Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Nie wycofujemy się - idziemy do przodu w innym kierunku", Oliver P. Smith

Informacje


Wojna


Wydarzenia


Na froncie


Polska


Biografie


Polityka


Kultura i media


Współpraca






Rząd Polski na Emigracji
Przedwojenni sojusznicy


Gdy po I wojnie światowej Polska odzyskiwała swoją państwowość, zewsząd na młodą republikę czekały niebezpieczeństwa. Wprawdzie groźni sąsiedzi zajęci byli sprawami wewnętrznymi, jednakże wydawało się, iż kwestią czasu będzie ich ponowne zainteresowanie kwestią narodu polskiego. II Rzeczpospolita potrzebowała sojuszników - sprzymierzeńców, którzy będą w stanie poprzeć i ochronić ją w razie kolejnego konfliktu. Napięta sytuacja w Europie wciąż groziła wybuchem nowej wojny, ze wschodu nadciągała fala rewolucyjna, a chaos w Republice Weimarskiej mógł szybko przemienić się w rewizjonistyczną konsolidację na rzecz zweryfikowania ustaleń traktatu wersalskiego. Szczególne miejsce w polskich planach zajmowała Francja, tradycyjny już sojusznik Rzeczpospolitej, także ze względu na politykę Ignacego Paderewskiego, znanego z profrancuskich nastrojów. Dlatego też przymierze wojskowe z Francuzami zyskało sobie sporą sympatię po zakończeniu działań wojennych. Kręgi militarne żywo zainteresowane były sojuszem z dużo silniejszym partnerem, który mógł jednocześnie zapewnić równowagę przy chwiejnej sytuacji politycznej państwa polskiego. Dlatego też jeszcze w 1920 roku podjęto się rokowań dotyczących obustronnego układu wojskowego. W rozmowach brali udział m.in. szefowie francuskiej Misji Wojskowej w Polsce gen. Henrys czy gen. Niessel. Józef Piłsudski umiał wykorzystać sytuację geopolityczną, choć we Francji liczne rzesze wojskowych były mu nieprzychylne. O wiele lepiej odnoszono się do młodszego gen. Władysława Sikorskiego, znanego z poglądów zbieżnych z francuską linią polityczną. Dzięki kampanii na rzecz wzajemnego porozumienia oba kraje szybko przygotowały grunt pod umowę wojskową. Wyrazem tego była wizyta Piłsudskiego w Paryżu 3 lutego 1921 roku. Został tam owacyjnie powitany, a o wizycie rozpisywała się francuska prasa. Na efekty nie trzeba było długo czekać, gdyż już 19 lutego podpisane zostały dwie umowy - polityczna sygnowana przez ministrów Brianda i Sapiehę oraz wojskowa, pod którą podpisy złożyli marsz. Foch, gen. Buat i gen. Sosnkowski. Umowa polityczna zakładała porozumienie rządów w sprawie gospodarczej i handlowej, a także w kwestiach prowadzenia wspólnej polityki zagranicznej. Z kolei układ wojskowy przewidywał współdziałanie na wypadek napaści Niemiec na któregokolwiek z sygnatariuszy paktu. Francja zobowiązała się także do pomocy technicznej oraz finansowej dla młodego wciąż Wojska Polskiego, przekazując niebawem 200 mln franków na zakup broni i rozwój militariów oraz 80 mln franków na zakup nadwyżek z francuskich zapasów. W Polsce przeceniono znaczenie paktu, który od tej pory stał się jednym z głównych gwarantów bezpieczeństwa Rzeczpospolitej na międzynarodowej arenie. Francuzi ze sceptycyzmem odnosili się do podpisanego porozumienia, choć wielokrotnie udzielali Polsce pomocy czy to w sprawie organizacji plebiscytów, czy też w Radzie Ambasadorów podczas rozmów na temat wschodniej granicy II RP. Kurtuazyjne wizyty Sikorskiego we Francji i Focha w Polsce wzmacniały przyjaźń obu narodów, ale w praktyce znaczyły niewiele. Właściwie okres ciepłych stosunków trwał do połowy 1924 roku, jeszcze 8 maja szefowi Sztabu Generalnego gen. Stanisławowi Hallerowi udało się uzyskać pożyczkę zbrojeniową w wysokości 200 mln franków. W trzy dni później nastąpiła zmiana na stanowisku premiera Francji. Sprzyjającego Polakom Poincaré zastąpił radykalny Edouard Herriot, który szybko obrał drogę zbliżenia z Wielką Brytanią i Niemcami. Niestety, nie pomogły interwencje Polaków, w tym ministra spraw zagranicznych Aleksandra Skrzyńskiego, który udał się do Francji w dniach 15-20 marca 1925 roku. 16 października 1925 roku Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Włoch podpisały w Locarno czterostronny układ gwarancyjny, który właściwie nie poruszał sprawy granicy niemiecko-polskiej. Sojusz polsko-francuski stawał się coraz większym mitem. Nie należy jednak zapominać, iż Francuzi sporo inwestowali w gospodarce Polski. Kapitał francuski szybko zaczął doganiać inwestycje niemieckie, ale wraz z rozwojem sytuacji ekonomicznej notowany był wyraźny kryzys stosunków politycznych na linii Paryż-Warszawa. Negatywne następstwa Locarno przetrwały kilka następnych lat, tymczasem stosunki Polaków z innymi członkami przyszłej koalicji alianckiej układały się różnie. Stosunki z Wielką Brytanią nie należały do najcieplejszych w okresie poprzedzającym przewrót majowy zorganizowany 12 maja 1926 roku przez Józefa Piłsudskiego. Dopiero objęcie władzy przez marszałka i jego popleczników przełożyło się na wzrost zaufania ze strony Anglików, którzy przychylnym okiem spoglądali na nowy system rządów w II RP. Politykę marszałka na arenie międzynarodowej prowadził nowy minister spraw zagranicznych August Zaleski, starając się wyważyć stosunki z wszystkimi partnerami politycznej gry. Rozpoczęto starania o podpisanie układu pokojowego z ZSRR, który wciąż był groźnym rywalem we wschodniej części Europy. Zabezpieczenie skrzydła dałoby Polakom większe możliwości manewru w stosunkach z Niemcami. Początkowe rokowania na linii Warszawa-Moskwa przerwała tragiczna śmierć 7 czerwca 1927 roku posła radzieckiego w Polsce Piotra Wojkowa. Strona sowiecka wtrącała się także do sprawy stosunków polsko-litewskich, zdecydowanie popierając Litwinów. Konflikt udało się zażegnać Piłsudskiemu w grudniu 1927 roku podczas spotkania na forum Ligi Narodów w Genewie z premierem Augustinasem Voldemarasem. Jednocześnie dalszemu rozluźnieniu uległy więzy z Francuzami. Jeszcze w tym samym roku zlikwidowano francuską misję wojskową w Polsce. Niepewna sytuacja polityczna Polski była coraz groźniejsza dla losów młodej republiki. Napięcie zmniejszyło podpisanie paktu Brianda-Kellogga 27 sierpnia 1928, który ratyfikowały wszystkie większe państwa europejskie, za wyjątkiem ZSRR (przystąpił w późniejszym czasie). W myśl porozumienia sygnatariusze wyrzekali się wojny. Nijak się to miało do coraz bardziej agresywnej polityki Niemiec, gdzie do głosu zaczęły dochodzić partie radykalne. To zwiększyło niepokój Moskwy, która teraz sama szukała porozumienia z Polakami. W styczniu 1930 roku wznowiono rozmowy o pakcie o nieagresji. W międzyczasie stosunki z Francuzami uległy dalszemu ochłodzeniu. Strona polska kilkukrotnie proponowała stworzenie dokumentu gwarancyjnego, którego głównym punktem byłaby polska granica na zachodzie. Francuzi uchylali się od odpowiedzialności, prowadząc politykę przychylną Niemcom. Nawet zmiana kursu w Berlinie zainicjowana wystąpieniem ministra Gottfrieda Treviranusa z 10 sierpnia 1930 roku (dotyczyło rewizji granicy na wschodzie i odebrania Polsce Pomorza) nie zaalarmowała wystarczająco Francuzów. Co gorsza, latem 1929 roku Francja wycofała swoje wojska z Nadrenii, nie zauważając chyba, iż nastroje w Niemczech dojrzewają do ponownej militaryzacji tego kraju, czego wyrazem były ambitne plany rozbudowy Reichswehry. W drodze zabezpieczenia Francuz zaczęli budować pas umocnień na granicy niemieckiej zwany Linią Maginota. W ich mniemaniu zapora ta miała ich uchronić od jakiegokolwiek zagrożenia ze strony Republiki Weimarskiej. Jednocześnie ociepleniu uległy stosunku Polski z Sowietami. 27 marca 1930 roku podpisano umowę handlową, która była wstępem do dalszego, szerszego porozumienia. Jednocześnie Francja i ZSRR zdecydowały się na zatwierdzenie paktu o nieagresji. Propozycja francuska spłynęła do Moskwy w kwietniu 1931 roku. Dokument sygnowano 29 listopada 1932 roku. 2 listopada 1932 roku nastąpiła zmiana na stanowisku polskiego ministra spraw zagranicznych. Miejsce Zaleskiego zajął wierny uczeń Piłsudskiego, z dawna przygotowany do tej roli, Józef Beck. Polacy i Sowieci szybko dostrzegli wspólne zagrożenie polityką niemiecką, gdzie coraz liczniejsze przedstawicielstwo w Reichstagu zdobywała sobie NSDAP, partia narodowych socjalistów, głoszących postulaty rewizji postanowień traktatu wersalskiego. Agresywna polityka Niemiec sprawiła, iż zbliżenie zapoczątkowane w 1930 roku zainicjowało parafowanie 26 stycznia 1932 roku polsko-radzieckiego paktu o nieagresji, który podpisano ostatecznie 25 lipca 1932 roku w Moskwie. Strony reprezentowali Stanisław Patek, poseł RP w Moskwie, oraz Nikołaj Krestinskij, komisarz spraw zagranicznych ZSRR. Gdy 30 stycznia 1933 roku Adolf Hitler został kanclerzem, szybko okazało się, iż zyskuje on sobie sporą popularność i nie zawaha się w użyciu siły, aby zrealizować swoje zamierzenia. Mimo nieprzychylnych Polsce wypowiedzi, zapewniał on Warszawę o dobrej woli. Mimo iż 14 października Niemcy opuściły konferencję rozbrojeniową, a w pięć dni później wystąpiły z Ligi Narodów, już 15 listopada poseł RP w Berlinie Józef Lipski spotkał się z Hitlerem, uzgadniając wstępnie warunki obustronnego paktu. Pakt o nieagresji został podpisany 26 stycznia 1934 roku i stał się obiektem krytyki dotychczasowych sojuszników Polski - Francji i ZSRR - zagrożonych aktywną polityką Hitlera. Zaniepokojona Moskwa zaproponowała Polsce przedłużenie paktu o nieagresji o 10 lat. Warunkiem Polaków było unormowanie stosunków Sowietów z innymi państwami Europy Wschodniej, w tym sojuszniczymi Finlandią, Łotwą i Estonią. 5 maja 1934 roku podpisano wreszcie w Moskwie obustronny protokół przedłużający pakt. Z kolei, jeśli chodzi o Francuzów, w 1933 roku Piłsudski zadał im za pośrednictwem gen. Maxime Weyganda pytanie, czy Francja odpowie ogólną mobilizacją lub akcją zbrojną na wypadek napaści Niemiec na Polskę. Odpowiedź rządu francuskiego nie pozostawiała wątpliwości: "Na wypadek zaatakowania Polski przez Niemcy, Francja nie zarządzi ogólnej mobilizacji i nie wystawi swych sił na granicy Niemiec, natomiast obiecano Polsce pomoc w sztabach wojskowych, w uzbrojeniu, amunicji oraz w jak najszerszym organizowaniu opinii publicznej świata na korzyść Polski". To jasno wskazywało na fakt nieprzygotowania i niechęci Francuzów do toczenia walk w obronie Polski. Podobnie rzecz się miała u Brytyjczyków, którzy równie niemrawo reagowali na coraz śmielej poczynających sobie Niemców. Coraz większy wpływ na politykę rządu brytyjskiego mieli bowiem dyplomaci zachowawczy, lansujący styl nazwany później "polityką łagodzenia". Zupełnie inną wizję działań miał Piłsudski, trzykrotnie proponując Francji rozpoczęcie wojny prewencyjnej przeciwko Rzeszy, obiecując wkroczenie Wojska Polskiego do Gdańska i Prus Wschodnich. Za każdym razem propozycję odrzucano. Francuzi tymczasem dążyli do przymierza ze Związkiem Sowieckim, podpisując pakt o wzajemnej pomocy w maju 1935 roku. W tym samym miesiącu zmarł Józef Piłsudski, a los dyplomacji polskiej spoczywał od tej pory jedynie w rękach ministra Becka. Tuż przed śmiercią marszałka Francuzi proponowali ideę utworzenia paktu wschodniego, który miał objąć gwarancjami m.in. granice Polski. Strona polska nie zgodziła się na porozumienie, dostrzegając, iż w razie konfliktu ZSRR lub Niemcy miałyby możliwość interwencji zbrojnej na ziemiach Rzeczypospolitej. Polacy woleli wiązać się z każdym państwem z osobna, potwierdzając, iż przymierze z Francuzami nadal jest żywe. Już 29 stycznia 1934 roku Piłsudski zapewniał ambasadora Laroche'a, iż pakt z Niemcami niczego nie zmienia w stosunkach Warszawa-Paryż. 25 kwietnia Beck udzielił wywiadu dla francuskiej agencji Havas, mówiąc: "My, w Polsce, uważamy przymierze pomiędzy naszym krajem a Francją nie tylko za trwały element życia międzynarodowego, ale za żywą rzeczywistość". Zwolennicy ścisłego sojuszu z Francją, jak chociażby przebywający na emigracji gen. Władysław Sikorski, z niepokojem patrzyli na poczynania nowego ministra spraw zagranicznych Pierre'a Lavala, który chciał prowadzić politykę uspokajania Niemiec, nawet za cenę ustępstw. A w tym czasie Hitler zdążył już wprowadzić obowiązek służby wojskowej (1935 rok) i rok później zmilitaryzował Nadrenię. Europejskie rządy, obok not dyplomatycznych, nie zdecydowały się na silniejszą kontrakcję. Wojska hitlerowskie zajęły prowincję 7 marca 1936 roku.

Gabinet brytyjski kierowany przez Baldwina i Edena ograniczył się do potępienia kroków niemieckich na forum Ligi Narodów. Jednocześnie zaniepokojeni Francuzi kontaktowali się z Polakami, którzy zapewniali, iż Polska przyjmuje sojusznicze zobowiązania i w razie konieczności aktywnie wystąpi po stronie Francji, decydując się na akcję zbrojną przeciwko Rzeszy. Ze strony francuskiej podobne gwarancje nie padły, co jasno dawało do zrozumienia, iż w razie agresji na Rzeczpospolitą napadnięty kraj będzie zdany wyłącznie na siebie. W lipcu do Warszawy przybył gen. Maurice Gamelin, następnie do Paryża udał się z rewizytą gen. Edward Rydz-Śmigły, Naczelny Wódz Wojska Polskiego. Nie padły żądne zobowiązania, choć Gamelin mówił: "Ten z nas, który pierwszy będzie musiał przyjąć na siebie główny początkowy wysiłek Niemców, winien go oczywiście naprzód powstrzymać, następnie stawić opór. Drugi zaś powinien skierować wszystkie swe wysiłki dla ściągnięcia i zatrzymania przed sobą maksimum ich sił. Sposoby przeprowadzenia tej akcji mogą być różne i jestem gotów je rozpatrzyć, jednakże jest to zasada, co do której musimy być naprzód zgodni". Gamelin mówił pięknie, ale już, jak wspomina szef sztabu gen. Wacław Stachiewicz, konkretnych zobowiązań przyjąć nie chciał. Podczas kolejnej wizyty Rydza-Śmigłego w dniach 30 sierpnia - 6 września 1936 roku znowu dyskutowano taktykę przeciwdziałania agresji niemieckiej. Rydz-Śmigły także na forum krajowym nakazał rozpoczęcie przygotowań do ewentualnych działań zbrojnych, opracowując plan obronny, którego głównym architektem był gen. Tadeusz Kutrzeba. 6 września na zamku w Rambouillet podpisano polsko-francuską umowę kredytową dotyczącą sumy trzech miliardów franków. Połowa miała zostać przekazana stronie polskiej w materiale wojennym, połowa zaś w gotówce. O ile udało się szybko zrealizować wpłatę finansową, o tyle dość mozolnie szło gromadzenie sprzętu francuskiego. Także w 1937 roku trwały spotkania i rozmowy przedstawicieli polskich i francuskich, ale nie zakończyły się one podpisaniem kluczowych dla rozwoju sytuacji zobowiązań. Sytuacja polityczna w Europie była coraz bardziej napięta, a to za sprawą wybuchu wojny domowej w Hiszpanii, gdzie zbuntowani rebelianci pod wodzą gen. Francisco Franco zyskali sobie poparcie narodowych socjalistów z Niemiec i Włoch, oraz najazdu Włochów na Abisynię zakończonego podbiciem Etiopii. Stosunki polsko-niemieckie nadal wydawały się być poprawne, choć na sztuczność takiego stanu rzeczy wskazywał fakt utraty polskich wpływów na terenie Wolnego Miasta Gdańsk. Jednocześnie ochłodzeniu uległy stosunki Polski z ZSRR, który nieufnie patrzył na zbliżenie z Rzeszą oraz bardzo dobre stosunki Polaków z Włochami. Józefa Stalina niepokoił też fakt zaangażowania Rzeczypospolitej w politykę litewską. Wiosną 1938 roku obu stronom groził nawet konflikt militarny, co osłabiało także więzi z Francją, niechętnej tego typu akcjom. Co więcej, na linii Paryż-Moskwa również iskrzyło. Wiązało się to z upadkiem francuskiego frontu ludowego i powołaniem rządu Edouarda Daladiera w dniu 13 kwietnia 1938 roku. Nowy gabinet nie miał zamiaru rezygnować z niemrawej polityki względem Niemiec, decydując się na kontynuowanie "appeasementu", który silnie oddziaływał również na dyplomatów brytyjskich z premierem Neville'em Chamberlainem na czele. Już wkrótce bierność mocarstw zachodnich miał ponownie wykorzystać Hitler. Powodem były jego agresywne zamierzenia względem Austrii, gdzie stosując rozmaite naciski dyplomatyczne i wojskowe dokonał tzw. Anschlussu, czyli przyłączenia do Rzeszy 12 marca 1938 roku. Sytuacja Polski w tym wypadku niewiele się zmieniła, oprócz tego, iż jej potencjalny przeciwnik wzmocnił się jeszcze bardziej. Sam Beck skwitował to krótko: "Polska nie ma interesu ani żadnego sposobu interwencji". Teraz najbardziej zagrożonym państwem była Czechosłowacja, do której terytorium rościli sobie prawa Niemcy. Szybko stało się jasnym, iż Francja ani Wielka Brytania nie zareagują w chwili kolejnego przesilenia na międzynarodowej arenie. Minister Georges Bonnet, premier Daladier, minister Edward Halifax i premier Chamberlain wciąż prowadzili politykę "appeasementu". Niewiadomą pozostawało podejście Związku Radzieckiego, ale ten, targany konfliktami wewnętrznymi i osłabiony prowadzoną przez Stalina czystką, także nie decydował się na śmiałą interwencję. Mimo iż Francja miała podpisany układ sojuszniczy z Czechosłowacji, szybko zaczęła wywierać presję na prezydenta Beneša, starając się zmusić go do ustępstw na rzecz Niemiec. Wreszcie, aby przyspieszyć rozpad Czechosłowacji, zwołano do Monachium konferencję, na której w dniach 29-30 września dyskutowali przedstawiciele Niemiec, Włoch, Wielkiej Brytanii i Francji. Politycy zachodni ulegli presji Hitlera i nie zdecydowali się na protest, pozwalając mu na zabór Czechosłowacji. Rząd polski także nie popisał się w tej sytuacji. Już w maju podczas narady prezydenta Mościckiego i Naczelnego Wodza Rydza-Śmigłego ustalono taktykę postępowania. W konsekwencji, gdy Niemcy odbierali Czechom Sudety, Polacy wystosowali ultimatum, żądając przekazania Zaolzia. 21 września, w sześć po proklamowaniu przez Henleina (przywódcę niemieckiej mniejszości narodowej na Czechosłowacji) aneksji Sudetenlandu, Polacy wystosowali notę, w której domagali się wyjaśnienia rzekomego prześladowania mniejszości polskiej. 27 września żądano już przekazania Śląska Zaolziańskiego. W trzy dni później do Pragi wpłynęło polskie ultimatum, które rząd czechosłowacki z ciężkim sercem zaakceptował. 2 października na Zaolzie weszły jednostki Wojska Polskiego, co w oczach opinii publicznej postawiło Polaków jako agresorów na równi z Niemcami. I nie były to oskarżenia bezpodstawne. 15 marca 1939 roku wojska hitlerowskie wkroczyły do Pragi, dokonując aneksji Czechosłowacji. Jednocześnie nasilono presję na rząd polski, domagając się przekazania Gdańska oraz budowy eksterytorialnej autostrady do Prus Wschodnich przez ziemie polskie. Było to oczywiste pogwałcenie prawa międzynarodowego, a Rzeczpospolita zdecydowała się na odrzucenie niemieckich warunków, słusznie uznając je za wstęp do ograniczenia suwerenności narodowej. Początkowo minister Beck nie informował rządu sojuszniczej Francji o niemieckich propozycjach przedłożonych przez ministra Joachima von Ribbentropa 24 października 1938 roku. Podobnie rzecz się miała z wynikami rozmów na linii Hitler-Beck z 5 stycznia i Ribbentrop-Beck z 25 i 26 stycznia. Zaborcza polityka Rzeszy wreszcie zaalarmowała mocarstwa zachodnie. Agresywne posunięcia w stosunku do Czechosłowacji sprawiły, iż 31 marca, podczas posiedzenia Izby Gmin, premier Chamberlain udzielił gwarancji, iż w przypadku napaści hitlerowskiej armii Wielka Brytania przyjdzie Rzeczypospolitej z pomocą. Wszystko to sprawiło, iż w pospiesznym tempie Polacy przystąpili do odnawiania układów sojuszniczych z Francją. Hitler doskonale zdawał sobie sprawę, iż w wypadku agresji na zachód Polska stanie do walki na jego wschodniej flance. Wiedział również, iż II RP nie będzie tak ochoczo broniona przez Francuzów i Brytyjczyków, do wojny po prostu nieprzygotowanych. 28 kwietnia minister Bonnet i ambasador RP w Paryżu Juliusz Łukasiewicz rozpoczęli rozmowy dotyczącą umowy polityczno-wojskowej. Tego samego dnia Hitler wygłosił bardzo agresywną mowę w Reichstagu, w której wypowiedział Polsce pakt o nieagresji. Odpowiedzią na to było pamiętne sejmowe przemówienie Józefa Becka, który stwierdził m.in.: "[...] od Bałtyku, od którego Polska odepchnąć się nie da [...] Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor". Wróćmy do rozmów sojuszniczych. Francuska Rada Ministrów przyjęła projekt układu politycznego 12 maja. Jednocześnie do Paryża jechali przedstawiciele Wojska Polskiego, z ministrem spraw wojskowych gen. Tadeuszem Kasprzyckim na czele. W Paryżu spotkał się on z szefem sztabu generalnego Obrony Narodowej gen. Mauricem Gamelinem. Przyczynkiem do negocjacji było luźne stwierdzenie wcześniejszej umowy, iż "Polska i Francja zobowiązują się wzajemnie do udzielenia sobie natychmiast całej pomocy i wsparcia, do jakich są zdolne, przeciwko każdemu zagrożeniu bezpośredniemu lub pośredniemu, które by dotyczyło ich spraw żywotnych". 19 maja podpisano tajny protokół wojskowy, który obok wytycznych działań zobowiązywał Francję do pomocy materialnej. W dniach 23-30 maja do Polski przybyli sztabowcy brytyjscy. Obecny w Warszawie gen. Edward Clayton zapewniał, iż "w wypadku działań niemieckich przeciwko miastom i ludności cywilnej Anglia jest gotowa dokonać odwetu nawet wtedy, gdy Niemcy nie zaatakują terytorium angielskiego, ale rozpoczną nieograniczoną wojnę powietrzną przeciwko Polsce". W praktyce słowa te pozostały martwą literą, bowiem Brytyjczycy do niczego na papierze się nie zobowiązali. Jednocześnie prowadzili wraz z Francuzami grę, której celem było pozyskanie do koalicji Związku Radzieckiego. Stalin wahał się, decydując na wykonanie gestów w stronę Hitlera. Za takowy poczytano mianowanie 3 maja nowym komisarzem spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa. To ociepliło stosunki na linii Berlin-Moskwa i wkrótce doprowadziło do porozumienia za plecami aliantów zachodnich. 30 maja sekretarz stanu Ernst von Weizsaecker poinformował Sowietów o gotowości podjęcia rozmów przez Niemcy. W czasie, gdy do Moskwy przybywały kolejne delegacje brytyjskie i francuskie, Mołotow i Stalin układali się z Niemcami. Kartą przetargową stało się również terytorium Polski, co niedwuznacznie sugerował ambasador Schulenberg. Pretekstem do zerwania rozmów Sowietów z Francuzami i Brytyjczykami było żądanie możliwości przemarszu wojsk radzieckich przez terytorium Polski i Rumunii w wypadku konfliktu zbrojnego w zachodniej części Europy. Propozycję, po konsultacji z Beckiem, alianci odrzucili. 20 sierpnia Hitler kontaktował się drogą listowną ze Stalinem, prosząc o zapis protokołu między obydwoma państwami. Nazajutrz otrzymał zaproszenie dla ministra Ribbentropa, który szybko udał się do Moskwy. Tam 23 sierpnia podpisano pakt o nieagresji oraz umowę gospodarczą i wojskową, a w tajnym protokole aktu Ribbentrop-Mołotow znalazł się zapis o rozbiorze Polski i wspólnej napaści na ten kraj. Brytyjczycy i Francuzi zrozumieli, iż jest już za późno na układanie się ze Stalinem. W rezultacie Wielka Brytania zdecydowała się na podpisanie umowy wojskowej z Polską. Pakt o wzajemnej pomocy sygnowano 25 sierpnia, a premier Chamberlain ostrzegał z ławy Izby Gmin, iż Wielka Brytania wypełni swoje zobowiązania sojusznicze. To na moment podkopało pewność Hitlera, iż mocarstwa zachodnie nie zareagują na agresję. Zdecydował się odłożyć termin ofensywy. Szybko jednak otrząsnął się z pierwszego wrażenia i postanowił, iż natarcie ruszy o 4.45 1 września 1939 roku.

Warto teraz przytoczyć umowę Kasprzycki-Gamelin, której do tej pory celowo nie cytowaliśmy, dochodząc do września 1939 roku:
"Tajne rokowanie francusko-polskie.
Protokół końcowy wspólnych polsko-francuskich rozmów sztabowych, którym przewodniczyli: ze strony polskiej generał dywizji Tadeusz Kasprzycki, minister spraw wojskowych, ze strony francuskiej generał Maurice Gamelin, szef Sztabu Generalnego.
Francuskie i polskie Dowództwa Naczelne, działając w ramach decyzji powziętych przez oba rządy, po:
a) zapoznaniu się ze swoimi punktami widzenia na niemieckie siły i możliwości strategiczne;
b) wymianie informacji o siłach Wojska Polskiego i Armii Francuskiej oraz ich możliwościach w zakresie mobilizacji i koncentracji, ustaliły co następuje:
I. W wypadku agresji niemieckiej przeciwko Polsce lub w wypadku zagrożenia żywotnych interesów Polski w Gdańsku, co wywołałoby zbrojną akcję Polski, Francuskie Siły Zbrojne rozpoczną automatycznie działania w sposób następujący:
1. Francja podejmie natychmiast działania powietrzne zgodne z uprzednio ustalonym planem.
2. Gdy tylko część sił francuskich będzie gotowa (około trzeciego dnia I+) Francja stopniowo przystąpi do działań ofensywnych o ograniczonych celach.
3. Gdy tylko zaznaczy się główny wysiłek niemiecki przeciw Polsce, Francja głównymi siłami rozpocznie działania ofensywne przeciwko Niemcom (poczynając od piętnastego dnia I+).
II. W pierwszej fazie wojny Polska zaangażuje całość swych sił w działaniach obronnych przeciwko Niemcom, przechodząc do działań ofensywnych, gdy tylko okoliczności pozwolą, na ogólnych warunkach uzgodnionych przez oba Dowództwa.
III. Na odwrót, jeśli gros sił niemieckich zaatakuje Francję, w szczególności przez Belgię lub Szwajcarię, co pociągnie za sobą wszczęcie działań zbrojnych przez armię francuską, Wojsko Polskie będzie dokładać wszelkich starań, by związać możliwie największą część sił niemieckich, na ogólnych warunkach uzgodnionych przez oba Dowództwa.
IV. Aby wzmocnić uzbrojenie i wyposażenie Polskich Sił Zbrojnych, oba Dowództwa naczelne uznają za konieczne we wspólnym interesie natychmiastowe przyjście przez Francję z pomocą materiałową i finansową rządowi polskiemu. Pomoc ta pozwoli wydatnie zwiększyć siły Wojska Polskiego i rozwinąć w Polsce przemysł wojenny, tak na potrzebny Wojska Polskiego, jak i na potrzeby jego sojuszników na wschodnim teatrze działań wojennych.
V. Oba Dowództwa Naczelne uważają za niezbędne kontynuowanie bardziej szczegółowych rokowań, mających na celu rozpracowanie wytycznych zawartych w niniejszym protokole.
(podpisano): Kasprzycki (podpisano): Gamelin"

Nietrudno spostrzec, iż określenia, jakich użyto w protokole były wysoce nieprecyzyjne i dawały obu stronom spore pole do manewru. Zauważmy, iż strona polska zobowiązała się do natychmiastowej pomocy w wyniku napaści Niemiec na Francję, strona francuska miała czas na podjęcie konkretnych decyzji w chwili agresji przeciwko sojusznikowi ze wschodu. Dokument dość nieprecyzyjnie określał zakres działań sił francuskich, podejrzewania mogło wzbudzić zastosowanie chociażby formuły: "Gdy tylko zaznaczy się główny wysiłek niemiecki przeciw Polsce, Francja głównymi siłami rozpocznie działania ofensywne przeciwko Niemcom". Pogrubione fragmenty wskazują na niejasność założeń konwencji - co bowiem oznacza "główny wysiłek" lub też "główne siły"? Mimo iż strona francuska miała pretekst do opatrznego interpretowania zapisów umowy Kasprzycki-Gamelin, Polacy z dużym optymizmem patrzyli w przyszłość, spodziewając się, iż nawet jeśli zostaną zaatakowani, sojusznicy szybko pospieszą im z pomocą, rozstrzygając losy wojny. Jednocześnie niewielu wojskowych dostrzegało zagrożenie ze strony doskonałej taktyki operacyjnej jednostek niemieckich, które pod tym względem znacznie przewyższały siły francuskie. Duża część tamtejszych dowódców nie była w stanie dostosować się do schematów prowadzenia nowoczesnej wojny. Ale największym paradoksem umowy Kasprzycki-Gamelin nie była nieprzejrzystość dokumentu, ale fakt podporządkowania go umowie politycznej. Według ustaleń układ wchodził w życie dopiero po podpisaniu porozumienia politycznego, a takowego przed wojną nie podpisano. Czy było to zaniedbanie strony polskiej? Tego nie wiemy, ale na pewno nie spodziewano się, iż brak owego dokumentu mógłby zahamować ewentualną francuską ofensywę. Gdy pierwsze niemieckie pociski spadły na ziemie polskie, wszyscy Polacy z zapartym tchem obserwowali rozwój wydarzeń na arenie dyplomatycznej. Spodziewano się zdecydowanej kontrakcji Francuzów i Brytyjczyków. Cierpliwość Polaków została wystawiona na ciężką próbę. Najpierw sojusznicze rządy wystosowały ultimatum względem Niemiec, domagając się natychmiastowego zakończenia działań zaczepnych przeciwko Polsce. Wobec braku odpowiedzi, Chamberlain zaplanował zorganizowanie... negocjacji. Przemawiając 2 września z Izbie Gmin, spowodował spore poruszenie parlamentarzystów, którzy uważali, iż honor Wielkiej Brytanii wisi na włosku. Kilku z posłów wstało i w twarz powiedziało Chamberlainowi, co o tym sądzą. Wieczorem do ambasadora RP w Londynie Edwarda Raczyńskiego dzwonił przyszły premier brytyjski Winston Churchill i zapewniał, iż Wielka Brytania wypełni zobowiązania sojusznicze. Tak też się stało. O 11.00 3 września rząd brytyjski wypowiedział wojnę Niemcom. W jego ślady poszli Francuzi, którym także nie w smak było podejmowanie tak drastycznych działań. Dzień wcześniej do Bonneta przybył Juliusz Łukasiewicz, który wygarnął mu: "Tak nie może być! Nie może! Dobrze pan o tym wie! Umowa jest umową i trzeba ją respektować! [...] Czy zdaje pan sobie sprawę, że każda godzina, o którą opóźniacie atak na Niemcy oznacza [...] śmierć tysięcy polskich mężczyzn, kobiet i dzieci?" Minister zareagował: "A więc chce pan, że masakrowano kobiety i dzieci Paryża?" Wreszcie ten sam Bonnet, o 17.00 3 września, idąc śladami Brytyjczyków, skierował pismo do zagranicznych placówek dyplomatycznych i ogłosił stan wojny z Niemcami. Czytamy w nim m.in.: "Agresja, której 1 września dokonał Rząd Niemiecki przeciwko Polsce, nie biorąc pod uwagę pokojowych metod regulowania zatargów [...] oraz łamiąc zobowiązania przyjęte dobrowolnie tak wobec samej Polski, jak wobec wszystkich państw - sygnatariuszy paktu nieuciekania się do wojny z dn. 27 sierpnia 1928 r., postawiła Republikę Francuską wobec konieczności wykonania jej zobowiązań pomocy Polsce [...] W wyniku więc agresji Niemiec przeciwko Polsce zaistniał począwszy od 3 września 1939 r. od godz. 17 stan wojny między Francją a Niemcami". Zgromadzenie najpierw przed ambasadą Wielkiej Brytanii na Nowym Świecie tłumy Polaków manifestowały swoją radość. W kilka godzin na Frascati przed ambasadą Francji także zebrały się liczne rzesze warszawiaków, którzy wyśpiewali "Marsyliankę" i wznosili okrzyki "Vive la France!". Premier Sławoj-Składkowski zanotował: "Udało się nam uzyskać to, czego nie otrzymali Czesi - pomoc Anglii i Francji! Jest to wielka rzecz w tej wojnie, którą dotąd prowadziliśmy sami, absolutnie sami". Wydawało się, że teraz już nic nie jest w stanie pokrzyżować planów koalicji, tym bardziej, iż dzień później, 4 września, Juliusz Łukasiewicz i Georges Bonnet podpisali w Paryżu wspominaną umowę polityczną. W Art. 1 czytamy: "Zobowiązanie obu Umawiających się Stron do natychmiastowego udzielenia sobie wzajemnie wszelkiej pomocy i poparcia będących w ich mocy od chwili rozpoczęcia działań nieprzyjacielskich między jedną z Umawiających się stron a jednym z mocarstw europejskich wskutek agresji tego mocarstwa przeciw wspomnianej Stronie Umawiającej się [...]". "Będących w ich mocy"? A więc już nie głównymi siłami. Być może jest to tylko różnica w stosowaniu nazewnictwa, jednakże fakt rozbieżności pozostaje faktem. Mimo to Francuzi, kiepsko przygotowani do wojny ofensywnej, szybko przeszli do działań zaczepnych przeciwko Niemcom. Tyle że tam entuzjazm wojenny był zdecydowanie mniejszy. Ludność nie chciała bić się za obcą sobie sprawę, narażając życie i ściągając sobie na głowy wojnę. Pamięć o wydarzeniach lat 1914-18 wciąż była tu świeża. Prasa francuska "nie chciała umierać za Gdańsk" i wydawało się, że bardziej defetystycznego nastawienia nie można wypracować. Ofensywa francuska rozpoczęła się już w pierwszych dniach od wypowiedzenia wojny. Pomimo brzydkiej pogody, pospiesznie mobilizowani i ściągani w rejon Linii Maginota żołnierze, ruszyli w kierunku granicy niemieckiej, przekraczając ją i zajmując około dwudziestu miejscowości położonych w tym rejonie. Pozostawione na tym froncie siły niemieckie ulokowane były za dogodnymi do obrony umocnieniami Linii Zygfryda i nawet generalny atak francuski-brytyjski mógł nie przynieść odpowiedniego efektu. 2. armia siłami dziewięciu dywizji piechoty nacierała na kierunku Saary, ale siły francuskie w żadnym wypadku nie mogły pokonać pozycji umocnionych. Ostrzeliwanie niemieckich pozycji mogło potrwać bardzo długo, mimo to rozpoczęto podciąganie i używanie artylerii. Także lotnictwo starało się prowadzić działania ofensywne, ale ze względu na złą pogodę szybko wycofano je z użycia. Ofensywa francuska została wstrzymana 12 września. W tym czasie straty nacierających wyniosły około 2000 żołnierzy. Także lotnictwo poniosło spore straty, zniszczono bowiem 120 maszyn alianckich różnego typu. Luftwaffe z kolei pozbawiono 35 maszyn. Jednocześnie z zahamowaniem działań Brytyjczycy i Francuzi przystąpili do rozmów, które miały określić ich dalszy wkład w walkę. 12 września zorganizowano w Abbeville konferencję, której wyniki nie pozostawiały wątpliwości - ofensywa zostaje wstrzymana wobec braku możliwości działania. W tym samym czasie uwidocznił się już upadek Wojska Polskiego, co w połączeniu z późniejszym atakiem ZSRR na Polskę (17 września) stawiało aliantów zachodnich w trudnym położeniu - z jednej strony obiecywano Polsce pomoc za wszelką cenę, z drugiej nie było już komu pomagać i nie było po co tego czynić. Wykrwawianie jednostek nie byłoby najmądrzejszym posunięciem z taktycznego punktu widzenia. W punkcie drugim stenogramu kończącego konferencję w Abbeville czytamy wręcz, iż nie należy się podejmować działań prowokujących Niemców, aby nie ściągnąć na Francję uderzenia odwetowego. Francuzi i Brytyjczycy zalecali szybką rozbudowę potencjału militarnego i przygotowanie do spodziewanej wiosennej kampanii. Dyrektywa nr 4 gen. Gamelina wstrzymywała ofensywę. Wkrótce Gamelin postanowił odstąpić od możliwości dalszego uderzenia. Warto odnotować, iż lądowe jednostki brytyjskie nie były jeszcze w stanie podjąć się walki na tym froncie i dopiero rozpoczynały przybywanie i formowanie we Francji. Z kolei lotnictwo, liczące prawdopodobnie około 500 bombowców i 500 myśliwców, nie zdecydowało się na śmiałe bombardowania niemieckich obiektów, wykonując kilka akcji oraz naloty "ulotkowe". Zrzucanie ulotek miało wpłynąć na mentalność i psychikę żołnierzy i ludności w Niemczech. W efekcie być może poprawiły humor tym, którzy je czytali, wszak śmiech to zdrowie. Lotnikom angielskim wydano zakaz atakowania celów cywilnych. Jakże inaczej wyglądała sytuacja w Polsce, gdzie Niemcy masowo ostrzeliwali uciekających ludzi. Niewielkie działania RAF-u niewiele zmieniły w tragicznej sytuacji Polski. Na kuriozum zakrawał fakt pocieszania Polaków przez "Timesa", który pisał: "Polakom być może ulży w jakimś stopniu świadomość, że ich udręczony kraj darzą współczuciem, ba, szacunkiem, nie tylko sojusznicy w zachodniej Europie, lecz wszyscy cywilizowani ludzie na świecie". Wydaje się, że nie ulżyło. Tym bardziej, że po agresji ZSRR na Polskę Francja i Wielka Brytania ograniczyły się do not protestacyjnych. W stanie wojny ze Związkiem Radzieckim się nie znalazły. Zresztą, nawet status relacji polsko-sowieckich nie był do końca uzgodniony.

Upadek Polski i wstrzymanie działań na froncie zachodnim zakończyły początkowy etap II wojny światowej. Państwo polskie znalazło się pod okrutną okupacją niemiecką i sowiecką, jednakże jego przedstawiciele starali się działać także poza granicami ojczyzny. 30 września w Paryżu proklamowane zostało utworzenie Rządu Emigracyjnego, którego prezesem został gen. Władysław Sikorski. Internowani w Rumunii legalni przedstawiciele władzy państwowej w Polsce zrzekli się urzędów. Prezydent Mościcki, korzystając z precedensowego zapisu w konstytucji kwietniowej, zrzekł się urzędu na korzyść Bolesława Wieniawy-Długoszewskiego. To wzbudziło ogromne kontrowersje wśród przebywających na emigracji. W sprawę wmieszał się również rząd francuski, który jeszcze za pośrednictwem ambasadora w Warszawie Leona Noëla poinformował Józef Becka o możliwości udzielenia Polakom prawa do eksterytorialnego pobytu, z francuskiego "droit de résidence". Francuzi wprawdzie zgodzili się na odtworzenie władz polskich na emigracji, jednakże uzurpowali sobie prawo do wtrącania się w sprawy wewnętrzne politycznych emigrantów. W związku z tym zaprotestowali przeciwko mianowaniu Wieniawy prezydentem, co wymogło na Mościckim zmianę decyzji. Rząd francuski przekazał, iż "nie widzi, ku żywemu swemu żalowi, możliwości uznania jakiegokolwiek rządu [powołanego przez Wieniawę]". Nie była to oczywiście inicjatywa samych Francuzów, bowiem polscy emigranci także interweniowali w tej sprawie. Wreszcie prezydentem mianowano Władysława Raczkiewicza, mniej znanego polityka, który postanowił stworzyć rząd pod przewodnictwem Sikorskiego, zaufanego współpracownika Francuzów. Sam Sikorski była zafascynowany Francją, czemu wielokrotnie dawał wcześniej wyraz. Mocarstwa zachodnie szybko zaakceptowały nową postać na dyplomatycznej scenie i udzieliły wszelkiego poparcia Rządowi Emigracyjnemu, uważając go za legalne przedłużenie ciągłości działania poprzednich władz II RP (najszybciej gabinet uznała Francja, w dwa dni później Stany Zjednoczone i po kolejnych dwóch dnia Wielka Brytania). Jednocześnie Sikorski uzyskał spore uprawnienia, które wypracował sobie na drodze politycznego nacisku na Raczkiewicza. Prezydent zrzekł się części prerogatyw przysługujących mu w myśl artykułów konstytucji kwietniowej, co postawiło szefa Rady Ministrów na czele polskiej dyplomacji emigracyjnej. Wkrótce objął on również zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi i z tytułem Naczelnego Wodza był symbolem walki Polaków poza granicami kraju. Walka to już wkrótce miała zostać przeniesiona z teorii w praktykę, ponieważ jeszcze we wrześniu rozpoczęto rozmowy z sojusznikami, które dotyczyły odtworzenia Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Do Francji zaczęli bowiem przybywać żołnierze, którzy przede wszystkim przez Rumunię lub Węgry zdołali przedostać się na zachód. Tutaj zgromadzili się wokół emigracyjnego ośrodka i gotowi byli do podjęcia trudu działalności zagranicznej wraz z Rządem Emigracyjnym, któremu za siedzibę Francuzi wyznaczyli Paryż. Obok polskiego przedstawicielstwa Francuzi sformowali własną misję wojskową. Jej powstanie datuje się jeszcze na 21 sierpnia 1939 roku, a jej szefem gen. Gamelin mianował gen. Louisa Faury. Obok niej sformowano misję lotnictwa i obrony przeciwlotniczej, którą w zarząd objął gen. Paul Armengaud. Jedną z głównych kwestii rozważanych przez Sikorskiego była sprawa odbudowy Wojska Polskiego. Jeszcze 9 września podpisana została polsko-francuska umowa wojskowa, którą następnie uzupełniono protokołem dodatkowym z 13 września. 12 września władze francuskie udzieliły Polakom możliwości korzystania z obozu wojskowego w Coëtquidan. Tam też zaczęto formować pierwszą dywizję, która miała walczyć u boku Francji w spodziewanej wojnie z Niemcami. Do punktów werbunkowych szybko zaczęli przybywać emigranci. Do 20 września zgłosiło się ich 15 tys., głównie zbiegów z Węgrzech i Rumunii. 21 września do istniejących już umów dołożono protokół wykonawczy. Po objęciu urzędu przez Sikorskiego prace nad utworzeniem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie jeszcze przyspieszono. W dwa dni przed zaprzysiężeniem generał objął dowodzenie nad oddziałami polskimi we Francji. Po pospiesznym odtworzeniu Ministerstwa Spraw Wojskowych w akcję tworzenia oddziałów włączyli się także wiceministrowie gen. Marian Kukiel i gen. Izydor Modelski. W prace zaangażował się także sztab Naczelnego Wodza z płk dypl. Karolem Kędziorem na czele. D końca roku trwała akcja werbunkowa i rejestracyjna, która objęła łącznie 37 tys. żołnierzy. Za siedzibę naczelne władze Wojska Polskiego na Emigracji obrały sobie hotel "Regina" w Paryżu. W skład Sztabu Generalnego weszły cztery oddziały - organizacyjny, wywiadowczy, operacyjny i wyszkoleniowo-zaopatrzeniowy. Ważną kwestią był problem finansowania Polaków oraz wyposażenia dla wojsk. Minister skarbu Adam Koc otwarcie mówił, iż przewiezione rezerwy finansowe, przede wszystkim w złocie, należy maksymalnie oszczędzać, co wiązało się ze znalezieniem środków zastępczych dla finansowania Rządu Emigracyjnego i armii. Dzięki kredytom udzielonym już 7 września przez Wielką Brytanię (5 mln funtów szterlingów) oraz Francję (600 mln franków) udało się prowadzić bieżącą działalność bez uciekania się do nadszarpywania wątłych rezerw finansowych. Rząd Polski na Emigracji sformułował też program działalności oraz ogłosił, iż walczyć będzie o odbudowę demokratycznego i suwerennego pastwa polskiego, które w żaden sposób nie zostanie okrojone terytorialnie. To wiązało się z nawiązaniem przyjaznych stosunków z sojusznikami, których działania miały być gwarancją realizacji postulatów. Dlatego też minister spraw zagranicznych w rządzie Sikorskiego August Zaleski w dniach 11-12 października bawił w Londynie, gdzie spotkał się z lordem Halifaxem i premierem Chamberlainem. Zaleski nie uzyskał zapewnienia, iż Wielka Brytania poprze starania Polaków o odzyskanie ziem zagarniętych przez Sowietów. Nie ukrywano, iż oba rządy będą współpracować w celu wyparcia Niemców. Podobny wynik przyniosła listopadowa wizyta Sikorskiego, który obok obietnic na przyszłość starał się poprawić pozycję Rządu Emigracyjnego w koalicji alianckiej, uzyskując niewiele. Po raz kolejny Anglicy odcięli się od jakiejkolwiek presji na Związek Sowiecki, uznając, wedle słów ambasadora Raczyńskiego, "nikt nie zamierza zaostrzać stosunków brytyjsko-sowieckich z racji Polski". 22 listopada siedziba władz Rzeczypospolitej została przeniesiona do Angers, a rząd Francji przyznał budynkom status eksterytorialnych. W zasadzie do końca roku w sytuacji na linii Rząd Emigracyjny-sojusznicy niewiele się zmieniło. Wartym odnotowania jest fakt powstania pierwszych dużych zawiązków taktycznych Polskich Sił Zbrojnych, które już wkrótce miały wejść do walki po stronie aliantów. Powstały lub w fazie formowania były już 1. Dywizja Grenadierów, 2. Dywizja Strzelców Pieszych, 10 Brygada Kawalerii Pancernej. W planach były kolejne jednostki, w tym Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich, której użycie planowano na froncie radziecko-fińskim. Sam Sikorski starał się przekonać aliantów do zaangażowania w Wojnie Zimowej po stronie Finlandii, co znacznie skomplikowałoby sytuacji międzynarodową, bowiem alianci zachodni znaleźliby się w stanie wojny z ZSRR. W walkach miałaby wziąć udział również polska flota, której powstania gwarantowała kolejna umowa polsko-brytyjska, tym razem z połowy listopada 1939 roku. Obok śmiałych prób zachęcenia sojuszników do wejścia w konflikt ze Stalinem strona polska próbowała wymóc potępienie zbrodni hitlerowskich na ziemiach polskich. Rząd Emigracyjny zwracał się z prośbami także do Watykanu, uzyskując słowa otuchy papieża Piusa XII. Polska delegacja z prymasem Augustem Hlondem opowiedziała papieżowi o tragicznych wydarzeniach września, uzyskując wsparcie w encyklice "Summi Pontificatus". Rządy Francji i Wielkiej Brytanii dopiero 17 kwietnia 1940 roku ogłosiły notę protestacyjną względem zbrodni hitlerowskich w Polsce. Warto jeszcze odnotować fakt odtwarzania Polskich Sił Powietrznych w myśl umowy z sojusznikami z dnia 25 października 1939 roku. Przewidywano zatem utworzenie dziesięciu dywizjonów lotnictwa współdziałających z siłami francuskimi. Dzięki temu polskich lotników szkolono na francuskim sprzęcie w kilku ośrodkach francuskich oraz ośrodkach Centrum Wyszkolenia Lotnictwa Polskiego w Bron. Dzięki aktywnej postawie emigrantów Polacy mieli możliwość studiowania na francuskich uczelniach, mogli także prowadzić normalne życie kulturalne i naukowe. Tymczasem na froncie trwał całkowity zastój. W październiku Francuzi wycofali się z zajmowanych jeszcze pozycji przed Linią Maginota i schronili się za rzekomo bezpiecznymi umocnieniami. Polskie sugestie dotyczące działań niemieckich podczas kampanii wrześniowej lekceważono. Bagatelizowano także głosy rozsądku co bardziej nowoczesnych francuskich dowódców z Charlesem de Gaulle'em na czele, którzy ostrzegali przed niemieckim lotnictwem oraz wojskami pancernymi. "Dziwna wojna" czy też "wojna siedząca" najlepiej określały to, co działo się na froncie. Pierre Flandin, były premier Francji, kwitował to słowami: "Naród przyjmował wojnę z uczuciem rezygnacji, coraz mniej rozumiejąc w imię czego ją prowadzi". Zupełnie inne podejście mieli Niemcy, przygotowując się doskonale do ofensywy. Najpierw zaangażowali się oni w wojnę przeciwko Norwegii, podbijając ją na przełomie kwietnia i maja. Wysłane na pomoc jednostki angielsko-francusko-polskie nie sprostały przeciwnikowi i na początku czerwca zmuszone były do wycofania się ze Skandynawii, mimo udanej dla nich bitwy o Narvik. Z kampanią norweską wiązał się także wzrost poważania dla Polaków, którzy w dniach 22 i 23 kwietnia po raz pierwszy uczestniczyli w obradach Najwyższej Rady Wojennej. Formowanie Polskich Sił Zbrojnych we Francji wchodziło w decydującą fazę, bowiem kwestią dni wydawała się być agresja Rzeszy na zachodniego sąsiada. Podstawy prawne do budowania PSZ dał kolejny już dokument polsko-francuski. 4 stycznia 1940 roku podpisano wzajemną umowę wojskową. W dokumencie stwierdzono, iż siły podlegać będą Naczelnemu Wodzowi RP, ale podczas wojny podporządkowane zostaną dowództwu francuskiemu. Obok ogólnej umowy wojskowej Sikorski i Daladier podpisali jeszcze układ lotniczy i organizacji sądownictwa wojskowego. Dołożono jeszcze protokół ustalający kompetencje francuskiej misji wojskowej. Dlatego też Rząd Emigracyjny z zapałem przystąpił do werbowania ochotników. Mimo iż we Francji spływali oni w dość dużych ilościach, nie udało się pozyskać kręgów polonijnych w Stanach Zjednoczonych czy Kanadzie. Tam akcja skończyła się bardzo słabymi rezultatami, choć polonia wielokrotnie zapewniała Rządowi Emigracyjnemu poważne wsparcie finansowe. W sumie udało się zmobilizować blisko 85 tys. żołnierzy. 10 maja 1940 roku rozpoczęła się kampania francuska. Tego samego dnia nieudolnego Neville'a Chamberlaina zastąpił Winston Churchill, który w ostrych słowach wyraził się o ugodowych zapędach poprzednika i zapowiedział walkę do ostatniej kropli krwi. Polacy bardzo aktywnie zaangażowali się w obronę Francji, bijąc się z równie dużym poświęceniem, co podczas kampanii wrześniowej. Zyskali sobie sławę chociażby udanymi bojami pod Montbard. Ich wysiłek poszedł jednak na marne, gdyż 22 czerwca Francja skapitulowała. Dzięki pospiesznej ewakuacji na Wyspach Brytyjskich znalazło się 27 614 żołnierzy. Udało się również uratować sporą ilość lotników, bowiem na podaną liczbę przypadało 6429 członków PSP. To umożliwiło wkrótce odbudowę PSZ na terenie Wielkiej Brytanii. Wcześniej jednak znalazł się tam Rząd Emigracyjny, korzystając z zaproszenia rządu brytyjskiego. Juz 29 maja ambasador brytyjski przy Rządzie Emigracyjnym Howard Kennard pytał własne ministerstwo o możliwości przyjęcia Polaków. 15 czerwca zawiadomiono go, iż są oni oczekiwani na wyspach. Ambasador Raczyński także dostał wiadomość, że "rząd Jego Królewskiej Mości udzieli rządowi polskiemu gościny w Zjednoczonym Królestwie". Na początku czerwca Polacy przebywali w Libourne i stamtąd udali się w drogę do Anglii. 18 czerwca rozpoczęto ewakuację drogą morską i lotniczą. Sikorski wracał jeszcze do Libourne, aby wszystkiego dopilnować i wreszcie sam znalazł się w Anglii 21 czerwca. Wydawało się, że Polsce pozostał już tylko jeden sojusznik, z którym teraz Rząd Emigracyjny musiał wiązać wszystkie plany na przyszłość.

Klęska Francuzów przesądziła los ich kraju. Dostał się on pod okupację niemiecką, a z części ziem sformowano podległą Rzeszy Republikę Vichy. Gdy 6 lipca w Londynie zebrała się polska Rada Ministrów, nastroje były grobowe. Sikorskiego obwiniano za zmarnowanie sił oręża polskiego, z kolei sam premier winił Francuzów za złą postawę na froncie i przedwczesną kapitulację. Miał w tym sporo racji, ponieważ sojusznik pochopnie zdecydował się na poddanie Niemcom, gdy na wielu odcinkach wciąż toczono zacięte boje, a obsada Linii Maginota pozostawała niemal bez zmian, nienaruszona niemieckim atakiem. 18 lipca premier, w nieco lepszym nastroju, mówił, iż nie wszystko jest stracone, a "ta droga prowadzi nas również i w przyszłości u boku Wielkiej Brytanii aż do pełnego zwycięstwa wielkiej i słusznej oraz świętej sprawy". Brytyjczycy odbierali w tym czasie sygnały z Niemiec, iż hitlerowcy są gotowi na porozumienie, jednakże bardzo aktywny rząd Winstona Churchilla nie miał zamiaru ulegać przeciwnikowi w żadnej sprawie, licząc się z groźbą zaatakowania przez silną Luftwaffe. Porażka we Francji wpłynęła również na losy gabinetu Sikorskiego, gdzie podejmowano się prób reorganizacji rządu. O wiele ważniejszą od sporów w łonie Rządu Emigracyjnego była kwestia współpracy wojskowej i politycznej z Wielką Brytanią, ostatnim silnym reprezentantem koalicji antyhitlerowskiej w Europie. 18 lipca parafowano polsko-brytyjskie porozumienie wojskowe. Układ sygnowano następnie 5 sierpnia na Downign Street 10, co podkreślało jego rangę. Ze strony Brytyjczyków podpisy złożyli Churchill i Halifax, stronę polską reprezentowali Sikorski i Zaleski. Umowa przewidywała zorganizowanie Polskich Sił Zbrojnych w Wielkiej Brytanii, w skład których wejść miały jednostki lądowe oraz powietrzne. Szczególną wagę przywiązywano do problemu Polskich Sił Powietrznych, bowiem wszyscy spodziewali się, iż bitwa o Wielką Brytanię rozegra się w przestworzach. Nadwątlone siły brytyjskie wymagały doświadczonych lotników, a takich zapewnić mógł Rząd Emigracyjny, dysponujący kadrą walczącą w wielu przypadkach podczas kampanii wrześniowej i francuskiej. Brytyjczycy sceptycznie podchodzili do umiejętności polskich pilotów, obawiając się, czy sukcesy Luftwaffe trwale nie wypaczyły ich możliwości bojowych. Brytyjczycy życzyli sobie również całkowitego podporządkowania Polaków dowództwu Royal Air Forces oraz żmudnego treningu pilotów polskich. Chcąc, nie chcąc, Sikorski i spółka musieli przystać na postawione im warunki. Wprawdzie pilotom nie podobało się, iż muszą słuchać brytyjskich dowódców i latać w mundurach z dekoracjami RAF, jednakże nie mieli wyjścia i rozpoczęli trudną naukę latania na brytyjskim sprzęcie oraz ćwiczenia bojowe w myśl angielskiej taktyki, co było niezbędne w utrzymaniu rygoru, dyscypliny i odpowiedniej strategii walk poszczególnych dywizjonów. Choć początkowo dowództwo RAF-u uległo stereotypowi niewiele potrafiących Polaków, szybko musiało zmienić zdanie i zaangażować ich do walki. 8 sierpnia rozgorzała bowiem powietrzna bitwa o Wielką Brytanię. Przemysł brytyjski pracował na najwyższych obrotach, wciąż produkowano nowe samoloty. Znacznie łatwiej było jednak zbudować maszynę niż wyszkolić pilota, dlatego zdecydowano się na sięgnięcie po Polaków. Szybko dali się oni poznać jako pogromcy przestworzy, którym niestraszne były walki powietrzne z nieprzyjacielem. Ich sukcesy zachwycały dowództwa polskie i brytyjskie. Sformowane polskie dywizjony myśliwskie, a szczególnie dywizjon 303 im. Tadeusz Kościuszki, w krótkim czasie dorównały skuteczności pilotów brytyjskich, zestrzeliwując 250 maszyn z 1730 samolotów zniszczonych przez aliantów w takcie bitwy. Zwycięstwo w powietrznej batalii oddaliło na chwilę zagrożenie od Wielkiej Brytanii, choć niemieckie samoloty cyklicznie pojawiały się nad wybrzeżem angielskim, bombardując większe jednostki miejskie. Jednocześnie na terenie Wielkiej Brytanii ponownie zaczęły powstawać siły lądowe Rzeczypospolitej. Polacy tłumnie garnęli się do odtwarzanych jednostek, odznaczając się później na wielu polach walk w Europie i na innych kontynentach. Wciąż mizerne efekty dawały próby Rządu Emigracyjnego polegające na werbowaniu ochotników do armii rezerwowej na terenie USA i Kanady. Jednocześnie Sikorski, kierując polską dyplomacją, starał się możliwe jak najbardziej zacieśnić sojusz z Brytyjczykami i uzyskać od nich poparcie dla polskich planów odbudowy niezawisłego i w niezmienionym kształcie państwa polskiego. O ile Brytyjczycy deklarowali chęć niesienia pomocy w wyzwalaniu ziem polskich, o tyle na jednoznaczne potwierdzenie gwarancji terytorialnych dla Rządu Emigracyjnego już się nie zdecydowali. W sierpniu Sikorski przesłał Brytyjczykom tezy programowe jego gabinetu, w których na główny plan wyszły walka o przedwojenne terytoria. Rząd brytyjski nie mógł oczywiście przyjąć podobnych warunków, ponieważ wciąż de facto w jego relacjach ze Związkiem Sowieckim nic się nie zmieniło. Dyplomaci brytyjscy proponowali jednocześnie Polakom rozważenie opcji linii Curzona jako wschodniej granicy Rzeczypospolitej. Wrócono zatem do projektu, który niegdyś przedstawiali Brytyjczycy II RP w czasach jej potyczek z bolszewikami. Wtedy ów pomysł odrzucono, teraz handlowano ziemiami, na których twardo stały jednostki Armii Czerwonej i póki co nic nie zwiastowało tego, iż taki stan rzeczy może się zmienić. 5 września, podczas przemówienia w Izbie Gmin, premier Churchill jasno dał do zrozumienia, iż Wielka Brytania nie gwarantuje nikomu kształtów terytorialnych. Odciął się zatem od jakichkolwiek obietnic względem strony polskiej. Jednocześnie brytyjskie ministerstwo spraw zagranicznych pracowało nad projektem uznania linii Curzona jako wschodniej granicy RP, choć oficjalnie starano się ten temat przemilczeć. Żywotną pozostawała zatem deklaracja z października 1939 roku, w której Brytyjczycy i Francuzi stwierdzali, iż "przywrócenie Rzeczypospolitej do życia państwowego zależeć będzie od wyniku wojny. Niewątpliwie leży to w interesie bezpośrednim Anglii i Francji, aby Polska wskrzeszona została dostatecznie wielka i potężna dla utrzymania równowagi między Niemcami a Rosją". Polityka Polaków musiała być zatem dostosowana do ówczesnej sytuacji z możliwości rewizji jej głównych założeń. Wyraz temu dał minister Zaleski: "Gdyby w dalszym przebiegu wypadków Rosja znalazła się w jednym szeregu z Wielką Brytanią jako jej sojusznik w walce z Niemcami, zajść może konieczność rewizji naszego stanowiska w sensie odsunięcia rozgrywki z okupantem sowieckim na plan dalszy". Sikorski myślał w tym czasie o możliwości nawiązania porozumienia z ZSRR. Zresztą, jeszcze w czerwcu Brytyjczykom przedstawiono pierwszy projekt odbudowy Wojska Polskiego na terenie Związku Radzieckiego. Wprawdzie wiele w tym był przypadku, ponieważ memoriał opracował Stefan Litauer, korespondent Polskiej Agencji Telegraficznej, a Rząd Emigracyjny szybko się z podobnych planów wycofał, ale wrażenie pozostało. Co więcej, ocieplenie stosunków na linii Londyn-Moskwa leżało także w interesie Churchilla. Podjął się tego nowy ambasador brytyjski w Moskwie, sir Stafford Cripps, który we wrześniu prowadził z Sowietami rozmowy dotyczące współpracy handlowej. W październiku Cripps zapewniał nawet rozmówców, iż rząd brytyjski uzna zdobycze radzieckie, także te na terenie "byłego państwa polskiego". Początkowo jednak Brytyjczycy musieli obejść się smakiem - Stalin i Mołotow ufali w sojusz z hitlerowską III Rzeszą i nie chcieli działać za plecami sprzymierzeńca. Ale i oni wiedzieli, że taki stan rzeczy nie może być dłużej utrzymany, decydując się na kolejne śmiałe posunięcia militarne z aneksją republik bałtyckich, Besarabii, Bukowiny na czele. Stalin miał też wizję przyszłych działań, które zakładały pobicie Hitlera. Nie wiedział jedynie, iż jego rzekomy sojusznik także szykuje się do zdrady i rozpoczęcia wojny.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków