wykonały atak. Siły powietrzne USA utraciły w bitwie zaledwie 27 samolotów. 20 czerwca flota japońska została wykryta. Poderwało się amerykańskie lotnictwo, które nie napotkało praktycznie żądnego oporu po wcześniejszym zwycięstwie. Mimo to ogień z pokładów japońskich okrętów był dość celny. Zatopienie lotniskowca "Hitaka" i jednego z niszczycieli Amerykanie przypłacili stratą 90 samolotów (przy okazji zniszczono resztki japońskiego lotnictwa).

Wróćmy teraz do działań na lądzie. Tutaj to Japonia górowała. W nocy z 6 na 7 lipca 3000 żołnierzy japońskich wdarło się w głąb amerykańskich jednostek. Mimo skutecznego początkowo ataku, z ofensywy szybko zrezygnowano i rozpoczęto formowanie defensywy. Celny amerykański ogień z powrotem odrzucił obrońców wyspy. Był to ostatni atak Japończyków na Saipanie. Jak pisze Robert Guillain, na wyspie rozgrywały się dantejskie sceny. Żołnierze kraju wschodzącego słońca popełniali rytualne samobójstwa. Cywile, poddani wrogiej propagandzie japońskiej, na widok Amerykanów odbierali sobie życie, rzucając się choćby w rozpadliny, jakich na Saipanie nie brakowało. Również dowódcy poddali się bezlitosnej tradycji. Gen. Saito podciął sobie żyły - jego ciało znaleziono bez głowy. Jeden z podwładnych odciął mu ją szablą. Również Nagumo zwrócił pistolet przeciwko sobie. Jemu akurat trudno się dziwić, bowiem co i rusz przełykał gorzkie pigułki porażki na froncie pacyficznym. Przerażeni Amerykanie nie mogli nic poradzić na akty krańcowej desperacji. 9 lipca wyspa była w ich rękach - zginęło 23 811 Japończyków, 3426 żołnierzy US Army poległo, 13 099 było rannych. W dalszej kolejności siły amerykańskie miały szturmować Tinian. Przeciw 9000 żołnierzy wiceadm. Kakui Kakudy ruszyły siły 2. i 4. DPM. Desant rozpoczęto 24 lipca. Również w Tinianie, widząc bezcelowość ataku, większość Japończyków zginęła z własnej ręki. Wyspa została opanowana do 2 sierpnia. Amerykanie stracili 389 zabitych i 1816 rannych; Japończycy najprawdopodobniej utracili blisko 9000 ludzi. Na Guam znajdowało się 19 tys. obrońców. Do ich wyparcia przeznaczony został 3. korpus gen. Geigera. 21 lipa, po silnym ostrzale wyspy przez siły marynarki, rozpoczął się desant. Podczas walk o Guam użyto Indian Navajo jako radiotelegrafistów, co zapewniało Amerykanom możliwość swobodnego nawiązywania połączeń. 10 sierpnia, po krwawych walkach, wyspa została wreszcie zdobyta. Kosztowało to Amerykanów 7083 żołnierzy (1290 zabitych, 145 zaginionych i 5648 rannych). Japończycy stracili 10 693 zabitych i 98 wziętych do niewoli. Co ciekawe, kilkuset żołnierzy kontynuowało walkę, ukrywając się w górach do 4 września 1945 roku, a więc nawet po oficjalnym zakończeniu zmagań na Pacyfiku.

8 września Połączony Komitet Szefów Sztabów podjął kluczową dla przebiegu dalszej wojny decyzję. Gen. MacArthur otrzymał rozkaz kontynuowania ofensywy, a 20 grudnia 1944 roku siły sprzymierzone rozpoczną lądowanie na wyspie Leyte. Dzięki efektownym zwycięstwom na Pacyfiku adm. Nimitz zaakceptował propozycję przyspieszenia desantu o trzy miesiące. 20 grudnia, a więc w dniu, który uznawano do tej pory za dzień lądowania na Leyte, MacArthur miał wyzwalać już Luzon. Wyspa Leyte leży w centralnej części Filipin, nieco na północ od Mindanao. Jej długość wynosi 203 km, a szerokość waha się od 28 do 83 km. Ze względu na ukształtowanie powierzchni desantować można tylko ze wschodu. Za całość obrony Filipin odpowiedzialna była Grupa Armii "Południe" feldmarszałka Terauchi, który pod rozkazem miał 6 dywizji z 14 armii gen. Tomoyuki Yamashity i 35. armii gen. Sosaku Suzuki (1., 8.., 16., 28., 30. i 103. DP). Na Leyte znajdowała się 16. DP gen. Makino. Obok sił lądowych Japończycy posiadali spore siły powietrzne. Mimo poważnych strat zadanych dotychczas przez lotnictwo amerykańskie, 4. armia miała 83 myśliwce i 154 bombowce, a 5. armia 86 bombowców i 115 myśliwców. Podlegały one wiceadm. Gunichi Mikawie. Ewentualną pomoc zapewnić miała 6. armia wiceadm. Shigeru Fukudome znajdująca się na Tajwanie, Kiusiu i Wyspach Riukiu. Armia ta miała 514 bombowców i 223 myśliwce. Amerykanie przeznaczyli do operacji na Leyte spore siły pod dowództwem gen. MacArthura (siły lądowe, 7. flota wojenna i niewielki procent lotnictwa), adm. Nimitza (3. flota adm. Halseya i 7. armia lotnicza), gen. Arnolda (20. armia lotnictwa strategicznego) i gen. Stilwella (44. armia lotnicza). Jak pisze A. Wolny: "Dowódcą sił morskich atakujących centralne Filipiny wyznaczony został wiceadm. Thomas C. Kinkaid, gen. Walter Krüger został dowódcą wojsk lądowych biorących udział w tej operacji". W porcie Tadoban miał lądować 10. korpus gen. Franklina C. Siberta, na wschodzie Leyte - 24. korpus gen. J. R. Hodge'a. W sumie do operacji zaangażowano ponad 150 tys. żołnierzy wojsk desantowych i 743 okręty, nie wliczając 3. floty adm. Halseya, która osłaniała akcję. Od 17 października Amerykanie zajmowali pozycje przed kluczowym atakiem na Leyte. Opanowano Saluan, Dinagat oraz Hanonhan. 20 października o 10.00 rozpoczął się desant. W tym samym czasie na morzu doszło do dramatycznej potyczki. Właściwie w najbliższych dniach doszło do szeregu starć, które zainicjowała II bitwa na Morzu Filipińskim. Japończycy przystąpili do realizacji planu "Sho" ("Zwycięstwo"), który zakładał szereg operacji Połączonej Floty przeciw napierającym siłom sprzymierzonych. W ten właśnie sposób doszło do bitew w rejonie Filipin. Do odparcia sił desantowych na Leyte Japończycy rzucili potężne siły, których trzon stanowiła tzw. grupa centralna adm. Takeo Kurity (5 pancerników, 10 ciężkich i 2 lekkie krążowniki oraz 15 niszczycieli). Miała wyjść z bazy Lingga i od północy zaatakować nieprzyjaciela. Drugą grupę stanowił zespół adm. Shoji Nishimury (grupa południowa), w której składzie funkcjonowały pancerniki "Yamashiro" i "Fuso", krążownik "Mogami" i 4 niszczyciele. Wzmocniły ją siły wiceadm. Kiyohide Shimy (2 ciężkie krążowniki "Nati" i "Ashigara", 1 lekki krążownik "Abakuma" i 4 niszczyciele), które dołączono w ostatniej chwili. Grupa północna adm. Jisaburo Ozawy posiadała 4 lotniskowce, 2 okręty liniowe-lotniskowce, 3 lekkie krążowniki i 10 niszczycieli. Jej celem stała się północna część Luzonu. Jednakże wyznaczono jej jeszcze inne zadanie - lotniskowce miały być przynętą dla Amerykanów, co umożliwiłoby pozostałym grupom zaatakowanie głównych sił amerykańskich pozostających bez odpowiedniej osłony. Zastanawia fakt przydzielenia tak dziwnego zadania potężnym do tej pory okrętom. Japończycy nie mieli wystarczającej liczby samolotów, aby sprawnie prowadzić do boju lotniskowce. Wszystkie trzy grupy miały na wyposażeniu 116 maszyn, przy czym Amerykanie aż 1280. Dodać musimy jeszcze, iż grupie Halseya wyznaczono odpowiedzialne zadanie pilnowania Cieśniny San Bernardino (pomiędzy Luzon i Samar), natomiast Cieśninę Surigao (Leyte i Mindanao) przydzielono 7. flocie adm. Jesse Oldendorfa. W nocy z 22 na 23 października serię potyczek otwarły okręty podwodne "Dorter" i "Dace", które patrolowały obszar pomiędzy wyspami Palawan i Borneo. Rankiem 23 października "Dorter" posłał na dno krążownik "Atago" - okręt flagowy Kurity - i uszkodził krążownik "Takao". Następnie rozpoczął swój atak torpedowy "Dace", trafiając i zatapiając krążownik "Maya". Kolejnego dnia, tj. 24 października do akcji weszło amerykańskie lotnictwo, a adm. Kurita uparcie zdążał do cieśn. San Bernardino. W wyniku udanego ataku pod powierzchnię wód Morza Sulu podryfował "Musashi". Krążownik "Myoto" musiał się wycofać, pancerniki "Yamato" i "Nagato" otrzymały trafienia bombami. O tej samej porze japońskie lotnictwo usiłowało przedostać się przez zaporę myśliwców do lotniskowców adm. Shermana. Wyprawa została rozbita - z 200 samolotów aż 78 zostało zestrzelonych. Japończycy zaniechali ataku. Niestety, samotny samolot zdołał przedostać się nad lotniskowiec "Princeton" i ulokować jedną bombę w pokładzie okrętu. Wobec niemożności pomocy i zagrożenia dla innych okrętów, Amerykanie postanowili dobić lotniskowiec. Tymczasem japońskie samoloty pokładowe atakowały grupę Helseya. Ten zdecydował się na dość ryzykowne rozwiązanie i udał się na północ za lotniskowcami japońskimi. Zabierając siły 3. floty, nie powiadomił o tym ani adm. Kinkaida, ani gen. MacArthura. Wieczorem, gdy Halsey podążał już za wrogiem, do cieśniny Surigao, bronionej przez część 7. floty, zaczęły zbliżać się okręty japońskie z grupy południowej. Adm. Nishimura nie spodziewał się kłopotów w przejściu. Beztrosko prowadził swoje okręty w dwóch kolumnach - jedną stanowiły pancerniki "Fuso" i "Yamashiro", drugą krążownik "Mogami" i 4 niszczyciele. Amerykanie czekali na niego z krążownikami "Louisville", "Portland", "Minneapolis", "Columbia", "Phoenix", "Denver", "Boise" i "Shropshire", pancernikami "Mississippi", "West Virginia", "Maryland", "Tennessee", "California" i "Pennsylvania", 26 niszczycielami i 39 kutrami torpedowymi. Po północy Nishimura rozpoczął forsowanie przesmyku. Początkowo napotkał jedynie na słaby opór kutrów. Następnie do walki włączyły się niszczyciele, które około 3.00 rozpoczęły atak. Trafiony torpedami "Yamashiro" zatonął. Podobny los spotkał niszczyciele "Yamagumo" i "Michishio". Krążownik "Mogami" został uszkodzony. Gdy do walki włączyły się krążowniki i pancerniki, jej wynik był już przesądzony. Zatonął jeszcze "Fuso". "Mogami" i dwa ocalałe niszczyciele rozpoczęły odwrót. Nie był to jednak koniec bitwy. Zespół adm. Shimy również podążał do cieśniny Surigao. W wyniku krótkiej walki jego grupa została rozbita, a z 3 krążowników i 4 niszczycieli Shimy, krążownika, 2 pancerników i 4 niszczycieli Nishimury ocalało zaledwie 7 okrętów. Silna grupa przestała istnieć. Do kolejnego starcia doszło 25 października koło wyspy Samar. Grupa centralna Kurity przepłynęła cieśninę San Bernardino i rozpoczęła atak na 6 lotniskowców adm. Sprague'a osłanianych dodatkowo przez 3 niszczyciele i 4 eskortowce. W pobliżu przebywała druga i trzecia grupa lotniskowców (w sumie 10 jednostek). Najbliżej Japończyków znajdowała się 3. grupa lotniskowców, o której przed chwilą wspominaliśmy. Kontradm. Sprague miał zatem ciężkie zadanie; jego okręty rozwijały prędkość 19 węzłów - ucieczka nie miała większego sensu. O 7.00 pancernik "Yamato" otworzył ogień. Dzięki zmianie kursu i położeniu zasłony dymnej Amerykanie uniknęli strat podczas pierwszego uderzenia wroga. Także amerykańskie samoloty pokładowe spełniły swoje zadanie i natychmiast rozpoczęły atakowanie przeciwnika, aby ten nie wykorzystał przewagi ogniowej. Niestety, wkrótce zatonął niszczyciel "Johnston", którego dowódca opacznie zrozumiał rozkazy. Następnie do ataku torpedowego ruszyły pozostałe niszczyciele. Japończycy szybko opanowali sytuację, górując nad przeciwnikiem także pod względem szybkości. O 8.00 trafiony został lotniskowiec "Gambier Bay" i w niedługim czasie zatonął. Po raz drugi dowódca 3. grupy sięgnął po niszczyciele. Mimo bohaterskiej akcji zatonęły "Hoel", "Samuel B. Roberts", a uszkodzony został "Dennis". Co dziwne, flota japońska dość nieporadnie poczynała sobie w starciu ze słabszym wrogiem. Na dno, po udanych atakach lotnictwa, poszły 3 krążowniki - "Suzuya", "Chokai" i "Chikuma". Gdy Amerykanie mieli już praktycznie zerowe pole manewru, wiceadm. Kurita zarządził odwrót. Japończycy dowiedzieli się, iż na pomoc lotniskowcom płynie 3. flota. Dlatego też nie chcieli ryzykować porażki. Mimo poniesionych strat Amerykanie mogli uznać starcie za sukces, choć winą za dramatyczne chwile należy obarczyć głównie Halseya. Po wycofaniu się Kurity japońscy kamikaze rozpoczęli samobójczy atak. Rozbijając się na pokładach amerykańskich okrętów, zadali ciężkie straty przeciwnikowi (2 lotniskowce uszkodzone i jeden zatopiony). Tymczasem Halseyowi około godz. 7.10 udało się doścignąć okręty wiceadm. Ozawy. Doszło do kolejnego starcia, tym razem w rejonie przylądka Engano. Samoloty z lotniskowców szybko rozprawiły się z japońskimi siłami powietrznymi. Amerykanie zatopili lotniskowiec "Chitose" i uszkodzili "Zuikaku", "Zuiho", "Chiyoda" i krążownik "Tana". Wtedy Halsey otrzymał niepokojący meldunek o walkach toczonych z Kuritą. Postanowił zrehabilitować się i zawrócił na południe. Na polu walki pozostawił jeden zespół operacyjny, aby ten zniszczył grupę północną. Jak się okazało, Halsey nie zdążył wrócić w porę. Na północy trwały w tym czasie walki. Na dno poszły "Zuikaku" i "Zuiho" oraz "Chiyoda". Następnego dnia kontynuowano pościg, zatapiając krążownik "Noshiro" i jeden z niszczycieli. Tego samego dnia 7. flota dołożyła do listy zatopień krążownik "Kinu" i niszczyciel "Uranami", które zdążały do Leyte z żołnierzami piechoty na pokładach. Tak skończyła się bitwa morska u wybrzeży Filipin. Wydaje się, iż była to całkowita klęska Japonii, która już wkrótce miała zostać powtórzona na lądzie, choć nie w tak drastycznym wymiarze.

Japończycy postanowili utrzymać wyspę Leyte niemal za wszelką cenę. Oceniano, iż jest ona kluczem do dalszej ofensywy amerykańskiej na Filipinach. Dlatego też kraj wschodzącego słońca stopniowo rozbudowywał garnizon wyspy, który wreszcie osiągnął niemal 70 tys. ludzi. Liczba ta byłaby zapewne wyższa, gdyby nie porażki Japończyków na morzu uniemożliwiające sprawne prowadzenie operacji dowozowych. Do 25 października Amerykanie zdołali przysłać tutaj dwa korpusy 6. armii, które liczyły odpowiednio 80 900 (10. korpus) i 51 500 żołnierzy (24. korpus). Uzyskali zatem sporą przewagę liczebną, a gen. MacArthur postanowił pozyskać do współpracy miejscową ludność i z rozpoczął kampanię polityczną. Utworzony został filipiński rząd będący przeciwwagą dla projapońskiej Państwowej Rady Konsultatywnej. Dzięki takim krokom amerykańskie siły zapewniły sobie, jeśli nie poparcie, to przynajmniej sprzyjającą neutralność Filipińczyków. Warto przy okazji wspomnieć, iż MacArthura wsparło około 70 tys. miejscowych, którzy utworzyli prężną partyzantkę na Filipinach zwaną Hukbalapah. Po bezpiecznym przeprowadzeniu desantów Amerykanie rozpoczęli mozolny marsz w głąb wyspy. Do 1 grudnia udało się opanować większą część lądu, choć nieugaszonym ogniskiem oporu był Półwysep San Isidoro. Walki przeciągnęły się na trzy kolejne tygodnie, a MacArthur zdecydował się na wysadzenie desantu 77. dywizji w dniu 7 grudnia. Siły te opanowały port Ormoc. Dopiero 25 grudnia głównodowodzący amerykańskich wojsk oświadczył, iż Leyte została zdobyta, choć opór Japończyków trwał tam do marca 1945 roku. Oczyszczaniem wyspy, na której zginęło 80 557 obrońców, zajęła się 8. armia gen. Roberta L. Eichelbergera. W tym samym czasie rozgorzały walki o wyspę Mindoro, niejako przystawkę przed głównym daniem, Luzonem. Na Mindoro desantował pułk z 24. dywizji oraz 503. pułk powietrzno-desantowy pod dowództwem gen. Dunckela. Miał on do dyspozycji 11 878 żołnierzy oraz 5901 saperów. Dowództwo nad operacjami morskimi w tym rejonie objął kontradm. Struble, który mógł użyć 3 krążowników, 7 niszczycieli i 31 ścigaczy. Mindoro broniło zaledwie 500 Japończyków. Rankiem 15 grudnia Amerykanie rozpoczęli lądowanie. Szybko uporano się z wątłą załogą wyspy, a po podboju przystąpiono do budowy ważnego lotniska umożliwiającego sprawniejsze akcje nad Luzonem. Na największej wyspie Filipin znajdowało się 200 tys. żołnierzy japońskich. Osłonę morską zapewniała niewielka flota. Do desantu amerykańskie dowództwo wyznaczyło zaprawioną w bojach 6. armię wspieraną z morza przez 3. flotę i z powietrza przez 14. i 20. ALot. W nocy z 3 na 4 stycznia 1945 roku Amerykanie rozpoczęli lądowanie w Zatoce Lingayen. Szybko opanowano tamtejsze lotnisko. Dzięki zaskoczeniu Japończyków, którzy sądzili, iż desant nastąpi w innej części wyspy, udało się głęboko wedrzeć w głąb Luzonu. Aby jeszcze uwydatnić pierwsze sukcesy, 29 stycznia 38. dywizja i 34. pułk piechoty gen. Halla desantowały na zachodnim wybrzeżu w rejonie San Filipe. W tym samym czasie, po krwawych walkach ulicznych i zrujnowaniu miasta, wyzwolono Manilę. MacArthur, zgodnie z obietnicą złożoną przed kilkudziesięcioma miesiącami, powrócił na Filipiny. 15 lutego lądował 151. pułk z 38. dywizji, a następnie 3. batalion 34. pułku, którym przydzielono strefę w rejonie Corregidor. Twierdza nie opierała się długo i po dwunastu dniach w zasadzie zakończono większe walki w tym rejonie. Ceną była strata 209 zabitych, 75 rannych i 19 zaginionych. Straty japońskie szacowano na 6 tys. członków garnizonu. Niemal cała wyspa dostała się w ręce Amerykanów, a walki toczono teraz głównie w północnej części Luzonu. Na terenach tych bardzo trudno było zwalczyć japońską partyzantkę, która stawiała opór do czerwca 1945 roku. Właściwie dopiero 15 sierpnia oficjalnie skapitulowała 14. armia. W sumie, w trakcie 6-miesięcznej kampanii, życie straciło 13 700 żołnierzy MacArthura, a 48 443 było rannych. Japonia utraciła blisko 450 tys. ludzi, ale straty te były nieporównywalne z klęskami strategicznymi, które znacznie przybliżyły Amerykanów do wysp macierzystych kraju kwitnącej wiśni.

Już na początku 1945 roku Amerykanie znaleźli się w sytuacji idealnej do nękania japońskich wysp macierzystych ciągłymi atakami. Nieustanne naloty mocno podkopały wiarę Japończyków w końcowe zwycięstwo, które nieubłaganie przybliżało się teraz do przeciwnika. A ten swobodnie kierował się ku Tokio, choć na razie desant na którejkolwiek z wysp macierzystych nie wchodził w grę. Należało zatem wypracować sobie odpowiednią sytuację strategiczną i zdobyć niezbędne do uderzenia przedpole. Tym przedpolem były głównie wyspy Iwo-Jima i Okinawa leżące w niedalekiej odległości od Tokio, w zasadzie około 600 mil, co umożliwiało już prowadzenie skutecznych nalotów lotnictwa startującego z pasów naziemnych. Iwo-Jima była maleńką wyspą liczącą sobie niewiele ponad 20 kilometrów kwadratowych. Rozmieszczono tam jednak trzy lotniska, co podnosiło jej znaczenie w oczach amerykańskiego dowództwa. Japończycy także zdawali sobie sprawę z zagrożenia płynącego z zajęcia "Wyspy Siarczanej" i zdecydowali się na posłanie do boju 12 tys. żołnierzy garnizonu. Stany Zjednoczone desygnowały do uderzenia zdecydowanie więcej żołnierzy niż mógł przeciwstawić wróg, wyznaczając aż 113 tys. ludzi. Do operacji zaangażowano 72 transportowce, 380 jednostek desantowych, 14 pancerników, 28 lotniskowców, 22 krążowniki i 117 niszczycieli. Od 16 lutego 1945 roku wyspę ostrzeliwano z morza i atakowano z powietrza. Mimo zaangażowania tak poważnych sił, nie powiodły się próby złamania ducha bojowego obrońców. Ci natomiast zorganizowali udaną akcję ostrzelania krążownika "Pensacola" zakończoną uszkodzeniem jednostki US Navy. 19 lutego o 9.30 siły gen. Hollanda Smitha rozpoczęły lądowania. Obrońcy byli doskonale przygotowani do odparcia desantu - w samym tylko pierwszym dniu walk straty atakujących sięgały 2420 żołnierzy, co było rekordowo dużą ilością. Ukształtowanie powierzchni środkowej części wyspy uniemożliwiało użycie czołgów. Strome wulkaniczne zbocza i betonowe umocnienia wykluczały posuwanie się do przodu wojsk pancernych, co w dużej mierze przyczyniało się do osłabienia siły bojowej armii amerykańskiej. Nawet przysyłane stopniowo posiłki dla wojsk nacierających nie były w stanie zniszczyć japońskich obrońców, uporczywie trwających na pozycjach. 21 marca dowództwo garnizonu zameldowało, iż walczyć będzie do końca. Co obiecali, uczynili, bijąc się do ostatniego naboju. Stopniowo wyniszczane siły częściowo uległy rozproszeniu i jeszcze w maju amerykańscy żołnierze oczyszczali wyspę z niedobitków. Amerykanie przypłacili jej zdobycie liczbą 6821 ludzi. 18 070 było rannych. Japończycy stracili niemal wszystkich żołnierzy, którzy stanęli do boju; poległo 22 tys. ludzi. Wielu z nich stanowiło siły wsparcia, jakie przysłano na Iwo-Jimę w trakcie trwania boju.

Walki o Okinawę miały równie dramatyczny przebieg. Największej wyspy archipelagu Riukiu broniło ponad 100 tys. żołnierzy z 32. armii gen. Ushijimy. Do operacji "Iceberg" amerykańskie dowództwo przydzieliło 183 tys. żołnierzy pochodzących głównie z 10. armii gen. Bucknera. W jej składzie operował 10. korpus gen. Geigera w sile 1., 2. i 6. DPM oraz 81. DP, a także 24. korpus gen. Hodge'a w sile 7., 27., 77., i 96. DP. Naczelnym dowódcą operacji mianowano adm. Spruance'a, który miał pod komendą ponad 1500 jednostek pływających. Desant wyznaczono na 1 kwietnia 1945 roku. Wcześniej, przez ponad tydzień, Amerykanie ostrzeliwali wyspę z morza i powietrza. 10. armia lądować miała na zachodnim wybrzeżu, gdzie warunki terenowe wydawały się być sprzyjające. Po przecięciu wyspy wojska miały zwrócić się na północ i tam zmiażdżyć opór Ushijimy i jego kompanów. Japończycy opierali swój plan na desperacji i subordynacji żołnierza oraz niszczycielskiej sile samobójców - kamikaze. Już w dniu uderzenia, 1 kwietnia, "boski wiatr" dał znać o sobie. Samobójcy z powodzeniem atakowali okręty desantowe, na których notowano liczne uszkodzenia. Pierwsze dni walk nie przyniosły ani rozstrzygnięcia, nie większych starć. Japończycy spokojnie realizowali plan obrony w głębi wyspy, a Amerykanie umacniali łatwo zdobyte przyczółki. Do 4 kwietnia wdarli się na głębokość do 16 kilometrów. 7 kwietnia japońska marynarka poniosła niepowetowaną stratę, bowiem zatopiony został pancernik "Yamato". Było to preludium klęski kraju kwitnącej wiśni na Okinawie. 4 kwietnia rozpoczęło się natarcie Amerykanów na dwóch kierunkach - 3. korpus poszedł na północ, 24. korpus na południe. 13 kwietnia 3. korpus osiągnął północny brzeg wyspy, nie napotkał na swej drodze większego oporu. Okazało się, iż główne siły nieprzyjaciela zgromadzone zostały po przeciwległej stronie Okinawy, gdzie uderzał 24. korpus. 32. armia stała tutaj mocno, zagradzając drogę Amerykanom. Wywiązała się sytuacja patowa, a żadna ze stron nie była w stanie zmienić jej na swoją korzyść. 3 maja Japończycy zdecydowali się na dość niespodziewany atak, ale ich uderzenie było nieskuteczne i przyniosło ogromne straty (6227 zabitych). Wtedy na południe zaczął przesuwać się 3. korpus, wspierając siły Hodge'a. Do 4 czerwca trwał odwrót Japończyków na nowe pozycje. Gen Ushijima uznał, iż obrona górzystej południowej części wyspy będzie najskuteczniejsza. 11 czerwca 10. armia przeszła do ofensywy, w wyniku której 22 czerwca wyspa została praktycznie zdobyta. Dowódca japoński odebrał sobie życie. W walkach jego los podzieliło 7374 żołnierzy amerykańskich. Straty w rannych sięgały 31 807 żołnierzy, notowano 239 zaginionych. 32. armia utraciła 110 071 ludzi, tylko 7401 było rannych. Poddało się zaledwie 10 755 żołnierzy. Dodatkowo Okinawa kosztowała flotę USA aż 768 samolotów, 4907 marynarzy i 36 okrętów (368 zostało uszkodzonych). Operacja "Iceberg", mimo sporego rozlewu krwi, skończyła się sukcesem armii amerykańskiej, choć wielu zwracało uwagę, iż była w dużej mierze epizodem niepotrzebnym.

Opisując wydarzenia na Pacyfiku, niemal zupełnie pominęliśmy front w Azji. A przecież tam również rozgrywały się pasjonujące wydarzenia. W latach 1942-45 środkowa i południowa Azja stały się terenem działań armii japońskiej, chińskiej, nawet brytyjskiej. Jak pamiętamy z początkowej części tej opowieści, Japonia toczyła zacięte walki na terytorium Chin. Zajęcie Mandżurii, a następnie północnych i środkowych rubieży chińskich było pierwszym krokiem do utworzenia wielkiego imperium kraju kwitnącej wiśni. W grudniu 1941 roku, gdy toczono pierwsze boje na Pacyfiku, Japończycy rozpoczęli natarcie na miasto Czangsza. Czang Kaj-szekowi doskwierał w tym czasie brak wyposażenia i środków do walki. Chińczycy domagali się od Amerykanów efektywniejszego wsparcia w toczonej przez siebie wojnie. Stany Zjednoczone doceniały wartość bojową sojusznika i znaczenie tamtejszego frontu, który angażował sporą część sił japońskich. Podbój Birmy w dużej mierze uniemożliwił wydatną pomoc dla armii chińskiej. Jedyną realną drogą dowozu zaopatrzenia był korytarz powietrzny wiodący z hinduskiej prowincji Assam. Choć system ten był narażony na spore zagrożenia, sprawdzał się w wojennych warunkach. Wojska Kuomintangu prowadziły działania o dość ograniczonym charakterze, a główny ciężar brała na swoje barki Komunistyczna Partia Chin i jej żołnierze. Wydaje się, iż spory wpływ na taką sytuację miały wewnętrzne rozgrywki wśród współpracowników Czang Kaj-szeka. Nie da się ukryć, iż sporą częścią dowódców rządził pieniądz, a oni sami obsadzali stanowiska często w wyniku machinacji i machlojek. Stan armii był fatalny; wojaków nie szkolono, nie umieli oni walczyć w nowoczesnej wojnie. Słabą kondycję chińskiej armii potwierdziła ofensywa japońska z marca 1944 roku, kiedy to nacierający opanowali szybko miasta Czengczou i Luoyang w prowincji Honan. Kolejnym celem Japończyków stała się prowincja Hunan, gdzie zajęta została stolica, Czangsza. Następnie walki przeniosły się do prowincji Kuangsi. Tym samym nawałnica japońska kierowała się na południe, w stronę Wietnamu. W grudniu uderzający z północy żołnierze połączyli się z wietnamskimi oddziałami. Niepokojąca sytuacja w Chinach szybko została zauważona w Waszyngtonie. Doszło do zmian personalnych wśród amerykańskich dyplomatów - 30 sierpnia 1944 roku ambasadorem przy państwie Czang Kaj-szeka został Patrick J. Hurley. Zdolny polityk natychmiast rozpoczął działania w celu przywrócenia jedności frontu chińskiego. Porozumienie z władzami KPCh umożliwiło stworzenie umowy warunkującej udział armii i przywódców partii w tworzeniu nowego państwa. Warunki te odrzucił Czang Kaj-szek, obawiając się przesadnego wzmocnienia ideologicznego wroga. Wiosną pertraktacje trwały nadal. Wtedy też na froncie można było zaobserwować pierwsze skutki rozkładu koalicji Państw Osi. Wojska japońskie, wobec niepowodzeń na innych frontach oraz porażki III Rzeszy, rozpoczęły odwrót w stronę Mandżurii, aby tam utworzyć obronę przed spodziewaną ofensywą Armii Czerwonej. Chiny znowu odzyskały nadzieję na wyzwolenie spod jarzma okupanta. Właściwie sytuacja nie zmieniła się aż do sierpnia 1945 roku, kiedy to Sowieci przystąpili do wykonania sojuszniczych zobowiązań.

Gdy na froncie azjatyckim panował jeszcze względny spokój, Japończycy podporządkowali sobie Birmę. W 1943 roku zorganizowali tam marionetkowy rząd pod wodzą U Ba Mo. Początkowo mieszkańcy Birmy witali wkraczających żołnierzy jak wyzwolicieli, wkrótce jednak okazało się, iż Japonia nie ma zamiaru budować niepodległego państwa. 4 lutego 1944 roku 15. armia japońska rozpoczęła ofensywę w kierunku Indii. Aby odeprzeć atak, alianci wprowadzili do walki 22. i 38. dywizje armii chińskiej. Od północy i wschodu uderzały kolejne jednostki sojusznicze. Zmasowany opór zmusił Japończyków do zaniechania uderzenia, co przeistoczyło się wkrótce w odwrót na południe. Alianci szybko wypierali wroga. 19 grudnia opanowano Bhamo, 22 stycznia odblokowana została Droga Birmańska. 27 marca, ku rozpaczy dowódców japońskich z 15. i 33. armii, Birmańczycy rozpoczęli antyjapońskie powstanie. Armia Birmy w sile 50 tys. ludzi zaatakowała wycofujące się wojska. 2 maja padł Rangun. Wszystko wspierały wojska alianckie, a Brytyjczycy sprawowali polityczną pieczę nad wydarzeniami w Birmie, co pozwoliło im na odzyskanie hegemonii w tej części świata w pierwszych latach po wojnie. Kształtowanie narodowych armii było jednak pierwszym krokiem do pełnej wolności i samodzielnych państw azjatyckich, które w kilka lat później zaczęły domagać się zwolnienia od podporządkowania europejskim zaborcom.

8 sierpnia 1945 roku Związek Radziecki zdecydował się na wypełnienie obietnic danych prezydentowi Stanów Zjednoczonych i rozpoczął zmagania wojenne z Japończykami w Mandżurii. W zasadzie operacja przeciwko Armii Kwantuńskiej była niewiele znaczącym epizodem, bowiem w tym czasie na japońskie miasta spadły dwie bomby atomowe, które przesądziły sprawę wojny na Pacyfiku. Szybka ofensywa radziecka rozstrzygnęła losy Mandżurii, która podlegała teraz Sowietom, oraz Armii Kwantuńskiej, rozbitej w ciągu tygodnia. Blisko pół miliona Japończyków powędrowało do niewoli radzieckiej, a Stalin mógł cieszyć się, iż jego sprawna machina wojenna rozbiła kolejnego wroga i umożliwiła podporządkowanie terenów północno-zachodniej Azji, co miało zaprocentować w przyszłości.

Gigantyczne zmagania na Pacyfiku powoli się kończyły. Amerykanie przystąpili do ataku, który wyprowadził ich na przedpola Japonii. W strategiczne bombardowania wysp macierzystych angażowano coraz większe ilości pilotów. Zdobycie Iwo-Jimy umożliwiało praktycznie bezkarne naloty na Tokio i inne miasta kraju kwitnącej wiśni. Od początku ponawiano uderzenia na Nagoyę, Osakę, Kobe oraz Tokio. Zniszczenia były ogromne; niezwykłe straty notowano wśród ludności cywilnej - szacowano, iż 260 tys. ludzi mogło zginąć, a ponad 9 mln nie miało gdzie mieszkać. Mimo to Japonia nadal opierała się siłom sprzymierzonym i nie miała zamiaru kapitulować. To zmuszało strategów amerykańskich do opracowania planu desantu na wyspach macierzystych. Połączony Komitet Szefów Sztabów był przekonany, iż takie rozwiązanie będzie niezwykle kosztowne i oszacował ewentualne straty na milion żołnierzy. Tymczasem na front wchodziła nowa, straszliwa broń - bomba atomowa. Prace nad tego typu urządzeniem ukończono w lipcu 1945 roku. Już 16 lipca przeprowadzona została pierwsza udana próba atomowa. Przedstawione Japończykom ultimatum było ostatnim momentem, w którym mogli oni uniknąć śmiercionośnej siły rażenia nowej broni Amerykanów. Niestety, dokument został odrzucony. Dlatego też 6 sierpnia o 8.15 na Hiroshimę spadła pierwsza z bomb atomowych o przewrotnej nazwie "Little Boy". 78 150 ludzi zostało zabitych, 13 983 uznano za zaginionych, 37 422 zaliczono do grupy rannych - blisko 80% miasta zostało zniszczone przy użyciu jednego ładunku. 9 sierpnia druga z bomb dosięgła Nagasaki. Tam straty szacowano na 35 tys. zabitych, 60 tys. rannych. Dwa uderzenia były wystarczającym pokazem potęgi Stanów Zjednoczonych. Ciężko jest mówić tutaj o moralności, choć temat ten pojawia się przy problemie użycia bomby atomowej. Według Amerykanów był to najszybszy sposób zakończenia II wojny światowej i nie pomylili się w swoich oczekiwaniach. Śmierć tysięcy ludzi przesądziła o końcu światowego konfliktu. 15 sierpnia, wobec agresji sił Związku Radzieckiego na Mandżurię (od 8 sierpnia 1945 roku) oraz po spektakularnym pokazie siły USA, Najwyższa Rada Wojenna i rząd Japonii zdecydowały o kapitulacji. Do decyzji przychylił się cesarz Hirohito, który w przemówieniu obwieścił światu koniec wojny.

2 września na pancerniku "Missouri" zakotwiczonym w Zatoce Tokijskiej, w obecności przedstawicieli Narodów Zjednoczonych (Naczelny Dowódca gen. Douglas MacArthur, przedstawiciel USA adm. Chester Nimitz, przedstawiciel Chin Czang Jung-hou, Wielkiej Brytanii adm. Bruce Fraser, ZSRR gen. Dieriewienko, Australii gen. Blamey, Kanady płk Moore-Cosgrave, Francję gen. Leclerc, Holandię adm. Helfrich, wreszcie Nową Zelandię wicemarsz. lotnictwa Isitt. Ceremonia była niezwykle uroczysta. Nic w tym dziwnego, skoro wieńczyła największą i najkrwawszą z wojen w dziejach ludzkości. Teraz zaczęto podsumowywanie zysków i strat poniesionych w czasie wojny, sądzenie zbrodniarzy wojennych oraz rozliczenia z przeszłością. Niektóre z państw podjęły się odbudowy tego, co zostało utracone, inne zdecydowały się na nowy bój, tym razem o pełną niepodległość. Straty japońskie szacowane są na 1 635 676 zabitych, rannych i zaginionych żołnierzy, 60 tys. samolotów oraz 10 pancerników, 16 lotniskowców, 37 krążowników i 137 niszczycieli, które zasiliły skład wraków spoczywających na dnie Pacyfiku.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków