Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Jeśli w następnej wojnie użyjemy broni jądrowej, to kolejną stoczymy na pałki i maczugi", Albert Einstein

Informacje


Wojna


Wydarzenia


Na froncie


Polska


Biografie


Polityka


Kultura i media


Współpraca






Rząd Polski na Emigracji
Zerwanie stosunków i śmierć Sikorskiego


Polityka Rządu Emigracyjnego 1943 roku musiała zostać skonfrontowana z coraz bardziej wrogim stanowiskiem strony radzieckiej. W nocy z 12 na 13 kwietnia niemieckie radio podało informację o odnalezieniu masowych grobów polskich oficerów. Jak się miało okazać, byli to żołnierze Wojska Polskiego więzieni w obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie, o których wielokrotnie pytała Sowietów strona polska. 15 kwietnia na doniesienia reagowali Sowieci i w oficjalnym oświadczeniu obarczyli winą za zbrodnię Niemców, a całe zajście nazwali kłamstwem i oszczerstwem, za pomocą którego goebbelsowska propaganda próbuje poróżnić sojuszników. Wyjaśnienie te nie zadowoliły Sikorskiego. Rząd Emigracyjny zwrócił się 16 kwietnia z prośbą do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, aby ten wyjaśnił sytuację. 17 kwietnia zwołano pospieszne zebranie Rady Ministrów. Gabinet Sikorskiego omówił kwestię grobów katyńskich oraz sprawę komunikatu przygotowanego przez ministrów Kukiela i Kota. Raport Ministerstwa Obrony Narodowej jasno opisywał kulisy porozumiewania się z Sowietami w sprawie Katynia. W ciągu najbliższego tygodnia Sikorski wielokrotnie spotykał się z Edenem i Churchillem, którzy starali się ratować sytuację. Premier, mając za sobą poparcie całego rządu, jednoznacznie odrzucił propozycje wycofania prośby z Genewy. Wreszcie w nocy z 25 na 26 kwietnia Sowieci odczytali ambasadorowi polskiemu w Moskwie Tadeuszowi Romerowi notę, z której wynikało, iż zrywają oni stosunki dyplomatyczne z Rządem Emigracyjnym. 27 kwietnia o zajściu Radę Ministrów poinformował Sikorski. Następnego dnia gabinet spotkał się ponownie. Podczas posiedzenia zatwierdzono tekst komunikatu Rządu Emigracyjnego w sprawie zbrodni katyńskiej. Oświadczenie to zostało skonsultowane z Brytyjczykami i na prośbę Sikorskiego przyjęte bez zmian. Jego łagodna wymowa świadczyła o stopniowym podporządkowaniu się sojusznikom anglosaskim. Kończyło je stwierdzenie: "Obowiązkiem każdego Rządu Polskiego jest i będzie obrona praw Polski i Jej obywateli. Zasady, o które walczą Zjednoczone Narody, i wzmocnione za wszelką cenę ich solidarności w walce ze wspólnym wrogiem pozostają niezmiennie podstawą polityki Rządu Polskiego". Podczas spotkania Rada Ministrów ustaliła, iż apel do genewskiego Międzynarodowego Czerwonego Krzyża bez uzgodnienia tej decyzji z sojusznikami był błędem, jednakże nie wycofano prośby o zbadanie sprawy. Genewa prośbom zadośćuczynić nie mogła, ponieważ na zbadanie grobów nie wyraziła zgody zainteresowana sprawą strona radziecka. Sprawa zatem utknęła w martwym punkcie, ponieważ ani Amerykanie, ani Brytyjczycy nie chcieli się podjąć zbadania grobów. Jednocześnie przedstawiciele rządu brytyjskiego wyrażali wątpliwości co do niewinności Sowietów, czego przykładem są chociażby noty ambasadora brytyjskiego przy Rządzie Emigracyjnym, Owen O'Malleya oraz sir Alexandra Cadogana. Rząd Emigracyjny był w tym czasie mocno zaniepokojony rosnącą rolą podległych Moskwie Polaków, którzy w Związku Radzieckim sformowali Związek Patriotów Polskich pod przewodnictwem Wandy Wasilewskiej oraz wystąpili z prośbą o odtworzenie Armii Polskiej w ZSRR, na co Stalin przystał. ZPP był ewidentną przeciwwagą dla Rządu Emigracyjnego, tym bardziej że w okupowanym kraju coraz prężniej poczynała sobie także zależna od Kremla Polska Partia Robotnicza. Było to niewątpliwe ostrzeżenie dla Sikorskiego i jego współpracowników - jeśli nie ułożą pozytywnie spraw związanych z sojuszem polsko-radzieckim ich przyszłość polityczna w kraju może być zagrożona, tym bardziej że było już pewnym, iż to Armia Czerwona wyzwoli przedwojenne terytorium Rzeczypospolitej. 4 maja w Sielcach nad Oką przystąpiono do formowania 1. Dywizji im. Tadeusza Kościuszki pod dowództwem ppłk Zygmunta Berlinga. Rząd Emigracyjny nie zamierzał bezczynnie obserwować rozwoju wypadków, tym bardziej że było to jawne pogwałcenie suwerenności narodu polskiego. Dlatego też na zebraniu Rady Ministrów 10 maja ustalono, iż złożona zostanie nota protestacyjna w kwestii tworzenia nowej Armii Polskiej w ZSRR. 13 maja rzeczywiście do Foreign Office i Departamentu Stanu spłynęły polskie dokumenty piętnujące samowolne posunięcia Wasilewskiej i Kremla. Wprawdzie Stalin zaprzeczał, jakoby w Związku Radzieckim budowano kadrę pod przyszły rząd wyzwolonej Polski, ale poczynania Związku Patriotów Polskich nie pozostawiały wątpliwości. Zdawali sobie z tego sprawę nawet zagraniczni politycy. O niepokojących wieściach informował swoich przełożonych ambasador amerykański w Moskwie William Standley. Co ciekawe, rozważana była sprawa reorganizacji Rządu Emigracyjnego przez Stalina i Churchilla, który zdawał sobie sprawę, iż ówczesny kształt gabinetu Sikorskiego jest nie do przyjęcia dla strony radzieckiej. 6 maja Sikorski stanął przed Radą Narodową. Jego przemówienie miało charakter podsumowania dotychczasowej pracy Rządu Emigracyjnego oraz stosunków polsko-radzieckich. Poruszył zatem zagadnienia granic, powojennego ładu i stosunków dyplomatycznych oraz kwestię nagonki na jego gabinet, jaka rozpętała się w ostatnich miesiącach. Po zakończeniu imponującej przemowy Rada Narodowa rozpoczęła dyskusję nad słowami premiera oraz ostatnimi wydarzeniami. Okazało się, iż wśród parlamentarzystów wielu jest krytykantów decyzji o zwróceniu się do MCK w Genewie. Mikołajczyk, nie bez złośliwości, replikował, iż kiedy wystosowano wniosek nikt z członków rady nie zgłaszał sprzeciwu. 13 maja, na posiedzeniu Rady Ministrów, zapadła decyzja, iż premier powinien udać się na Bliski Wschód, aby stłumić niepokoje w Armii Polskiej na Wschodzie oraz wzmocnić swoją pozycję w wojsku, co jednocześnie przełożyłoby się na prestiż jego osoby w oczach koalicjantów. 22 maja Sikorski ostatni raz przemawiał na forum Rady Ministrów. Zaskoczyć mogły jego słowa o silnej pozycji Polaków wśród sprzymierzonych. Akcentował także kwestię granic: "Mocne nasze obecnie stanowisko wobec Aliantów w tej sprawie daleko odbiega od sytuacji, w której Generał Sosnkowski uważał linię Curzona za maksimum tego, co zdołamy ocalić na wschodzie". W dwa dni później wsiadł na pokład Liberatora i odleciał z Londynu.

Liberator, którym poleciał Sikorski i jego najbliżsi współpracownicy pilotowany był przez doświadczonego lotnika czeskiego Edwarda Prchala. Pierwszym przystankiem premiera był Gibraltar, ówczesna brytyjska baza morska i lotnicza. Co ciekawe, w chwili gdy samolot docierać miał do Gibraltaru, niektórzy z polskich polityków emigracyjnych odebrali telefony, w których informowano ich o rozbiciu się Liberatora z Sikorskim na pokładzie i śmierci całej załogi. Dziwne wydarzenie zaniepokoiło Polaków, którzy natychmiast poinformowali sojuszników. Brytyjczycy powiadomili zaniepokojonych współpracowników premiera, iż ten znalazł się bezpiecznie w Gibraltarze i stamtąd wyruszy w dalszą podróż. Jego kolejnym przystankiem był Egipt, gdzie przebywał od 27 do 31 maja. Następnie udał się na Środkowy Wschód, aby odwiedzić żołnierzy armii Andersa. Spotkał się tam i z dowódcą Armii Polskiej na Wschodzie. Ich pierwszy kontakty miał w sobie wiele z uprzejmości, ale o serdecznych stosunkach mówić nie można. Z czasem jednak bariera została przełamana, Anders zaczął zachowywać się z nieco mniejszych dystansem. W Iraku Sikorski przebywał od 1 do 17 czerwca. Jego misja zakończyła się pełnym sukcesem. Żołnierze z radością witali Naczelnego Wodza, który szybko zdobył sobie ich zaufanie. Nastrój Sikorskiego stopniowo zaczął się zmieniać, co zauważył Anders: "Wyjaśniłem gen. Sikorskiemu, że to, co mu mówiono, nie odpowiada rzeczywistości, że gdy będzie wśród wojska, sam się najlepiej zorientuje w nastrojach, że włos mu z głowy nie spadnie w czasie pobytu wśród armii polskiej na Wschodzie [...] Gen. Sikorski uspokoił się, jak już nieraz się zdarzało, natychmiast i całkowicie, i nastrój rozmowy stał się szczery i serdeczny". Podczas powrotu zadowolony Sikorski zatrzymał się na dziesięć dni w Bejrucie, wizytował także polskie placówki dyplomatyczne na Bliskim Wschodzie. Stamtąd, 27 czerwca, wygłosił swoje ostatnie przemówienie do kraju. "Każdy polski żołnierz - mówił - zdaje sobie sprawę z tego, że droga do Kraju, o którym śni, wiedzie przez walkę, że znaczyć ją będzie musiał swoją krwią i potem". Powrotu do kraju życzyli mu najbliżsi współpracownicy podczas krótkiego przyjęcia imieninowego zorganizowanego 26 czerwca. 29 czerwca generał przybył do Kairu i stamtąd 3 lipca wyruszył do Gibraltaru. 4 lipca miał rozpocząć podróż do Londynu. Jego Liberatora miał ponownie pilotować Prchal, o co prosił sam Sikorski. W międzyczasie w okupowanym kraju Polskie Podziemie otrzymało kolejny potężny cios od Niemców - 30 czerwca aresztowany został gen. Stefan Rowecki ps. "Grot", dowódca KG Armii Krajowej. Krótko po 23.00 4 lipca maszyna poderwała się do lotu. Szybowała tylko kilkadziesiąt sekund, gdyż nagle silniki przestały pracować i z pełnym impetem uderzyła w wodę. Obserwujący odlot Sikorskiego zamarli. Pospiesznie zorganizowana akcja ratunkowa nie przyniosła rezultatu. Katastrofę przeżył jedynie pilot Prchal, a jego zeznania stały się później podstawą dochodzenia w kwestii ewentualnego sabotażu w Liberatorze. Ostatecznie nie uniknięto kontrowersji, gdyż brytyjska komisja wykluczyła celowe działanie dywersyjne, ale przyczyn wypadku nie ustaliła. To oczywiście było przyczynkiem do rozmaitych spiskowych teorii, które zaczęły pojawiać się już następnego dnia po tragedii. Niemieckie gazety propagandowe przekrzykiwały się w nagłówkach oskarżających Brytyjczyków o zlikwidowanie niewygodnej postaci polskiego przywódcy. O zamach oskarżano także polskich opozycjonistów z Sosnkowskim i Andersem na czele. Brakowało jednak dowodów, iż sabotaż stał się przyczyną katastrofy Liberatora, a zeznania Prchala zamiast wyjaśnić pewne kwestie, tylko pogłębiły chaos. W Londynie zapanował nastrój przygnębienia. Wszyscy byli świadomi, iż odszedł wielki człowiek i wielki przywódca, choć nie brakowało i takich, którzy cieszyli się z dramatycznego rozwiązania problemu polityki Sikorskiego. Tragedia zmusza nas do podsumowań kilkuletniej pracy gabinetu. Rząd Władysława Sikorskiego przeszedł w tym czasie ogromną ewolucję. Najbardziej charakterystyczną była siedziba gabinetu. Gdy zaczynała się przygoda Rządu Emigracyjnego we Francji, polscy dyplomaci grupowali się w paryskim hotelu "Danube", który w żaden sposób nie był ani przestronny, ani reprezentacyjny. Później przenosili się oni w kolejne miejsca, aby wreszcie wylądować w londyńskim budynku ambasady polskiej przy Portland Placy 47, jednak i tam gabinet Sikorski nie zagrzał miejsca na dłużej. Wkrótce bowiem został przeniesiony do Stratton House. Z kolei Prezydium Rady Ministrów Brytyjczycy zakwaterowali przy Beaumont 22, a Ministerstwo Spraw Zagranicznych przy Queen's Gate 70. Od 1942 roku Prezydium Rady Ministrów zajmowało okazały budynek pałacu Rothschildów, który wzbudzał zachwyt wszystkich przybywających na spotkanie z Sikorskim. Prezydent Raczkiewicz znalazł zakwaterowanie w Bryanston Court, gdzie również na kiepskie warunki nie mógł narzekać. Wróćmy jednak do rozwoju Rządu Emigracyjnego. 27 kwietnia 1940 roku uchwalono tekst przysięgi: "Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, że na powierzonym mi stanowisku urzędowym pracować będę ze wszystkich sił dla dobra Rzeczypospolitej Polskiej, której zawsze wiernie służyć będę. Przepisów prawa strzec będę pilnie, obowiązki mego urzędu spełniać gorliwie i sumiennie, polecenia mych przełożonych wykonywać wiernie i dokładnie oraz tajemnicy urzędowej dochowywać. W całej mej pracy dobro mego kraju jako całości będę miał zawsze na widoku bez względu na przekonania osobiste. Tak mi Panie Boże dopomóż". Tekst przysięgi przetrwał do końca wojny. Warto jeszcze wspomnieć o pracy bardzo ważnego MSZ-u, który miał w 1943 roku 6 ambasad (Londyn, Algier, Watykan, Czunking, Ankara i Waszyngton), 23 poselstw i 13 konsulatów. Ponadto ustanowiono trzy wicekonsulaty, pięć konsulatów honorowych i trzy agencje konsularne. Można powiedzieć, iż polscy dyplomaci obecnie byli we wszystkich zakątkach świata, a już zwłaszcza tam, gdzie ich obecność była niezbędna dla rozwoju sprawy polskiej. Gabinet Sikorskiego działał niezwykle prężnie, czy to na polu polityki wewnętrznej, czy to zagranicznej, czego wyrazem jest chociażby liczba 199 spotkań Rady Ministrów odbytych w okresie 1 października 1939 do 9 lipca 1943 roku, kiedy to rząd Sikorskiego obradował po raz ostatni. Niestety, już bez generała zastąpionego na stanowisku premiera przez Stanisława Mikołajczyka. Wykonano ogrom pracy, co związane było także z dużymi kosztami finansowymi oraz sporą rozbudową aparatu biurokratycznego. W 1940 i 1941 roku ustalono wysokość uposażenia dla członków Rady Ministrów oraz Rady Narodowej a także mniej znaczących urzędników. I tak pensja Sikorskiego opiewała na sumę 130 funtów miesięcznie, a wypłaty ministrów po 110 funtów miesięcznie. Członkowie Rady Narodowej mogli liczyć na 65 funtów miesięcznie. Nie były to zawrotne sumy, ale pomnożone kilkukrotnie i zwiększono o sumy wypłacane innym urzędnikom przyprawiały o zawrót głowy kolejnych ministrów finansów. Sytuacja ta nie zmieniła się drastycznie po śmierci Sikorskiego. Ocenę polityki generała pozostawiam w gestii czytelnika. Czy droga obrana przez Sikorskiego była właściwa? Tego nie dowiemy się już nigdy.

Już 5 lipca dowódca Armii Polskiej na Wschodzie, gen. Anders, poinformował prezydenta Raczkiewicza: "Wobec zaistniałej sytuacji melduję Panu Prezydentowi w imieniu własnym i podległej mi armii, że stoimy przy nim twardo. [Mamy nadzieję] że znajdzie Pan Prezydent siłę, aby powołać do kierownictwa sprawami Polski ludzi dzielnych, uczciwych, posiadających zaufanie narodu, a odsunie definitywnie tych, którzy w tak ciężkich dla Polski czasach mają na oku tylko korzyści partyjne lub osobiste". Uczciwym i dzielnym w mniemaniu Andersa był oczywiście gen. Sosnkowski, do którego także zwrócił się dowódca Armii Polskiej na Wschodzie. Z kolei Sosnkowski natychmiast udał się do Raczkiewicza, starając się wywrzeć presję na prezydencie i nie dopuścić do przejęcia schedy po Sikorskim przez niechętnemu Sosnkowskiemu Mikołajczyka. Ten jednak został wezwany do prezydenta i dowiedział się, iż został przewidziany na następcę premiera. Jednocześnie Raczkiewicz wyraził opinię, iż "posiada zaufanie do gen. Sosnkowskiego, jak też do jego moralności, a jeśli chodzi o sprawę przerostu władzy wojskowej, to można będzie od gen. Sosnkowskiego zażądać odpowiednich oświadczeń oraz wydać odpowiednie dekrety, które władzę Naczelnego Wodza ograniczą i zapewnią rządowi wpływ na wojsko". W związku z tym prezydent postanowił mianować Naczelnym Wodzem właśnie Sosnkowskiego. To wywołało zdecydowany protest Mikołajczyka. Tego samego dnia spotkała się Rada Ministrów. Na posiedzenie przybył również prezydent Raczkiewicz. Omawiano sprawy żałoby po śmierci Sikorskiego oraz jego następcy. Ostatecznie warunki wszystkich stron udało się pogodzić. 8 lipca Sosnkowski został mianowany Naczelnym Wodzem, nazajutrz Mikołajczyk objął funkcję premiera i 10 lipca zgodził się na sformowanie gabinetu. Swoją działalność uzależnił jednak od spełnienia kilku warunków, z których najważniejsze mówiły o wyznaczeniu nowego następcy prezydenta, ograniczeniu władzy Naczelnego Wodza oraz oddzieleniu kompetencji Sosnkowskiego od działalności ministra obrony narodowej przy jednoczesnym rozszerzeniu zakresu prac tego drugiego. Jednocześnie presję na Raczkiewicza starał się wywierać także Anders, który do Londynu przysłał reprezentację wojskowych. Wydawało się, że wojskowy szybko zapomniał o gen. Sikorskim i zajął się teraz najważniejszą dla niego kwestią, czyli niedopuszczeniem do władzy Mikołajczyka. Podobne poglądy prezentowali inni opozycjoniści powiązani z grupą Tadeusza Bieleckiego, niedawnego buntownika w Radzie Narodowej, oraz obozem Sosnkowskiego. Nagonkę na nowy rząd rozpoczęły organy prasowe stronnictw opozycyjnych, w tym "Orzeł Biały" redagowany w armii Andersa oraz "Myśl Polska" podporządkowana Bieleckiemu. W ostrych słowach krytykowano misję Mikołajczyka, dość niechętnie podchodzono również do polityki Sikorskiego. "Wiadomości Polskie" z Zygmuntem Nowakowskim w składzie także nie pozostawiły suchej nitki na nowym gabinecie, określając go mianem "prowizorium" oraz "gminą zbiorową, na której gruncie dochodzą do głosu ambicje i żarłoczne apetyty". Sikorskiemu poświęcono miejsca niewiele, a najczęściej ograniczało się to do niepochlebnych opinii na jego temat. Zupełnie inne podejście zaprezentowała w tym czasie prasa radziecka, co dziwne, zamieszczając szereg wspomnień na temat generała oraz wypowiadając się w dość ciepłych słowach o jego początkowej polityce zbliżenia ze Związkiem Radzieckim. Kryzys w Londynie zaalarmował Krajową Reprezentację Polityczną, która w danej sytuacji starała się uzyskać nieco więcej samodzielności. 7 lipca jej członkowi sporządzili pierwszą notę, w której wyrażano poparcie dla osoby Mikołajczyka. Następnie 13 lipca KRP wysłała do Raczkiewicz kolejny dokument, w którym jednoznacznie potępiano zamieszanie spowodowane akcją opozycji: "Jesteśmy zaskoczeni napływającymi z emigracji wiadomościami o powstałym ostrym kryzysie gabinetowym, który jest tak niebezpieczny dla sytuacji Polski na terenie międzynarodowym". Przedstawiano też alternatywną koncepcję zażegnania sporu, jaką byłą włączenie do rządu elementów opozycji powiązanej z Tadeuszem Bieleckim. Podobne pomysły można było znaleźć na łamach "Orła Białego", choć tam priorytetem była nagonka na Mikołajczyka. Ten znalazł jednak silnych sojuszników w byłym gabinecie Sikorskiego oraz Radzie Narodowej. Także przeciwni gen. Sosnkowskiemu Brytyjczycy i Amerykanie wyrazili poparcie dla Mikołajczyka, który 14 lipca ogłosił wreszcie skład rządu. Ponownie znaleźli się w nim reprezentanci czterech stronnictw, jednakże nie było wśród nich elementów najbardziej radykalnych powiązanych ze Stronnictwem Narodowym i Bieleckim. On sam, już wkrótce, miał wyrokować, iż podobny rząd, który nie jest "oparty o wszystkie nurty polityczne" nie ma przyszłości ani szerokiego poparcia. Przedstawmy zatem skład rządu Stanisława Mikołajczyka, emigracyjnego przywódcy Stronnictwa Ludowego:
Tadeusz Romer - minister spraw zagranicznych jako bezpartyjny
Jan Kwapiński - minister przemysłu, żeglugi i handlu z ramienia Polskiej Partii Socjalistycznej
Marian Seyda - minister prac kongresowych z ramienia Stronnictwa Narodowego (wykluczony z szeregów partii przez Bieleckiego)
Władysław Banaczyk - minister spraw wewnętrznych z ramienia Stronnictwa Ludowego
Marian Kukiel - minister obrony narodowej jako bezpartyjny
Ludwik Grosfeld - minister skarbu z ramienia Polskiej Partii Socjalistycznej
Zygmunt Kaczyński - minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego z ramienia Stronnictwa Pracy
Jan Stańczyk - minister pracy i opieki społecznej z ramienia Polskiej Partii Socjalistycznej
Stanisław Kot - minister informacji i dokumentacji z ramienia Stronnictwa Ludowego
Karol Popiel - minister odbudowy administracji publicznej z ramienia Stronnictwa Pracy
Henryk Strasburger - minister bez teki jako bezpartyjny

Jak zatem widzimy, przewagę w gabinecie Mikołajczyka uzyskali sobie ludowcy i socjaliści kosztem reprezentacji Stronnictwa Narodowego, coraz bardziej oddalającego się od polityki reprezentacji politycznej emigracji. Mimo zmian polityka nowego premiera była kontynuacją linii obranej przez Sikorskiego. Wyraz temu dał Mikołajczyk w swoim exposé przedstawionym Radzie Narodowej 27 lipca. Premier oświadczył, iż będzie realizatorem polityki swojego poprzednika, nie bał się także nawiązać do deklaracji Sikorskiego z 24 lutego 1942 roku. Wiele miejsca poświęcił w swym przemówieniu osobie tragicznie zmarłego premiera: "Rząd Rzeczypospolitej Polskiej, któremu mam zaszczyt przewodniczyć, staje przed Panami w momencie wyjątkowo ciężkim i bolesnym dla Polski. Niespodziewana i tragiczna śmierć Premiera i Naczelnego Wodza, Generała Sikorskiego, w momencie straszliwych zmagań wojennych i ciężkiej sytuacji międzynarodowej zbiegła się z nowymi straszliwymi wiadomościami o mordach i gwałtach, których dokonują Niemcy ze wzmożoną siłą, w szczególności na terenie Lubelszczyzny. Złożyliśmy hołd pamięci poległego Premiera i Naczelnego Wodza, który był czymś więcej niż Premierem i Naczelnym Wodzem, był duchowym przywódcą Narodu Polskiego i symbolem Polski Walczącej. Był on naszym natchnieniem i naszym drogowskazem". Wzruszające słowa może i poruszyły obecnych na sali, ale entuzjazmu w przeciwnikach politycznych Mikołajczyka i Sikorskiego nie wzbudziły. Nowy szef Rządu Emigracyjnego zapowiedział także walkę u boku aliantów oraz szeroko zakrojoną współpracę z Brytyjczykami i Amerykanami, a także, co bardzo ważne, przywrócenie dobrych stosunków polsko-radzieckich. Związek federacyjny z Czechosłowacją rząd określił jako "konieczność dziejową" i nadał mu dużą rangę w hierarchii zagadnień polityki w przyszłości. Jego wystąpienie pozytywnie odebrano w stolicach koalicji alianckiej. Rokowało bowiem złagodzenie żądań polskich oraz kontynuację aktywnej polityki Sikorskiego. Mikołajczyk i jego gabinet planowali również wzmocnienie sojuszu polsko-francuskiego, nawiązując przyjazne stosunki z Komitetem Wolnej Francji gen. Charlesa de Gaulle'a.

Od początku powstania gabinetu Mikołajczyka wyraźnie uwidocznił się konflikt na linii premier-Naczelny Wódz. Jeden z obserwatorów wydarzeń na londyńskiej scenie politycznej zanotował nawet: "Stan rzeczy, że Sosnkowski jest Naczelnym Wodzem, a Mikołajczyk - premierem, nie da się utrzymać na dłuższą metę. Nic obu tych ludzi nie łączy, wszystko dzieli". Mikołajczyk za wszelką cenę dążył do zdetronizowania pozycji Sosnkowskiego, który w jego oczach urósł do miana przywódcy opozycji powiązanej z byłym obozem piłsudczykowskim. Mimo to początkowo konflikt udawało się przezwyciężyć - nie dochodziło do otwarcie wrogich wystąpień. Kiepsko natomiast wyglądała sytuacja międzynarodowa Rządu Emigracyjnego, który tracił na znaczeniu w koalicji alianckiej. Plany federacji z Czechosłowacją ostatecznie legły w gruzach, a w kwestii granic coraz częściej odwoływano się do linii Curzona. Co gorsza, w kraju rozpoczęło się formowanie konkurencyjnych względem czterech stronnictw ugrupowań, które szybko zaczęły sobie zdobywać uznanie, mając pełne poparcie Związku Radzieckiego. Jeszcze w 1942 roku założona została Polska Partia Robotnicza, manifestując odrębność od polityki obozu londyńskiego. Wkrótce rozpoczęła ona grupowanie własnych sił wojskowych, rywalizując na tym polu z Armią Krajową. W początkach działalności PPR zakładała porozumienie z Rządem Emigracyjnym na polu odbudowy niepodległego państwa polskiego. Wyrażała to chociażby deklaracja z 1 marca 1943 roku, w której ukazano główne wytyczne działalności partii. Wynikało z niej, iż możliwe jest porozumienie obu stron i budowa wspólnego aparatu administracyjnego. Całkowity kryzys nastąpił po konflikcie polsko-radzieckim z 1943 roku. O ile kadra Polskiej Partii Robotniczej wywodziła się z Polski, o tyle myśl polityczna ugrupowania miała swe źródła w Moskwie. Dlatego też szybko rozpoczęto agitowanie przeciwko rządowi Władysława Sikorskiego, czego wyrazem był tekst odezwy z 1 maja 1943 roku: "Rząd Sikorskiego nie ma żadnego prawa występować w imieniu narodu. Nie naród go wybierał, a mianowała sanacyjno-ozonowa klika. Polityka tego rządu nie tylko nie ma nic wspólnego z dążeniami polskich mas pracujących, ale jest im obca i wroga". Dalej czytamy o coraz śmielszych planach: "Chcemy rządu powstałego z woli szerokich mas pracujących, rządu złożonego z przedstawicieli robotników, chłopów i inteligencji. Rządu opartego na szerokim antyfaszystowskim froncie narodowym. Rządu, który by dążył do jak najszybszego zwycięskiego zakończenia wojny. Rządu wolności i demokracji, rządu współpracy i sojuszu ze Związkiem Radzieckim, naszym wschodnim sąsiadem i sprzymierzeńcem przeciw hitleryzmowi". W związku z tym jeszcze pod koniec lata tego samego roku rozpoczęto prace nad powołaniem do życia Krajowej Rady Narodowej, która z demokracją bynajmniej niewiele miała wspólnego. Wreszcie w listopadzie PPR ogłosiła deklarację programową "O co walczymy?", która w pełni wyrażała, iż głównym celem obok pokonania niemieckiego najeźdźcy, jest zdobycie władzy w powojennej Rzeczypospolitej. Nie ulegało wątpliwości, iż w zdobyciu rządów pomoże PPR moskiewski mocodawca, który przychylnym okiem patrzył na wzmacniające się szeregi partii. Uwieńczeniem anty-londyńskiego wysiłku było utworzenie z dniem 1 stycznia 1944 roku Krajowej Rady Narodowej, uzurpującej sobie prawo do reprezentowania ogółu narodu, dyskredytując legalne władze Rządu Emigracyjnego. PPR-owcy zapowiadali: "Krajowa Rada Narodowa powoła w odpowiednim momencie Rząd Tymczasowy, w skład którego wejdą przedstawiciele wszystkich ugrupowań stojących na gruncie demokracji. Rząd Tymczasowy sprawować będzie władzę do czasu zwołania Zgromadzenia Narodowego, wybranego w demokratycznych, pięcioprzymiotnikowych wyborach". Nie dajmy się zwieść pozorom - piękne słowa nie odzwierciedlały prawdziwych zamierzeń. Mimo ciągle nie najwyższego poparcia społeczeństwa, Polska Partia Robotnicza stawiała się na pierwszym miejscu w walce o powojenną władzę. Tymczasem w Związku Radzieckim trwały przygotowania do utworzenia kolejnego przedstawicielstwa narodu polskiego, jakim miał się stać Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Warto zauważyć, iż cztery kluczowe do tej pory dla podziemnej sceny politycznej ugrupowania także szykowały się do ofensywy, co przełożyło się na wzajemne, coraz bardziej napięte relacje w Krajowej Reprezentacji Politycznej. Tymczasem w Londynie trwała walka Mikołajczyka i jego gabinetu o miejsce Polski w powojennej Europie. Sierpień stał pod znakiem rozmów z koalicjantami, którzy szykowali się do konferencji w Quebecu, gdzie Roosevelt i Churchill spotykali się od 14 do 24 dnia tego miesiąca. 24 sierpnia Mikołajczyk spotkał się z Radą Ministrów i komentował przebieg konferencji w Kanadzie. Nie miał zbyt wielu informacji dotyczących rozmów, jakie prowadzili tam alianci, jednakże starał się uspokajać współpracowników. Podczas spotkania Raczyńskiego z Edenem w kilkanaście dni później Polak starał się dowiedzieć czegokolwiek na temat wyniku rozmów, jednakże natrafił na milczenie adwersarza. W tym samym miesiącu doszło do serii rozmów, kontynuowanych zresztą w październiku, na linii Eden-Mikołajczyk. Szef Foreign Office proponował Rządowi Emigracyjnemu rozważenie koncepcji rekompensaty na zachodzie za cenę utracenia terytorium na wschód od linii Curzona. Strona polska zdecydowanie postulaty te odrzuciła, choć w mniemaniu Brytyjczyków oferta wydawała się dość szczodra. Mikołajczyk starał się zajmować stanowcze stanowisko, jednakże tracił powoli wiarę w możliwość utrzymania stałości terytorialnej przedwojennej Rzeczypospolitej. Premier dawał temu wyraz w dyskusjach na forum Rady Ministrów, kiedy to dało się wyraźnie zauważyć, iż stara się oswoić współpracowników z myślą o dotkliwej porażce w polityce zagranicznej Rządu Emigracyjnego. Niepokojące były postępy Sowietów na froncie wschodnim, ponieważ zbliżali się oni do przedwojennych granic Polski i kwestią czasu stawało się rozpoczęcie wyzwalania Rzeczypospolitej przez Armię Czerwoną. 4 października zorganizowano spotkanie Rady Ministrów oraz Naczelnego Wodza, gen. Sosnkowskiego, który miał zreferować ówczesną sytuację oraz ocenić stan przygotowania i celowość powstania zbrojnego organizowanego przez Armię Krajową. Sosnkowski wyraził przypuszczenie, iż Niemcy zostaną niedługo pobici, co trudne do stwierdzenia nie było, uchylił się natomiast od oceny militarnego przedsięwzięcia Polskiego Podziemia. W pięć dni później ponownie spotkała się Rada Ministrów, tym razem już bez obecności Sosnkowskiego. Premier skrytykował chwiejną postawę Naczelnego Wodza oraz oddał całą sprawę pod kompetencję Komitetu dla Spraw Kraju. Owocem pracy był projekt przedyskutowany na spotkaniu Rady Ministrów w dniu 27 października. Posiedzenie ponownie zaszczycił obecnością Naczelny Wódz. W konsekwencji uchwalono treść "Instrukcji dla Kraju" nadanej do Polski 1 listopada. Rząd Emigracyjny zastrzegł sobie w niej możliwość decydowania o dacie wybuchu ewentualnego powstania: "W momencie, który zostanie podany Krajowi, przewiduje się wydanie polecenia Krajowi do wzmożenia działań przeciw Niemcom". Dalej przewidywano zorganizowanie albo regularnego zrywu zbrojnego, albo zintensyfikowanie działań sabotażowo-dywersyjnych. Pominięto, niestety, kwestię Armii Czerwonej. W tydzień później Rada Ministrów otrzymała informacje na temat wyników konferencji ministrów spraw zagranicznych trzech mocarstw, która w dniach 19-30 października odbywała się w Moskwie. Jeszcze w trakcie jej trwania Mikołajczyk dość optymistycznie zapewniał: "wobec wyłączenia z obrad konferencji moskiewskiej spraw granicznych [zgodnie z zapowiedzią Edena z 5 października] niebezpieczeństwo to nie jest bezpośrednio aktualne". Chyba sam nie wierzył w to, co mówi, ponieważ w dalszej części wypowiedzi wyrażał się w zgoła odmiennym tonie, dość pesymistycznie określając wizję wznowienia stosunków z Sowietami. 9 listopada Rada Ministrów omawiała pierwsze informacje z wyników rozmów. Niepokojono się planami odbudowy Austrii, ale też nie było powodów do skrajnego zamartwiania się wobec braku wiadomości o przeszacowaniach granicznych. Zauważono jednak, iż wytworzyła się "pewnego rodzaju dyktatura trzech mocarstw". W tym samym tonie miały potoczyć się rozmowy amerykańsko-brytyjsko-radzieckie podczas konferencji Wielkiej Trójki w Teheranie. Poruszone tam przez Churchilla, Stalina i Roosevelta kwestie polskie dotyczyły przede wszystkim granic zachodnich Związku Radzieckiego. Na nieszczęście Polaków, przychylono się do projektów linii Curzona jako wschodniej granicy Rzeczypospolitej z uwzględnieniem rekompensaty na zachodzie kosztem ziem niemieckich. Ostatecznie w skład nowej Rzeczypospolitej nie wszedł nawet Lwów, co postulowali niegdyś Brytyjczycy. Podczas grudniowych spotkań z delegacją polską Eden wyjaśniał zawiłości polityki brytyjskiej w Teheranie. Nie zdradził jednak, iż podjęto sprzeczne z poglądami Rządu Emigracyjnego ustalenia terytorialne. 7 grudnia Rada Ministrów uchwaliła deklarację w kwestii przyłączenia wschodnich terenów niemieckich. Swoisty projekt aneksji nie zakładał oddania terytorium na wschodzie. Można się zatem nieco dziwić, jak państwo, które właściwie nie było w stanie samodzielnie decydować o swoim losie, starało się uzyskać nabytki na zachodzie i utrzymać jedność terytorialną na wschodzie. Dodatkowo, czego wyraz dała Rada Ministrów na posiedzeniu 28 grudnia, starano się przygotować do objęcia strefy okupacyjnej na terenie Rzeszy. W jednym z punktów uchwalonego dokumentu stwierdzano: "Celem naszej okupacji będzie jak najszybsze wcielenie okupowanych ziem w granicy Rzeczypospolitej. Dlatego administracja okupacyjna polska musi być znacznie szersza pod względem rzeczowego zasięgu i wnikać musi, o ile możności, w całość stosunków na okupowanych terenach, starając się je jednak jak najrychlej przetworzyć w myśl nakazów polskiej racji stanu w normalną polską administrację cywilną". Tymczasem ofensywa Sowietów doprowadziła do bezpośredniego zagrożenia ziem polskich. Zagrożenia wkroczeniem Armii Czerwonej, której wyzwolenie witano o tyle dobrze, o ile uwalniało Polaków od hegemonii niemieckiej. Tyle tylko, że mogło się okazać, iż jednego okupanta zastąpi drugi, groźniejszy i potężniejszy. W końcu tylko niebywała siła militarna mogła przełamać opór Wehrmachtu, który jeszcze do niedawna rozbijał kolejne europejskie armie. 4 stycznia pierwsze jednostki radzieckie znalazły się na przedwojennym terytorium Rzeczypospolitej. Trzy dni wcześniej zainstalował się w Warszawie konkurent dla Rządu Emigracyjnego - Krajowa Rada Narodowa. Początek 1944 roku zwiastował coraz większe utrudnienia w prowadzeniu polityki przez Mikołajczyka.

Jednocześnie z ofensywą Armii Czerwonej na wschodzie i wypieraniem Niemców na zachód Polskie Podziemie rozpoczęło przygotowania do udzielenia daleko idącej pomocy walczącym Sowietom. Od kilkunastu miesięcy trwała już szeroko zakrojona walka rozmaitych organizacji wojskowych, które starały się maksymalnie destabilizować zaplecze frontowe nieprzyjaciela. Przygotowywane od początku niemalże okupacji polskie siły podziemne podległe Rządowi Emigracyjnemu miały w swym założeniu walkę z najeźdźcą i rozpoczęcie ogólnonarodowego powstania w sprzyjających ku temu okolicznościach. Dlatego już w meldunkach z 1940 roku sztab Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej zauważał, iż może zaistnieć możliwość zorganizowania powstania przeciw Niemcom, a następnie walk przeciwko Sowietom, jeśli ci zdecydowaliby się na brutalne podporządkowanie sobie Polski. Jak zatem widzimy, przed wybuchem kampanii wschodniej polscy sztabowcy w Warszawie dostrzegli możliwość wyzwolenia ziem polskich przez Armię Czerwoną. 8 września 1942 roku płk Stanisław Tatar oraz płk Janusz Bokszczanin przesłali do Londynu plan operacyjny dotyczący zrywu zbrojnego na okupowanych ziemiach. Dostrzegano ogromne ryzyko i siłę niemieckiej machiny zbrojnej. Komendant Armii Krajowej Tadeusz "Bór" Komorowski zwracał na to uwagę w październiku 1943 roku, meldując: "Ryzyko każdego powstania jest zawsze ogromne [...] Dlatego też jako naczelne hasło wszystkich naszych poczynań zostało postanowione: Powstanie nie może się nie udać". I wreszcie 28 października "Bór" pisał do Londynu, iż na ziemie polskie już wkrótce wkroczy Armia Czerwona, która stałe umacniała się po pobiciu Niemców pod Stalingradem i Kurskiem. Jednocześnie Rząd Emigracyjny, na bieżąco informowany o postępach prac w kraju, starał się uzyskać daleko idącą pomoc aliantów zachodnich. Głównym postulatem było wsparcie w postaci uzbrojenia zrzucanego przez samoloty. Niestety, jeszcze latem 1943 roku Polacy zostali poinformowani, iż nie mogą oni liczyć na pomoc, jakiej sobie zażyczyli - przekraczało to bowiem realne możliwości operacyjne jednostek alianckich. Plany powszechnego powstania wkrótce zamieniono na plan "Burza", który zakładał wyzwalanie terytoriów, na które wkroczyć mieli Sowieci. To stawiałoby Polaków w roli gospodarzy tych terenów i dawało przewagę w montowaniu własnej struktury administracyjnej. Do "Burzy" jeszcze wrócimy, na razie zajmiemy się tym, co działo się wewnątrz Rządu Emigracyjnego. Gdy 5 stycznia Polacy wystosowali pojednawczą deklarację adresowaną przede wszystkim do Sowietów, spotkali się z szybką odpowiedzią radzieckiej agencji TASS. 11 stycznia Sowieci odrzucili polskie postulaty dyskutowania granic w oparciu o traktat ryski, ale jednocześnie zaakceptowali propozycje dotyczące przywrócenia stosunków dyplomatycznych. Naciski ze strony Amerykanów i Brytyjczyków musiały spowodować szybką kontrakcję Rządu Emigracyjnego. Rada Ministrów spotykała się codziennie w dniach 11-14 stycznia, dyskutując treść odpowiedzi na sowiecką notę. Wreszcie 14 stycznia udało się wypracować tekst memorandum. Rząd zobowiązał się do niepodejmowania "jednostronnych decyzji czy faktów dokonanych, które miały lub mogły mieć miejsce na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej" i apelował o warunki "do przyjęcia przez obie strony". Jednocześnie zwrócił się do rządów Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii z prośbą o mediację w sporze, nie zdając sobie sprawy z tego, iż alianci zachodni popierają linię polityczną Stalina. 18 stycznia Rada Ministrów spotkała się ponownie. Na posiedzeniu głos zabrał Mikołajczyk, który dostrzegał, iż alianci zachodni mogą mieć rację, namawiając go do zaakceptowania linii Curzona i przyjęcia rekompensaty na zachodzie. Stwierdził nawet, iż Polska nie jest siłą "fizyczną, a ta będzie decydowała". 18 stycznia rząd nie doszedł do porozumienia w sprawie przedstawionej przez Mikołajczyka. Na posiedzeniu z 25 stycznia postawa premiera została mocno zaatakowana przez Adama Pragiera, który doszedł do smutnej konkluzji: "Gdybyśmy zgodzili się na położenie podpisu rządu polskiego, pozbawiającego nas kawałka ziemi, byłoby to nie tylko okaleczenie kraju. To byłoby złamanie grzbietu Polski, krok do całkowitej zguby państwa i przyszłości narodu". Ostatecznie nie wypracowano żadnej strategii politycznej na najbliższe tygodnie. Tymczasem w okupowanym kraju podziemie polityczne zdecydowało się na odpowiedź względem poczynań Polskiej Partii Robotniczej oraz Krajowej Rady Narodowej. 9 stycznia 1944 roku rozwiązana została Krajowa Rada Polityczna, a Delegat Rządu powołał na jej miejsce Radę Jedności Narodowej, w skład której weszli trzej przedstawiciele z SN, SP, SL i PPS-WRN oraz po jednym ze Zjednoczenia Demokratycznego, "Racławic", "Ojczyzny", z rejonu Wielkopolski i stanu duchownego. Tak wytworzyła się 17-osobowa reprezentacja polityczna narodu polskiego, która miała stanowić przeciwwagę dla KRN-u. RJN szybko zabrała się do pracy. Na efekty nie trzeba było długo czekać, bowiem już 15 marca wydany został manifest "O co walczy naród polski". Powtórzono w nim z grubsza wszystkie cele wojenne Rządu Emigracyjnego. Znacznie bardziej interesująca była odpowiedź RJN na zalecenia Churchilla ze stycznia. 15 lutego komunikat stwierdzał: "Nie zgadzamy się na iunctim między granicami zachodnimi a wschodnimi. Ziemie zachodnie nie mogą być ekwiwalentem, jest to tylko zwrot ziem ongiś nam zrabowanych [...] Kategorycznie sprzeciwiamy się podjęciu dyskusji z Sowietami na temat rewizji granic w ogóle". Konsolidacja zarówno sił warszawskich, jak i londyńskich na niewiele mogła zdać się w tym sporze, choć oczywiście był to dobry sposób do zamanifestowania odrębności celów politycznych Rządu Emigracyjnego od polityki Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych, nie wspominając już o Związku Radzieckim. Także na sugestię odnośnie rewizji granic z nabytkami na zachodzie reakcja podziemia politycznego była natychmiastowa i stanowcza: "My się nie ugniemy i nie złamiemy". Mikołajczyk dostrzegał w tym czasie, iż dalszy opór może być bezcelowy, na co zwracał również uwagę Sosnkowski, pisząc w depeszy z 1 lutego adresowanej do Komendy Głównej Armii Krajowej: "Anglia i Ameryka nie zastosują presji wobec Rosji w obronie granicy wschodniej. Zgoła nieprawdopodobne jest uzyskanie od mocarstw anglosaskich zobowiązań gwarantujących nasze granice wschodnie przy użyciu siły". Trzeźwa ocena Sosnkowskiego nijak się miała do zmiany jego uprzedzeń względem Mikołajczyka. Stwierdził nawet, iż gdyby rząd ustąpił w tej kwestii, powinien natychmiastowo zostać zdymisjonowany, a on sam "osobiście swego nazwiska z podobnym ustępstwem nie zwiąże". Nie chcieli się z tym wiązać także członkowie gabinetu Mikołajczyka, którzy na posiedzeniu w dniu 15 lutego uchwalili rezolucję. Jasno z niej wynika, iż naciski Brytyjczyków i Amerykanów były bezowocne, czytamy bowiem, iż po zakończeniu działań wojennych Polacy i Sowieci będą mogli rozstrzygnąć spór graniczny: "Niezwłocznie zaś, już w toku działań wojennych, wina być uzgodniona z Rządem Polskim, który w tej sprawie zasięgnie opinii Kraju, linia demarkacyjna, przebiegająca na wschód od Wilna i Lwowa. Na zachód od tej linii administrację ziem uwolnionych od okupacji niemieckiej przejmą władze polskie; ziemie na wschód od linii demarkacyjnej winny być administrowane przez sowieckie władze wojskowe z udziałem przedstawicieli innych mocarstw". Brano zatem pod uwagę małe roszady na powojennych mapach, ale z pozostawieniem przy Polsce Lwowa i Wilna, do czego nie chciała dopuścić strona radziecka. Tego samego dnia wydano też inne dokumenty, z których jasno wynikało, iż reorganizacja rządu postulowana przez mocarstwa nie wchodzi w grę. W odpowiedzi Churchill przemawiał 22 lutego przed Izbą Gmin i opowiedział się za linią Curzona, krytykując postawę Polaków. 24 lutego zebrała się Rada Ministrów. Atmosfera była przygnębiająca. Zastanawiano się, co uczynić w zaistniałej sytuacji i zdecydowano się na brak wyraźnego ustosunkowania do przemowy Churchilla, choć oczywiście Rząd Emigracyjny nadal stał na gruncie odrzucania projektu linii Curzona. Narastał też konflikt w armii spowodowany coraz agresywniejszą postawą Andersa, który nie godził się na żadne ustępstwa. Częściej niż na froncie przebywał w Londynie, gdzie stał się zdecydowanym poplecznikiem polityki nieustępliwości lansowanej przez Sosnskowskiego. 25 lutego Mikołajczyk informował o rozwoju wydarzeń delegata Jana Stanisława Jankowskiego. Podziemie było bowiem mocno zaniepokojone tym, co dzieje się w Londynie. Tekst miał charakter uspokajający. Zgoła odmienną postawę pokazał Mikołajczyk 2 marca na posiedzeniu swojego gabinetu. Stwierdził bez ogródek: "Opinia polska pozostaje w zasadniczym błędzie co do wytycznych polityki Stanów Zjednoczonych, kierujących się nie tyle zasadami ideologicznymi, ile własnymi interesami koniunkturalnymi". Postawa Roosevelta była w pierwszych miesiącach 1944 roku nastawiona na nieangażowanie się w konflikt. Stalin jasno dążył do tego, co miał zamiar osiągnąć. 31 marca odbyło się kolejne posiedzenie Rady Ministrów. Mikołajczyk idealnie określił to, co działo się ówcześnie na arenie międzynarodowej - Churchill i Roosevelt stali się orędownikami "pozostawienia na razie sprawy polskiej na łasce faktów dokonanych". A te bynajmniej nie przemawiały za Rządem Emigracyjnym, bowiem ofensywa Armii Czerwonej trwała w najlepsze, a KRN zyskiwała sobie coraz większe poparcie. Na ziemiach okupowanych trwała w tym czasie akcja "Burza" zainicjowana przez KG AK i jej komendanta Tadeusza "Bora" Komorowskiego. Zasadność działań podziemia przyjęli członkowie Rady Ministrów 2 lutego. 18 lutego to samo grono spotkało się z Sosnkowskim, który nie chciał wydać rozkazu składania broni żołnierzy Armii Krajowej przed Armią Czerwoną. Rozkaz o ujawnianiu się i składaniu broni wydał wcześniej Komorowski, krytykowany za to przez Sosnkowskiego. Nie do końca było zatem wiadomo, co tak naprawdę mają robić żołnierze AK. Z jednej strony zaangażowali się oni w walkę z Niemcami, z drugiej nieuregulowany był status wojsk sowieckich wkraczających do Polski, a Sosnkowski postulował nawet otwieranie ognia do Sowietów, gdy ci zażądają składania broni. Sam zresztą kontaktował się z Komorowskim, któremu nakazał podjęcie walki, jeśli zostanie ona wymuszona sytuacją - agresywnym zachowaniem Armii Czerwonej. Ostatecznie 18 lutego zadecydowano o przesłaniu do kraju tekstu oświadczenia dla dowódców kontaktujących się z Sowietami. Brzmiało ono: "Na rozkaz Rządu Rzeczypospolitej Polskiej zgłaszam się jako przedstawiciel polskiej władzy administracyjnej (jako dowódca wojskowy) z propozycją uzgodnienia współdziałania z wkraczającymi na teren Rzeczypospolitej Polskiej siłami zbrojnymi Sowietów w operacjach wojennych przeciw wspólnemu wrogowi". Dyplomatyczna formuła nie pozbawiała Polaków możliwości walki z bronią w ręku i komplikowała życie Sowietów, którzy musieli się do propozycji ustosunkować. Do Londynu dochodziły wieści o współpracy Wołyńskiej Dywizji AK oraz jednostek Armii Czerwonej, co ogólnie brano za dobrą kartę. Zupełnie inaczej poczytywano fakt wyprawienia się do Moskwy reprezentacji Krajowej Rady Narodowej z Edwardem Osóbką-Morawskim na czele. Obok niego z Warszawy wyruszyli Marian Spychalski i Kazimierz Sidor. Po blisko dwumiesięcznej podróży 19 maja Polacy zostali przyjęci na Kremlu, co podkreślało wagę ich wizyty. Rozmowy toczyły się także na linii KRN-ZPP. Już 19 maja w rozmowie ze Stalinem wytłumaczono pobudki, jakimi kierowali się przybyli do Moskwy: „Przybyliśmy po to, aby na terenie międzynarodowym wyjaśnić istotną sytuację polityczną naszego kraju, aby poinformować, że rząd londyński nie jest reprezentantem naszego narodu, nie wyraża ani myśli politycznej, ani dążeń narodowych i że natomiast reprezentacją jest Krajowa Rada Narodowa, wyłoniona przez demokratyczne organizacje i stronnictwa polityczne w kraju. Przybyliśmy, aby nawiązać stosunki z rządami sojuszniczymi". Podczas wielokrotnych spotkań (członkowie delegacji przebywali w Moskwie do końca lipca 1944 roku) Stalin bardzo serdecznie odnosił się do KRN-u i obiecał wsparcie dla Armii Ludowej. Radziecki dyktator zapewniał swoich rozmówców, iż mogą być przekonani, że "rząd londyński w tym składzie jak dziś nie będzie nigdy przez ZSRR uznany". To chyba ostatecznie rozstrzygnęło kwestię uznawania Rządu Emigracyjnego i nawiązania stosunków dyplomatycznych przez Sowietów. Mikołajczyk stał na z góry straconej pozycji. Tymczasem w Londynie znowu narastał konflikt związany z osobą gen. Sosnkowskiego i stanowiskiem zastępcy prezydenta. 17 maja zebrała się Rada Narodowa, która po burzliwej dyskusji zatwierdziła wniosek o rozdzielenie stanowisk zastępcy prezydenta i naczelnego wodza. Podobny był wynik posiedzenia Rady Ministrów z 22 maja. 27 maja Raczkiewicz oświadczył, iż zgadza się z postulatami, ale nic w tej kwestii nie zrobił. Dzień wcześniej Rada Ministrów debatowała nad projektem reformy rolnej, jednakże nie osiągnięto konsensusu. Jednocześnie rozpętała się burza, którą wywołał Bielecki, po raz kolejny żądając albo ustąpienia Mikołajczyka, albo reorganizacji rządu. Premier miał jednak ważniejsze sprawy na głowie niż walka z wewnętrzną opozycją. W dniach 5-14 czerwca był w Stanach Zjednoczonych, gdzie spotkał się z prezydentem Rooseveltem. 19 czerwca na posiedzeniu Rady Ministrów złożył sprawozdanie z pobytu w USA. Oceniał, iż uzyskał "moralne poparcie, jakiego Stany Zjednoczone udzieliły sprawie polskiej". Jednocześnie prosił o akceptację planu podróży do Moskwy, co zalecali mu i Roosevelt, i Churchill. Ministrowie wydawali się być zachwyceni wynikami wizyty Mikołajczyka w Waszyngtonie, choć tak naprawdę nie było się z czego cieszyć. Najwięcej skorzystał na całej sprawie Roosevelt, zdobywając cenne głosy polonii amerykańskiej w wyborach prezydenckich. 23 czerwca Mikołajczyk przemawiał przed Radą Narodową. Co dziwne, nie rozgorzała tutaj dyskusja, ale było to pewnie spowodowane nieobecnością Pragiera i Ciołkosza. Ostatecznie Mikołajczyk wyraził przekonanie, iż Stany Zjednoczone wyrażą poparcie dla budowania niepodległej Polski, ale już co do kwestii granic nie był pewien. Podsumował to słowami: "Nie ma konkretnego sposobu zabezpieczenia naszych wschodnich granic". Pod koniec czerwca rozgorzała debata dotycząca zachowania gen. Andersa. Ten teraz już jawnie okazywał wrogość względem Mikołajczyka, a pismo "Orzeł Biały" nie przebierało w szykanach antyrządowych. Wydawało się, iż nikt nie jest w stanie ukrócić samowoli dowódcy wsławionego zwycięskim bojem pod Monte Cassino. Jego prestiż wojskowy przekładał się na coraz większe zaangażowanie polityczne. 13 lipca Rada Ministrów zaleciła Sosnkowskiemu zbadanie sprawy i wyciągnięcie konsekwencji względem podwładnego, co przekazał Naczelnemu Wodzowi prezydent Raczkiewicz 22 lipca. Sosnkowski zażalenia do wiadomości przyjął, ale nie kiwnął palcem w sprawie Andersa. Jego myśli, choć oczywiście nie one były powodem ignorancji wobec zarzutów, zaprzątał w tym czasie fakt prowadzenia na ziemiach polskich akcji "Burza". Mówiliśmy już o Wołyńskiej Dywizji AK, która podjęła się współpracy z Armią Czerwoną. Podobnych posunięć próbowali także inni dowódcy, z różnym skutkiem. Szczególną stała się sprawa komendanta okręgu Wilno ppłk Aleksandra Krzyżanowskiego, którego oddziały wzięły udział w walkach o miast, wspomagając regularne jednostki sowieckie. Po zakończonej operacji Polacy zostali rozbrojeni i aresztowani przez NKWD. Pod koniec miesiąca los kolegów z wileńskiego podzielili żołnierze Armii Krajowej szturmujący Lwów. I tam działało NKWD, aresztując m.in. dowódcę zgrupowania płk Władysława Filipkowskiego. Mimo protestów międzynarodowych, świat nie reagował, a Sowieci zajmowali kolejne tereny byłej Rzeczypospolitej.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków