Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Żołnierz polski bije się za wolność wielu narodów, ale umiera tylko dla Polski", Stanisław Maczek

Informacje


Wojna


Wydarzenia


Na froncie


Polska


Biografie


Polityka


Kultura i media


Współpraca






Akcje "Cafe Club" i "Mitropa"


Właściwie natychmiast po rozpoczęciu okupacji ziem polskich przez hitlerowskie Niemcy rozpoczęło się formowanie Polskiego Podziemia. Pierwszy okres działalności podziemnych organizacji stał pod znakiem stowarzyszeń firmowanych przez Rząd Polski na Emigracji. Wobec tego prym w podziemnej działalności wiodły najpierw Służba Zwycięstwu Polski, później Związek Walki Zbrojnej, który od 14 lutego 1942 roku nosił nazwę Armii Krajowej. Wraz z rozwojem Polskiego Podziemia narastało coraz większe zaangażowanie grup związanych z innymi nurtami ideologicznymi. Wśród nich na szczególną uwagę zasługują bojówki powiązane z przedwojennym nurtem komunistycznym, który w okresie okupacji zawarł się w Polskiej Partii Robotniczej, niejako przedłużeniu władztwa Moskwy na Polskę. O ile w pierwszym okresie funkcjonowania Armii Krajowej i Gwardii Ludowej nie dochodziło do większych spięć, co zapewne spowodowane było słabością sił podległych kierownictwu PPR, o tyle z biegiem czasu zauważalne stało się współzawodniczenie obydwu organizacji, które nie mogło przysłużyć się żywotnym interesom Rzeczpospolitej. Spór doktrynalny cieniem położył się na stosunkach między GL i AK i momentami wykluczał współpracę obydwu organizacji dla wspólnego dobra. Jedno, co jednoczyło członków podziemnych grup, to chęć oporu przeciwko barbarzyńskiej polityce okupacyjnej hitlerowskich Niemiec. Nie należy się zatem dziwić, iż Polskie Podziemie dość aktywnie występowało przeciwko okupantowi, starając się piętnować akty jawnych gwałtów na ludności polskiej oraz utrudniać prowadzenie wojny przez wojska Wehrmachtu. Mimo narzekań strony komunistycznej, która sugerowała, iż żołnierze Armii Krajowej stoją z bronią u nogi i nie angażują się w walkę, dowództwo największej polskiej organizacji podziemnej wyznaczało jasne kierunki zbrojnych wystąpień, wśród których na plan pierwszy wysuwały się dywersja i sabotaż. Co więcej, aby nie dochodziło do błędnego rozpoznawania wykonawców podejmowanych co jakiś czas akcji zbrojnych, dowództwo AK nakazało oznaczanie terenu akcji i firmowanie ich symbolem organizacji powiązanej ideowo z Rządem RP na Emigracji. W ten sposób nie tylko informowano Niemców i Polaków, iż w kraju istnieje potężna siła sprzeciwiająca się najeźdźcy, ale i wykluczano możliwość błędu w identyfikacji wykonawców akcji bojowych. Zachodziła bowiem ewentualność, iż komuniści będą chlubić się tym, co tak naprawdę robiła AK. Właśnie z tego typu błędem wiąże się historia napadów na restauracje Cafe Club i Mitropa rozmieszczone w Warszawie. Dowództwo AK, celem wzmożenia działalności dywersyjno-sabotażowej, nakazało przeprowadzenie akcji „Wieniec”, którą wymierzono bezpośrednio w transport i zaopatrzenie zaplecza frontowego Wehrmachtu. Od połowy 1941 roku Niemcy toczyli bowiem śmiertelny bój ze Związkiem Radzieckim i wszelkie uderzenia w transport działały destabilizująco na najważniejsze odcinki frontu. Akcja przeprowadzona przez żołnierzy AK zakończyła się całkowitym sukcesem. Dzięki wysadzeniu kilku trakcji kolejowych ważny węzeł warszawski został na kilka lub kilkadziesiąt godzin wyłączony z ruchu. Dla Niemców był to cios w samo serce frontowego transportu i nietrudno się dziwić, iż natychmiast rozpoczęli poszukiwania winnych za spowodowane zniszczenia. Identyfikacja sprawców zamachu okazała się trudna. Żołnierze Armii Krajowej nie zostawili wyraźnych śladów, wskazujących, kogo należy obarczyć winą za przeprowadzone uderzenie. Co więcej, oddali od siebie zagrożenie, sugerując okupantowi, iż za akcją stali radzieccy partyzanci. Wykorzystany został sprytny fortel polegający na pozostawieniu charakterystycznej broni radzieckiej na miejscu zamachu. Niemcy nie byli w nastroju do przeprowadzania dogłębniejszego dochodzenia; wystarczyło, iż mieli poszlaki wskazujące na wykonawców akcji „Wieniec”. Jakby tego było mało, dowody wskazywały, iż za całością stali znienawidzeni przez reżim hitlerowski komuniści, wróg ideologiczny i aktualny przeciwnik na froncie wschodnim. Strona lewicowa nie miała zamiaru tłumaczyć zajścia i w specjalnym raporcie sporządzonym dla Moskwy wręcz napisano, że akcja „Wieniec” została przeprowadzona przez bojówki powiązane ideologicznie z Polską Partią Robotniczą. Także gen. Stefan Rowecki ps. „Grot” słał do Londynu odpowiednie raporty, z których jasno wynikało, kto tak naprawdę stał za uderzeniem i czyim pomysłem był atak. Nie zmienia to faktu, że o zajściu niewiele wiedziała strona niemiecka. Ważne było to, iż godziło w transport, przez co wspomagało funkcjonowanie radzieckiej machiny wojennej, a na miejscu znalazły się ślady wskazujące na sowieckich partyzantów. To jednoznacznie rozstrzygnęło problem i pozwoliło Niemcom na rozprawienie się z kilkudziesięcioma jeńcami. W Warszawie pojawiły się obwieszczenia informujące ludność o powieszeniu kilkudziesięciu działaczy Polskiego Podziemia, z czego sporą część stanowili komuniści. Cios ten aktywiści PPR-u odebrali osobiście. Dodatkowo mieli motywację do działania, uznając, iż zajmują ważne miejsce w hierarchii podziemnych organizacji bojowych, z czym wiąże się również odpowiedzialność za losy ludności. Właśnie to ostatecznie przesądziło kwestię zorganizowania kolejnej akcji bojowej, która miała być niejako odwetem za niedawne represje.

W okresie okupacji polska kultura cierpiała z powodu ostrej polityki niemieckiej nastawionej na gwałty i agresję. W związku z rozporządzeniami gubernatorów zamknięto część kin, teatrów, restauracji. Spory odsetek lokali otrzymał etykietę: „Nur fur Deutsche”, co jasno wskazywało, iż Polacy nie mogą tam przebywać. Wśród licznych restauracji zamkniętych dla użytku publicznego znalazły się warszawskie Cafe Club oraz Mitropa. Pierwszy z lokali znajdował się na Alejach Jerozolimskich w miejscu ich zbiegu z Nowym Światem. Mitropa rozmieszczona była przy ul. Emilii Plater. Pierwotny plan obejmował również uderzenie na Cafe Otto, także w Alejach Jerozolimskich. Niestety, zaatakowanie budynku nie powiodło się, a grupa oddelegowana do tego zadania, dowodzona przez Mieczysława Ferszta ps. „Młot” wykonała uderzenie zastępcze na drukarnię „Nowego Kuriera Warszawskiego”. Wybiegliśmy jednak nieco w przyszłość. Plan opracowany przez żołnierzy Gwardii Ludowej zakładał koncentryczny zamach na te trzy punkty przy użyciu granatów. Akcje odbyć się miały 24 października w godzinach wieczornych. Jako że była to sobota, spodziewano się, iż wszystkie lokale będą licznie odwiedzane przez Niemców, w tym żołnierzy Wehrmachtu, funkcjonariuszy policji czy prominentnych obywateli pochodzenia niemieckiego. Obecność funkcjonariuszy porządkowych mogła nieco utrudnić akcje, ale zakładano, iż uzyskane zostanie zaskoczenie, a całość przebiegać będzie kilkadziesiąt sekund i Niemcy nawet nie połapią się w sytuacji. Pieczę nad operacją sprawować miał Jan Strzeszewski ps. „Wiktor”. Do uderzenia na Cafe Club wyznaczony został zespół dowodzony przez Romana Boguckiego ps. „Suchy”. Do pomocy przydzielono mu dwóch innych członków Gwardii Ludowej, ale ci nie pojawili się na zbiórce, co skłoniło „Suchego” do dokooptowania Tadeusza Findzińskiego ps. „Olek” i Jerzego Duracza ps. „Jurek”, którzy wsparli akcję. Punktualnie o 19.00 trójka bojowców zbliżyła się do lokalu i wrzuciła tam kilka granatów, które raziły obecnych w restauracji. Po wykonaniu uderzenia bojowcy natychmiast się wycofali, choć od strony Cafe Club padły w ich kierunku strzały. Nikt nie ucierpiał, natomiast szacowane straty niemieckie oceniano na kilkudziesięciu ludzi. W tym samym czasie doszło do podobnego w skutkach i niemal identycznie przeprowadzonego zamachu na restaurację Mitropa. Tam niewielkim zespołem dowodził sam „Wiktor”. Żołnierze Gwardii Ludowej bez większych kłopotów wycofali się z miejsca przeprowadzonej akcji, zostawiając za sobą blisko dwudziestu zabitych lub ranionych Niemców. Hitlerowcy natychmiast przystąpili do rozprawy z ludnością Warszawy i wieczorem aresztowali kilkadziesiąt osób zamieszkujących pobliskie budynki. W kolejnych dniach aresztowania kontynuowano. Ostatecznie pięćdziesiąt osób zatrzymano w charakterze zakładników. W myśl obwieszczenia mieli oni zginąć, gdyby powtórzył się podobny akt wandalizmu i przemocy wymierzonej w ludność niemiecką. Co więcej, gubernator Fischer nałożył na ludność Warszawy kontrybucję w wysokości 1 mln złotych i ustalił godzinę policyjną na godz. 20.00. Były to dość surowe represje, choć właściwie nie ucierpiał nikt z zatrzymanych Polaków. Akcje przeprowadzone przez żołnierzy Gwardii Ludowej odbiły się głośnym echem w Warszawie. Środowiska AK-owskie jednoznacznie skrytykowały nieuzasadnione uderzenie, uznając, iż jest to najprostszy sposób do sprowokowania Niemców i spowodowania większego ucisku ludności warszawskiej. Kontrybucja nałożona na miasto pokazywała, iż korzyści z przeprowadzonego uderzenia były niewymierne względem późniejszych strat. Wydawało się, iż nie tędy wiedzie droga do rozprawienia się z przeciwnikiem. Dysponował on większymi możliwościami bojowymi i uderzenia w obywateli niemieckich traciły na znaczeniu w porównaniu z możliwością wyciągnięcia ogromnych konsekwencji przez gubernatora Fischera i jego podkomendnych. Gwardia Ludowa chełpiła się jednak faktem, iż nie patrzy bezczynnie na panoszenie się Niemców i próbuje przeciwdziałać ich eksterminacyjnej polityce – gwałtem odpowiadając na gwałt. Wysokość kontrybucji skłaniała do podjęcia kolejnych kroków, nawet jeśli miały one być drastyczne.

Uderzenia na Cafe Club i Mitropa pociągnęły za sobą szereg wydarzeń niezwykle ważnych dla Polskiego Podziemia oraz mieszkańców okupowanej Warszawy. Były również początkiem serii akcji wymierzonych w finanse, transport i gospodarkę okupanta. Akcja zainicjowana przez siły Gwardii Ludowej znalazła swój epilog 30 listopada 1942 roku. Kolejna grupa bojowa GL została zaangażowana do odebrania pieniędzy Komunalnej Kasy Oszczędnościowej. Finanse okupacyjnej organizacji mieściły się w budynku Centrali rozmieszczonym przy ul. Traugutta 5. Umiejscowienie Centrali nie było korzystne dla spiskowców, głównie ze względu na bliskość posterunków policji granatowej oraz komendy odcinka Schupo. W efekcie powstać musiał plan dopasowany do trudnych warunków terenowych oraz doskonale zsynchronizowany w czasie, nad czym pracował zespół członków Gwardii Ludowej. Kierowanie akcją po raz kolejny powierzono Janowi Strzeszewskiemu, który miał już spore doświadczenie w dywersyjnej działalności i nie bał się podejmować ryzykownych wyzwań. Plan zakładał uderzenie kilku grup dywersyjnych, które wczesnym rankiem wejdą do banku i zajmą korzystne stanowiska. Wczesna pora pozwalała również sądzić, iż w kasie będzie spora ilość gotówki. Do uderzenia wyznaczono cztery grupy bojowców Gwardii Ludowej. Wejścia mieli obstawiać i trzymać żołnierze pod dowództwem Janusza Zarzyckiego ps. „Wojtek” i Augusta Lange ps. „Stach”. Opanowanie Sali przydzielono grupie Bolesława Kowalskiego ps. „Zygmunt”, z kolei pieniądze odebrać mieli bojowcy wiedzieni do boju przez Stanisława Skrypija ps. „Andrzej”. Rankiem 30 listopada wszyscy byli już na swoich stanowiskach gotowi do uderzenia. Panowała atmosfera napięcia, ale całą akcję rozplanowano w najdrobniejszych szczegółach i właściwie nikt nie brał pod uwagę możliwości fiaska przedsięwzięcia. O 8.10 przystąpiono do akcji, a jeden z bojowców podszedł do kasy i wypowiedział słowa, które były sygnałem do rozpoczęcia uderzenia. W tym momencie wszystko potoczyło się niemal jak w filmach sensacyjnych. Bojowcy zaczęli wymachiwać bronią i szybko sterroryzowali obsługę banku. Akcja przebiegała niezwykle sprawnie. Nikt z zatrzymanych nie podniósł alarmu, a pracownicy banku z wyższych pięter niczego nie świadomi kontynuowali pracę. Po 23 minutach pospiesznego zbierania gotówki bojowcy GL opuścili budynek, zamknęli drzwi na solidną zasuwę i rozpierzchli się. Ich łupem padło 1 052 433 złote, co w zasadzie nawet przewyższało nałożoną kilka tygodni wcześniej kontrybucję. Szybko obwieszczono, iż odebrano należne warszawiakom pieniądze. Co ciekawe, bojowcy zastosowali podczas napadu sprytny fortel. Jedynie Kazimierz Mijal ps. „Artur” próbował stawiać opór, za co szybko skarcono go kilkoma mocnymi szturchnięciami. Wszystko to na oczach innych pracowników banku, co całkowicie oddaliło od „Artura” podejrzenia o współpracę z bojowcami. Tymczasem był on ważnym działaczem Polskiej Partii Robotniczej i to on prowadził dokładne rozpoznanie na terenie Centrali KKO. Żołnierze GL nie zanotowali żadnych strat, co było wyczynem spektakularnym zważywszy, że całą akcję przeprowadzono niemal pod nosem komend policji granatowej i Schupo. Jak pisze Jerzy Śląski („Polska Walcząca”) był to ogromny cios dla niemieckiej administracji i ważny wymiar walki prowadzonej „ku pokrzepieniu serc”: „Na mieszkańcach stolicy wywarła głębokie wrażenie, gdyż zabranie przez członków GL ponad miliona złotych powszechnie interpretowano jako wydarcie Niemcom kontrybucji, którą przed kilkoma dniami w takiej samej wysokości ściągnęli od ludności miasta”.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków