Strona główna   |   Mapa serwisu   |   Polub nas!   |   Reklama w serwisie
Cytat: "Nie mogę zaoferować nic prócz krwi, trudu, łez i potu", Winston Churchill

Informacje


Wojna


Wydarzenia


Na froncie


Polska


Biografie


Polityka


Kultura i media


Współpraca






Rząd Polski na Emigracji
Upadek idei


Gdy w maju 1944 roku do Moskwy przybywała pierwsza delegacja Krajowej Rady Narodowej, w pełni wyraziła ona swoje przywiązanie do Związku Radzieckiego. Uzurpowała sobie jednocześnie prawo do reprezentowania całości narodu polskiego, odrzucając tym samym legalność władz emigracyjnych. 28 maja KRN zostało uznane przez Związek Patriotów Polskich, a obie organizacje zasiadły teraz do rozmów z Sowietami, ustalając taktykę przejmowania władzy na wyzwalanych właśnie przez Armię Czerwoną terytoriach Rzeczypospolitej, które do tej pory okupowali Niemcy. Co więcej, jeszcze w lipcu do Moskwy przybyła kolejna grupa z Polski, tym razem reprezentująca dowództwo Armii Ludowej z gen. Michałem Rolą-Żymierskim na czele. 20 lipca zapadła ostateczna decyzja utworzenia na ziemiach polskich Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. W rzeczywistości miał to być komunistyczny rząd, niezależny oczywiście od władz w Londynie. Następnego dnia trwały prace nad uchwaleniem tekstu manifestu programowego komitetu. Po zaaprobowaniu dokumentu przez Polaków i Stalina można było przystąpić do oficjalnej prezentacji PKWN na scenie politycznej. 22 lipca w Chełmie, który został niedawno wyzwolony przez Armię Czerwoną, ujawniła się nowa organizacja z Edwardem Osóbką-Morawskim na czele. "Manifest do Narodu Polskiego" wyrażał w pełni myśl PKWN-u oraz Moskwy. Dokument bez ogródek oświadczał, iż organizacja przejmuje pełnię władzy administracyjnej na wyzwolonych terenach oraz decyduje się na nawiązanie przyjaznych stosunków ze Związkiem Radzieckim, które obok sojuszu militarnego i politycznego oparte były na zaakceptowaniu przez Polaków linii Curzona jako wschodniej granicy Rzeczypospolitej. Dalej zapowiadano odbudowę kraju oraz jego zreformowanie. W manifeście czytamy: "Teraz nastąpi w tych stosunkach [polsko-radzieckich] historyczny zwrot. Konflikty ustępują przyjaźni i współpracy, dyktowanej przez obopólne życiowe interesy. Przyjaźń i bojowa współpraca, zapoczątkowane przez braterstwo broni Wojska Polskiego z Armią Czerwoną, winny przekształcić się w wytrwały sojusz i w sąsiedzkie współżycie po wojnie". I dalej w podobnym tonie deklarowano "wzmożenie udziału narodu polskiego w walce o zmiażdżenie Niemiec hitlerowskich". O militarnej sile Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego miały stanowić jednostki Wojska Polskiego, w skład którego weszła Armia Ludowa oraz żołnierze z drugiej Armii Polskiej w ZSRR. W dniach 24-26 lipca członkowie PKWN konferowali w Moskwie, co zaowocowało podpisaniem obustronnego porozumienia w dniach 26-27 lipca. W myśl dokumentów nawiązano stosunki polsko-radzieckie, Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego uzyskał oficjalną zgodę na instalowanie administracji na wyzwolonych terenach, ustalono także granicę etnograficzną, co w praktyce wiązało się z przyjęciem linii Curzona jako podstawy do wschodniej granicy Rzeczypospolitej. Jednocześnie z porozumieniem rozpoczęła się polityczna ofensywa międzynarodowa PKWN, której wynikiem było podpisanie podobnych dokumentów z Ukraińską Socjalistyczną Republiką Radziecką i Białoruską Socjalistyczną Republiką Radziecką w dniu 9 września oraz 22 września z Litewską Socjalistyczną Republiką Radziecką. Ustalenia i porozumienia zakończyły rozmowy na temat kształtowania wschodnich granic Rzeczypospolitej. Jednocześnie jednak Sowieci obiecali Polakom spore nabytki na zachodzie, rekompensujące straty kosztem hitlerowskich Niemiec. Wszystko to zbiegło się w czasie z przygotowaniami do wizyty premiera Mikołajczyka w Moskwie. Rząd Emigracyjny jednoznacznie potępił uzurpowanie przez PKWN jakichkolwiek praw do reprezentowania narodu polskiego, czemu wyraz dano w komunikacie Rady Ministrów z 24 lipca. Wiadomość opublikowały następnie polskie gazety wydawane za granicą. Szczególne kontrowersje wzbudził fakt nazwania ośrodka lubelskiego "garstką uzurpatorów". 26 lipca spotkał się gabinet Mikołajczyka, aby ustalić cele i przebieg wizyty premiera w stolicy Związku Radzieckiego, dokąd wylecieć miał w nocy. W protokole zapisano, iż obecni na zebraniu byli: Mikołajczyk, Kwapiński, Seyda, Popiel, Romer, Banaczyk, Kukiel, Komarnicki, Kaczyński, Stańczyk i Kot. Wszyscy zgromadzeni wyrazili zgodę na wyjazd Mikołajczyka, który z kolei zobowiązał się do niezaciągania "wiążących zobowiązań". W praktyce chodziło tutaj o jakiekolwiek układy dotyczące granic powojennych Rzeczypospolitej. Rada ministrów zaakceptowała formułę przedstawioną przez premiera: "Rząd RP zgodzi się w razie konieczności na linię Curzona, jako linię demarkacyjną". Ten właśnie punkt obrad wzbudził później zastrzeżenia dwóch ministrów, którzy nagle zmienili zdanie po aprobowaniu tezy przed wyjazdem Mikołajczyka. Teraz premier był już w Moskwie, gdzie dotarł pod koniec lipca. Oficjalny protest w tej sprawie Rada Ministrów rozpatrywała 2 sierpnia. W cztery dni później do Londynu powrócił gen. Sosnkowski, który bawił przez niemalże miesiąc u żołnierzy II Korpusu walczących w kampanii włoskiej. Przywiózł stamtąd kolejną partię sceptycyzmu i niechęci do rządu Mikołajczyka. Wyraził to zresztą w rozmowach z prezydentem Raczkiewiczem, którego prosił o powołanie nowego gabinetu, który będzie więcej znaczył na światowej scenie politycznej. Jeszcze w trakcie pobytu na Półwyspie Apenińskim Naczelny Wódz krytykował posunięcia premiera w depeszach przesyłanych prezydentowi. 28 lipca pisał, iż w wypadku przyłączenia PKWN-u do Rządu Emigracyjnego: "Polskie Siły Zbrojne znieść podobnego obrotu spraw nie będą w stanie. Przewiduję w tym wypadku kryzys nieobliczalny w skutkach, co najmniej w postaci wypowiedzenia posłuszeństwa zespołowi rządowemu, który do takiego stanu doprowadziły sprawę polską". Była to dość groźna zapowiedź jawnego buntu żołnierzy wiernych Sosnkowskiemu i Andersowi, którzy w środkach przebierać nie mieli zamiaru. Tego samego dnia, gdy Naczelny Wódz pisał swoją groźną w wymowie depeszę, zebrała się Rada Ministrów. Przewodniczył jej Kwapiński, pod nieobecność premiera Mikołajczyka. Tym razem posiedzenie dotyczyło kwestii ewentualnego wybuchu powstania w Warszawie, co w zasadzie było już przesądzone. Sytuacja w kraju była, lekko mówiąc, napięta. Rząd Emigracyjny w praktyce aprobował posunięcia Polskiego Podziemia, które gorączkowo szykowało się do rozpoczęcia działań zbrojnych przeciwko okupantowi w stolicy. Armia Czerwona stała już u progu Warszawy, Mikołajczyk przebywał w Moskwie, a Sosnkowski we Włoszech. W tak trudnym dla dyplomacji emigracyjnej momencie 31 lipca komendant Armii Krajowej Tadeusz "Bór" Komorowski podjął decyzję o zainicjowaniu Powstania Warszawskiego. Walki miały się rozpocząć o godz. 17.00 1 sierpnia. Jednocześnie z podejmowaniem tak ważnych decyzji polscy politycy zaczęli zabiegać o wzmożoną pomoc aliantów zachodnich dla dobra powstańców. 28 lipca podczas spotkania, któremu przewodniczył Jan Kwapiński, gabinet ustalił, iż starania o pomoc u Brytyjczyków zakończyły się fiaskiem. Sojusznicy nie zobowiązali się do intensyfikacji działań na rzecz organizacji i przebiegu powstania powszechnego w Polsce. Akcja dyplomatyczna w tej sprawie trwała przez cały okres powstania, choć nie przyniosła ona większych rezultatów. Tymczasem Mikołajczyk bawił w Moskwie, spotykając się tam również z delegacją Krajowej Rady Narodowej i Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Obóz komunistyczny proponował Rządowi Emigracyjnemu rozwiązanie zaistniałej sytuacji poprzez utworzenie jednego ośrodka władzy, w którym 14 miejsc zarezerwowano dla KRN i PKWN, a tylko 4 dla obozu londyńskiego. Proporcje te miały wyrażać poparcie społeczeństwa, co było oczywistą bzdurą, ponieważ nie uwzględniono w obliczeniach siły czterech stronnictw. Pojawiło się to w koncepcji Mikołajczyka, który postulował równy podział miejsc między cztery kluczowe ugrupowania oraz komunistów. 10 sierpnia premier rozpoczął podróż do Londynu. W opinii obserwatorów uzyskał w Moskwie niewiele, choć nawiązano nić porozumienia między obydwoma obozami. Całkowicie negatywnie wypowiadał się o akcji Mikołajczyka Sosnkowski, który tym razem miał sporo racji: "[Rozmowy] oprócz szkody nie dały - jak się zdaje - żadnego wyniku [...] Mam nadzieję, że kapitulacyjne pomysły ostać się nie będą mogły". Wyraz niezadowoleniu dał w liście do gen. Andersa, który wciąż był jego głównym sojusznikiem w antyrządowej kampanii. Sosnkowski zresztą nie stronił od coraz mocniejszych słów kierowanych pod adresem Rządu Emigracyjnego oraz sojuszników zachodnich, widząc agonię walczącej Warszawy, która sama nie miała wielkich szans na zwycięstwo z silnymi jednostkami niemieckimi. Po przybyciu Mikołajczyka do Londynu zwołano posiedzenie gabinetu, na którym premier miał przedstawić wnioski i wyniki konferencji moskiewskiej. Rada Ministrów obradowała 14 sierpnia. Mikołajczyk przedstawił postulaty PKWN-u, które członkowie gabinetu zdecydowanie odrzucili. Nie wchodziło w grę dzielenie miejsc w nowym rządzie na korzyść obozu lubelskiego, ponieważ znacznie wypaczało to realny podział zaufania społeczeństwa do obydwu ugrupowań. Zachodziła ewentualność rozszerzenia Rządu Emigracyjnego jako reprezentacji czterech stronnictw o członków PPR. Lansowano zatem formułę cztery plus jeden, co oczywiście dawałoby Londynowi przewagę w powojennych rozgrywkach. Mikołajczyk nie był niechętny Moskwie, czemu dał wyraz w swoim przemówieniu, decydując się na potępienie tych, którzy lansują wytyczne "polityki polskiej na przedawnionych sentymentach i tylko nieufności do wszystkiego, co pochodzi od bolszewików". Wprawdzie premier realnie oceniał poparcie, jakim cieszył się Rząd Emigracyjny w kraju, lecz niezbyt realistycznie podchodził do parytetu sił i środków, jakimi ówcześnie dysponowały oba ośrodki władzy. Za PKWN-em stała potężna Armia Czerwona, która biła nieprzyjaciela niemieckiego. W kraju znajdowała się Armia Krajowa, nie mogąc sobie poradzić z opanowaniem stolicy wobec rażącego braku ekwipunku i uzbrojenia. Taki stosunek właściwie wykluczał jakąkolwiek walkę o prawa Rządu Emigracyjnego, nawet gdyby były rażąco łamane przez Sowietów. W tym samym dniu poruszono po raz pierwszy tak ostro sprawę odpowiedzialności za wybuch Powstania Warszawskiego. Kwestia ta wywołała sporo zamieszania w kręgach emigracyjnej dyplomacji. Mikołajczyk uznał, iż Rząd emigracyjny musi wziąć na siebie "odpowiedzialność za wypadki w Warszawie". 23 sierpnia gen. Anders pisał do gen. Kukiela: "Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnią i pytamy, kto ponosi za to odpowiedzialność". Dowódca po raz kolejny dawał wyraz swej antypatii względem Mikołajczyka. W podobnym stylu pytania zadawały czasopisma "Orzeł Biały" i "Myśl Polska", które nie wahały się rzucać oskarżeń pod adresem Rządu Emigracyjnego. Celował w tym także Sosnkowski. Chaos pogłębiał się, co z pewnością nie sprzyjało sprawie polskiej. 16 sierpnia Rada Ministrów spotkała się ponownie. Mikołajczyk zadał zgromadzonym pytanie, które trafnie podsumowywało jego rozterki: "Jakie środki, jakie drogi powinny być obrane, by ratować Polskę od sowietyzacji? Czy Rząd Polski ma za granicą prowadzić swoją walkę, czy też, wykorzystując swoją pozycję zagraniczną, ma wrócić do Polski, by tam, narażając się na wszystkie niebezpieczeństwa, razem ze stronnictwami, które są podstawą jego działania, i dopuszczając do rządów komunistów, bronić Polski od sowietyzacji, mając jednak na uwadze szczerą współpracę polsko-sowiecką w przyszłości?" Wypowiedź taką zaadresował premier nazajutrz do delegata Jankowskiego. Odpowiedź była nader skomplikowana. Sytuacja Rządu Emigracyjnego wyrażona zostać może zwrotem "między młotem a kowadłem". Z jednej strony Stalin montował przychylne mu ośrodki władzy, z drugiej Brytyjczycy nalegali, aby Rząd Emigracyjny porozumiał się z Sowietami i obozem lubelskim. Mikołajczyk był w kropce, ale do takiego stanu rzeczy sam doprowadził politykę Polaków. Kreml miał w tym rozdaniu wszystkie najlepszego karty. Asem w rękawie okazał się przedwczesny wybuch Powstania Warszawskiego, które miało wykrwawić najdzielniejszą kadrę Armii Krajowej. Rada Ministrów natychmiast po zapoznaniu się z wywodami swojego szefa rozpoczęła prace nad tekstem memorandum kierowanego do przedstawicieli władz brytyjskich i amerykańskich. Dokument przekazano sojusznikom 29 sierpnia, po jego zaakceptowaniu przez delegata radu i Radę Jedności Narodowej. Warszawski ośrodek z niepokojem oceniał szanse porozumienia z Polską Partią Robotniczą. W okupowanym kraju zdawano sobie sprawę, iż jest to po prostu agentura obcego państwa, wroga Rzeczypospolitej i przychylna Moskwie. Oświadczenie członków Rady Jedności Narodowej w pierwszej części oceniało, iż jest to błąd, jednakże dalej czytamy: "Będąc w przymusowym położeniu, postawieni wobec faktu zadecydowania, decydujemy się na ten krok. Rada Jedności Narodowej osiągnęła jednomyślność, nie chcąc utrudniać Rządowi polityki, chociaż nie wszystkie motywy jej są dla niej dostatecznie wyjaśnione. Rada Jedności Narodowej uważa jednak, że zachowanie solidarności stronnictw polskich w Rządzie i Radzie w tym krytycznym momencie jest sprawą stojącą ponad wszystkimi innymi. Rada zwraca uwagę, że sprawa generalnego unormowania stosunków polsko-sowieckich nie może opóźniać pomocy dla powstania w Warszawie, co powinno być najpilniejszym przedmiotem działalności politycznej Rządu". Z memorandum jasno wynikało, iż Rząd Emigracyjny dąży do stworzenia jednego ośrodka władzy, ale na znanych nam już warunkach cztery plus jeden. Dalej planowano odtworzenie wolnej, suwerennej i demokratycznej Polski, w której przeprowadzone zostaną wybory, ustalając ostatecznie podział miejsc w parlamencie i rządzie. Oczekiwano także pozytywnego rozpatrzenia sprawy przynależności narodowej Wilna i Lwowa. Wkrótce dokument dotarł do Sowietów, którzy postanowili zapoznać z jego treścią członków PKWN-u. 6 września agencja TASS wydała oświadczenie: "Polski Rząd Emigracyjny przed kilkoma dniami przesłał Rządowi Sowieckiemu i Polskiemu Komitetowi Wyzwolenia Narodowego notę formułującą jego punkt widzenia na reorganizację rządu polskiego, pozostawiając antydemokratyczną konstytucję z 1935 roku jako podstawę proponowanej reorganizacji. Rząd Sowiecki przesłała ten dokument Polskiemu Komitetowi Wyzwolenia Narodowego, gdyż problemy w nim poruszone mogą być załatwiane jedynie przez samych Polaków". Ci zdecydowanie odrzucili postulaty Rządu Emigracyjnego. 25 sierpnia obradowała Rada Narodowa. Na spotkanie zaproszono Mikołajczyka, który miał tam odpowiedzieć na pytania zadawane przez coraz większe grono przeciwników jego polityki. Wydawało się, iż jest to próba, której premier nie podoła. Szczególnie ostro zaatakowali Mikołajczyka Adam Ciołkosz i Adam Pragier z Polskiej Partii Socjalistycznej. Pragier posunął się nawet do tak radykalnych wniosków, jak ustąpienie Mikołajczyka. Premier nie miał jednak zamiaru słuchać zaleceń niechętnych mu parlamentarzystów. Na kapitulację nie przyszedł jeszcze czas, choć zarzucono mu to w stosunkach z Moskwą.

Dramat walczącej Warszawy poruszał wszystkich Polaków, szczególnie tych, którzy musieli walczyć na innych frontach pod obcym sztandarem i wysłuchiwać niepokojących doniesień z Polski. Sierpień utrzymywał się pod znakiem stopniowego słabnięcia powstańców, którzy tracili opanowane na początku miesiąca rejony. Szczególnie długa była agonia Starego Miasta. Niemcy, zdobywając kolejne dzielnice, dopuszczali się masowych morderstw na ludności cywilnej, co oczywiście wywołało zdecydowaną reakcję Rządu Emigracyjnego, który naciskał na sojuszników, aby ci wydali oświadczenia potępiające politykę niemiecką w Warszawie. Ostatecznie dopiero we wrześniu Amerykanie i Brytyjczycy zdecydowali się na ten akt. Tymczasem 1 września gen. Sosnkowski dał upust swojej złości na sojuszników zachodnich, wydając rocznicowy rozkaz nr 19 dla Armii Krajowej. Przytoczmy zatem dość ostry w wymowie fragment: "Pięć lat minęło od dnia, gdy Polska wysłuchawszy zachęty rządu brytyjskiego i otrzymawszy jego gwarancje, stanęła do samotnej walki z potęgą niemiecką [...] Warszawa czeka. Nie na czcze słowa pochwały, nie na wyrazy uznania, nie na zapewnienia litości i współczucia. Czeka ona na broń i amunicję. Nie prosi ona, niby ubogi krewny, o okruchy ze stołu pańskiego, lecz żąda środków walki, znając zobowiązania i umowy sojusznicze". Naczelny Wódz, choć w dużej mierze miał rację, nie powinien był reagować w ten sposób. Obrażając sojuszników, sam sobie zaplatał sznur na szyi. Mocarstwa zachodnie, szczególnie Brytyjczycy, zareagowały protestem, a prasa angielska nie kryła oburzenia słowami wypowiedzianymi przez Sosnkowskiego. Naczelnemu Wodzowi wszystko było jedno, ponieważ miał on zamiar ustąpić z pełnionej funkcji. W sierpniu Mikołajczyk ostatecznie doprowadził do pozbawienia swojego rywala funkcji zastępcy prezydenta Raczkiewicza, teraz miał okazję pozbyć się go na dobre. A ten nie ustawał w wysiłkach, by dać premierowi pretekst do działania. 19 września doszło w Londynie do spotkania Sosnkowskiego i Andersa. Generałowie dyskutowali na temat ratowania Powstania Warszawskiego i biernej postawy sojuszników. Naczelny Wódz informował dowódcę II Korpusu Polskiego walczącego we Włoszech, iż premier nosi się z zamiarem utworzenia koalicyjnego rządu z komunistami. Przekazał mu ustalenia niedawnej wizyty Mikołajczyka w Moskwie i doniesienia, iż Rząd Emigracyjny zmaga się z kryzysem wewnętrznym. Anders reagował gwałtownie: "Musiałbym w imieniu sił zbrojnych wypowiedzieć posłuszeństwo obecnemu rządowi jako rządowi kapitulacji, rządowi zaprzepaszczenia interesów Państwa Polskiego, a przede wszystkim jego legalnej ciągłości. Dowódcy zgodzili się co do tego, iż nie można liczyć na otwarty konflikt między Anglosasami a Związkiem Radzieckim, ale w tej sytuacji najgorszym wyjściem jest "zostać wepchniętym w objęcia sowieckie". Ich sojusz nie miał trwać długo, bowiem czas Naczelnego Wodza przeminął. W czasie, gdy Sosnkowski wydawał rozkaz nr 19 kłopoty przechodził Rząd Emigracyjny. Kilku jego członków, w tym Seyda i Komarnicki, liczyło się z możliwością podania do dymisji. Kwestię tę rozważał również Mikołajczyk, jednakże 5 września podczas spotkania Rady Ministrów oświadczył, iż rezygnować z urzędu nie będzie i dymisji nie przyjmuje. Mimo to nie zaniechano prób choć częściowej rekonstrukcji gabinetu, o czym otwarcie mówili Grosfeld i Kwapiński, który postulował daleko idące zmiany według żądań Stronnictwa Narodowego. 7 września, podczas kolejnego posiedzenia gabinetu, Mikołajczyk poruszył kwestię wypowiedzi Sosnkowskiego i zażądał odwołania wojskowego z pełnionej funkcji. Jego zachowanie nazwał "wodą na młyn propagandy niemieckiej". Na razie jednak problemu Sosnkowskiego nie rozstrzygnięto, choć szeroko dyskutowano o aspektach decyzji o odwołaniu Naczelnego Wodza. Dopiero 22 września Rada Ministrów przegłosowała wniosek o usunięcie generała. Żądania zmusiły prezydenta Raczkiewicza do podjęcia trudnej decyzji o dymisji Naczelnego Wodza. Sosnkowski stracił urząd 30 września, a na jego miejsce powołano gen. Tadeusza Komorowskiego, co było decyzją raczej symboliczną niż mającą jakiekolwiek znaczenie. "Bór" nie mógł kierować siłami polskimi z oblężonej Warszawy, tym bardziej, iż w początkach października Powstanie Warszawskie upadło, a Komorowski dostał się do niemieckiej niewoli. Wokół odwołania Sosnkowskiego rozpętała się burza, którą podsycali przeciwnicy Mikołajczyka. Szczególnie poirytowany był Anders, dla którego takie posunięcia były co najmniej potwierdzeniem "polityki kapitulacyjnej". 5 października pisał do Raczkiewicza list, oczekując, iż podobne sytuacje w przyszłości się nie powtórzą. Wrześniowe doniesienia gen. Komorowskiego z Warszawy nie budziły optymizmu. Coraz gorsza sytuacja powstańców wymuszała kolejne ustępstwa na rzecz Niemców - siły okupanta odnosiły zagrażające powstańcom sukcesy. Nie zmieniła tego nawet ofensywa radziecka na Pragę prowadzona w dniach 10-14 września i zakończona sukcesem. Nie pomogło drobne wsparcie w postaci posiłków 1. Armii Ludowego Wojska Polskiego, której żołnierze przeprawiali się przez Wisłę, aby walczyć na Czerniakowie i Marymoncie. "Bór" oceniał sytuację Warszawy pod koniec września jako katastrofalną ze względu na braki w amunicji i żywności. Dlatego też pod koniec miesiąca postanowił rokować w sprawie kapitulacji. 2 października w Ożarowie płk dypl. Kazimierz Iranek-Osmecki i ppłk dypl. Zygmunt Dobrowolski sygnowali dokument kapitulacyjny. Niemcy zatryumfowali, choć żołnierzom Armii Krajowej udało się uzyskać prawa kombatanckie, o które bój toczył na emigracji gabinet Mikołajczyka. 3 października gen. Komorowski wydał rozkaz, w którym czytamy o bohaterskiej postawie ludności warszawskiej, przewadze wroga i przymusie kapitulacji. Dokument kończyły słowa: "Z wiarą w ostateczne zwycięstwo naszej słusznej sprawy, z wiarą w Ojczyznę umiłowaną, wielką i szczęśliwą, pozostajemy wszyscy żołnierzami i obywatelami Niepodległej Polski, wierni sztandarowi Rzeczypospolitej". Tego samego dnia "Bór" postanowił akcję "Burza" „ograniczyć do minimum, cały wysiłek skierować na samoobroną ludności". I wreszcie nazajutrz poinformował o zaistniałej sytuacji prezydenta Raczkiewicza. Jego list zapowiadał niewolę Naczelnego Wodza i w pięknych słowach podsumowywał wysiłek polskiego żołnierza. "Bór" oceniał straty powstańcze na 22 000 zabitych, zaginionych lub ciężko rannych. Straty niemieckie wynieść miały 10 000 zabitych, 7000 zaginionych i 9000 rannych. 4 października Rada Ministrów uchwaliła dwutygodniową żałobę narodową. 10 października odprawiono nabożeństwo w kościele Brompton Oratory, które miało być hołdem dla walczącej Warszawy. Słów nie szczędziły także polskie organy prasowe, które przez dwa miesiące rozpisywały się o sytuacji stolicy i jej obrońców. Zaraz po zakończeniu działań zbrojnych w Warszawie, rząd Mikołajczyka musiał stanąć przed kolejną ciężką próbą. Zwolnienie Sosnkowskiego poważnie podkopało zaufanie emigracji do działalności gabinetu, ale ułatwiło też sytuację międzynarodową. Aliantom zachodnim na rękę było pozbawienie funkcji butnego generała, który był nieprzejednanym orędownikiem twardej polityki w stosunku do Związku Radzieckiego. 5 października Churchill odleciał na konferencję do Moskwy. Wraz z nim zabrał się minister Eden. Brytyjczycy poinformowali Polaków, iż powinni spodziewać się rychłego zaproszenia dla Mikołajczyka. Tak też się stało. W związku z tym 10 października spotkała się Rada Ministrów. Jej głównym celem było omówienie przebiegu wizyty delegacji Mikołajczyk, Grabski, Romer w Moskwie. Ustalono, iż premier nie może ulec naciskom sowieckim i powinien stać na stanowisku obrony postulatów zawartych w memorandum przedstawionym aliantom 29 sierpnia. To, co oczywiste, spotkało się z ostrą reakcją sojuszników. Gdy 12 października Mikołajczyk opuszczał Londyn, stał na z góry straconej pozycji, mając przeciw sobie koalicję Churchill i Stalina, którym milcząco przytakiwał Roosevelt. Do tego do Moskwy zaproszono również delegację obozu lubelskiego z Bierutem, Osóbką-Morawskim i Rolą-Żymierskim w składzie. Kilkudniowe rozmowy nie doprowadziły żadnej ze stron do pełnego sukcesu, choć o wiele bliżej zrealizowania własnych postulatów był obóz lubelski wspierany przez Stalina. Bierut przedstawił Mikołajczykowi wizję podziału miejsc, ale w stosunku dokładnie odwrotnym do tego, który proponował obóz londyński. 22 października premier Rządu Emigracyjnego wrócił do Londynu, nie podejmując w Moskwie żadnych wiążących zobowiązań. Był jednak bliższy kapitulacji niż kiedykolwiek. 24 października spotkała się Rada Ministrów, aby wysłuchać sprawozdania premiera. W zasadzie nie padły żadne konkrety, a ministrowie zostali dość pobieżnie poinformowani o tym, co zaszło w stolicy Związku Radzieckiego. Premier zapowiedział kolejne spotkanie, na którym szerzej zostaną omówione aspekty ewentualnej ugody z Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego i Stalinem. 27 października Mikołajczyk przemawiał na forum Rady Narodowej. Nie wahał się on przedstawić sytuacji politycznej Rządu Emigracyjnego jako bardzo trudnej, mówiąc o rozterkach Churchilla i zdecydowanych żądaniach Stalina i Bieruta. Kwestię linii Curzona ocenił na niekorzyść Polaków: "W sprawie naszych granic wschodnich stoimy w obliczu wspólnego frontu wielkich mocarstw". Dużo uwagi poświęcił zagadnieniu rekompensat na zachodzie, co miało oczywiście odciągnąć uwagę słuchaczy od bolesnych strat na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej. Członkowie Rady Narodowej, co dziwne, nie atakowali tym razem Mikołajczyka. Zbiorowy marazm był chyba najlepszym dowodem na to, iż w kwestii linii Curzona niewiele da się już zrobić. Wierzono jeszcze w siłę sojusznika amerykańskiego, ale ten na początku listopada zdecydowanie odciął się od żądań Polaków. Roosevelt był już po wyborach i nie musiał zabiegać o poparcie polonii amerykańskiej. Mikołajczyk być może nie spodziewał się, iż będzie to jego ostatnie przemówienie przez członkami Rady Narodowej. Na razie jednak 30 października zebrała się Rada Ministrów. Zapowiedziane spotkanie także nie przebiegało w specjalnie żywiołowej atmosferze. Dotychczasowa determinacja ustępowała miejsca zniechęceniu i godzeniu się ze smutnym losem. Premier oceniał, zresztą całkiem słusznie, iż "należy, niestety, uważać za wykluczony jakikolwiek korzystniejszy od linii Curzona kompromis terytorialny ze strony Moskwy, przy czym brak jakichkolwiek perspektyw konfliktu militarnego pomiędzy mocarstwami anglosaskimi a Sowietami wyklucza możliwość zmuszenia Rosji do ustępstw". Rada Ministrów ustaliła, iż należy czekać na odpowiedź amerykańską. Wybory zbliżały się jednak nieuchronnie, a tej nadal nie było. Niektórzy z ministrów wyrazili przypuszczenie, iż szanse zostały już zaprzepaszczone, a Stańczyk posunął się nawet do stwierdzenia, iż "w gruncie rzeczy każdy po cichu wzdycha za tym, żeby znalazł się ktoś taki, co go wyręczy w zrobieniu porozumienia z Rosją". 2 listopada doszło do kolejnego posiedzenia gabinetu, ale i tym razem nikt nie był w stanie zaproponować konkretnego rozwiązania. Wieczorem spotkały się delegacje brytyjska i polska, w składzie których prym wiedli Churchill i Mikołajczyk. Premier brytyjski ostro zaatakował Polaków i dał im 48 godzin na podjęcie ostatecznej decyzji, co w jego mniemaniu oznaczało: "Albo zgodzicie się na warunki sowieckie, albo koniec naszego sojuszu". Od rana trwały zatem gorączkowe narady, które prowadzili ze sobą Mikołajczyk i Romer. O 15.00 rozpoczęło się zebranie Rady Ministrów. Zgromadzeni mieli dyskutować nad projektem uchwały, która zawierała odniesienia do postulatów Churchilla. Ostatecznie Rada Ministrów odrzuciła projekty brytyjskie, zatwierdzając uchwałę w brzmieniu: "Pierwszym warunkiem wstępnym, postawionym Rządowi Polskiemu na Konferencji w Moskwie, od którego uzależnia się porozumienie polsko-sowieckie, jest żądanie natychmiastowego uznania tzw. linii Curzona jako podstawy granicy polsko-sowieckiej. Zważywszy: że - poza względami natury zasadniczej i formalnoprawnej - Rząd Polski miałby, bez prawa doczekania końca wojny i konferencji pokojowej, przyjąć niezwłocznie i definitywnie nową granicę Polski na wschodzie, że natomiast ustalenie i zatwierdzenie nowych granic Polski na zachodzie i północy imałoby nastąpić dopiero po układzie pokojowym, że niepodległość, suwerenność i integralność terytorialna Polski w nowych granicach nie może być w obecnym stanie rzeczy w pełni i trwale zagwarantowana przez Główne Mocarstwa Zjednoczone, że Rząd Stanów Zjednoczonych nie miał dotychczas możności zająć stanowiska w tych sprawach - Rząd Polski - aczkolwiek całkowicie docenia naglącą potrzebę porozumienia polsko-sowieckiego, gorąco go pragnie i nie zrezygnuje z dążeń i wysiłków do jego osiągnięcia - nie widzi możności wrażenia swej zgody na warunki postawione na Konferencji w Moskwie i zwraca się o ponowne rozpatrzenie w najbliższej przyszłości całokształtu tych spraw w gronie Trzech Głównych Mocarstw Zjednoczonych z udziałem Rządu Polskiego". Tekst niezwykle dyplomatyczny, ale w praktyce odrzucający ultimatum i dążenia sowieckie. Jak się okazało, strona brytyjska dość spokojnie przyjęła deklarację Polaków, choć doradzano sojusznikowi zaakceptowanie propozycji sowieckich, biorąc pod uwagę brak jakiejkolwiek możliwości manewru Rządu Emigracyjnego. Także ufność w siłę sojusznika amerykańskiego została szybko podkopana, gdy 22 listopada ambasador Harriman przekazał Mikołajczykowi list Roosevelta, w którym prezydent opowiedział się przeciwko gwarantowaniu granic Rzeczypospolitej. Tymczasem kręgi polskie wydawały się być coraz bardziej skłócone wewnętrznie. Wyrazem tego było wotum nieufności postawione Stanisławowi Grabskiemu na posiedzeniu Rady Narodowej w dniu 15 listopada. Profesor, zwolennik polityki Mikołajczyka, napotkał na silną opozycję w łonie londyńskiego parlamentu, a inicjatorem całej sytuacji był Stanisław Jóźwiak, który wystosował wniosek o wotum nieufności. Poparli go socjaliści i narodowcy, jednakże nie udało się przegłosować odpowiedniej uchwały wobec opuszczenia sali obrad przez posłów ze Stronnictwa Ludowego. Grabski udał się na urlop, a obradom od 16 listopada przewodniczył Bronisław Skalak reprezentujący Polską Partię Socjalistyczną. Tego samego dnia zebrała się Rada Ministrów, która referowała zaistniałą sytuację. Dodatkowo omawiano treść instrukcji dla kraju, o której powiemy później. Mikołajczyk był coraz bardziej zaniepokojony trudną sytuacją polityczną, w jakiej stawiali go współpracownicy, szczególnie z Rady Narodowej. Rozważał podanie się do dymisji, uważając, iż cios wymierzony w Grabskiego pośrednio uderza także w Rząd Emigracyjny i jego prezesa. Członkom Rady Ministrów udało się jednak odżegnać szefa rządu od pomysłu złożenia dymisji, nie doszło także do rozwiązania Rady Narodowej, co także rozważał premier. Było to 122 posiedzenie rządu za kadencji Mikołajczyka i... ostatnie w jego karierze. Premier otrzymał bowiem od Harrimana wspomniany już list Roosevelta, który utwierdził go w przekonaniu, iż jako szef Rządu Emigracyjnego nie jest już w stanie zrobić nic w sprawie granic Polski i linii Curzona. 23 listopada przekazał informacje zawarte w liście Roosevelta przywódcom stronnictw, którzy zdecydowanie odrzucili propozycję premiera, aby żądania sowieckie jednak przyjąć. O zaistniałej sytuacji Mikołajczyk informował Harrimana, przekazując mu, iż jest gotowy ustąpić z pełnionej funkcji. Na spotkaniu był Romer, który poinformował o wynikach rozmów prezydenta Raczkiewicza. Nazajutrz minister podjął się próby przekonywania szefa rządu, aby ten rozważył jeszcze raz swoją decyzję i skonsultował ją z Radą Ministrów. Przekonywania Romera były bezskuteczne, a o 13.00 Mikołajczyk udał się do Raczkiewicza i oficjalnie poprosił o dymisję. Ten poprosił o chwilę zastanowienia, ale postulat przyjął i jeszcze po południu nakazał formowanie nowego gabinetu Janowi Kwapińskiemu. W tym samym czasie ponownie podjął u siebie Mikołajczyka, oficjalnie przekazując mu decyzję o przyjęciu dymisji. Niestety, Kwapiński nie był przygotowany do roli szefa rządu i nie zdołał sformować gabinetu. Mimo iż 28 listopada planowano uroczyste zaprzysiężenie, misja Kawpińskiego zakończyła się fiaskiem. Dlatego też Raczkiewicz powierzył ją teraz Tomaszowi Arciszewskiemu z Polskiej Partii Socjalistycznej, który w oparciu o socjalistów i narodowców zorganizował 29 listopada Radę Ministrów. W jej skład weszli:
Tomasz Arciszewski - premier i minister pracy i opieki społecznej
Adam Tarnowski - minister spraw zagranicznych
Zygmunt Berezowski - minister spraw wewnętrznych
Bronisław Kuśnierz - minister sprawiedliwości
Jan Kwapiński - minister przemysłu handlu i żeglugi oraz minister skarbu
Adam Pragier - minister informacji i dokumentacji
Władysław Folkierski - minister prac kongresowych i minister wyznań religijnych i oświaty publicznej
Stanisław Sopicki - minister odbudowy administracji publicznej
Marian Kukiel - minister obrony narodowej

Tak złożony gabinet nie wróżył niczego dobrego w stosunkach z zachodnimi sojusznikami, nie wspominając nawet o Związku Radzieckim. Wydawało się, iż Arciszewski i jego poplecznicy, tak gorąco chwaleni przez organy prasowe przeciwne Mikołajczykowi, nie uzyskają absolutnie żądnego poparcia ze strony Brytyjczyków i Amerykanów, a działalność Rządu Emigracyjnego sprowadzi się jedynie do nic nie znaczących protestów.

Warto teraz wspomnieć o wydarzeniach rozgrywających się na terenie okupowanej i wyzwalanej Rzeczpospolitej. Jak pamiętamy, następcą gen. Komorowskiego na stanowisku dowódcy Armii Krajowej mianowano gen. Leopolda Okulickiego ps. "Niedźwiadek". Wojskowy ten wykazał się sporymi zdolnościami organizacyjnymi i politycznymi oraz postawą zdecydowanie antysowiecką, co być może było wynikiem jego ciężkich przeżyć w niewoli radzieckiej po kampanii wrześniowej. Chociaż Okulicki pełnił faktyczne obowiązki przywódcy Armii Krajowej i prężnie działał na rzecz odbudowy organizacji, Londyn dopiero 21 grudnia 1944 roku przesłał mu oficjalne zawiadomienie o nominacji na dowódcę Komendy Głównej Armii Krajowej. Okulicki uczynił bardzo wiele na polu rozbudowy organizacji "Nie", która stać się miała niepodległościowym ośrodkiem sprzeciwiającym się drugiej okupacji, za co uznawano w tym czasie wkroczenie na ziemie polskie Armii Czerwonej. "Nie" powstało w maju 1944 roku i było tajną kontynuacją założeń planu "Burza", a jej działalność zainicjowano przede wszystkim na wschodnich terenach Rzeczypospolitej. Siatką dowodził gen. Emil Fieldorf ps. "Nil". Jak wiemy, po upadku Powstania Warszawskiego akcja "Burza" została ograniczona do minimum, czemu wyraz dał w swym rozkazie gen. Komorowski. Był to efekt emigracyjnej działalności Rządu RP, który na spotkaniu w dniu 25 sierpnia postanowił zmienić wytyczne "Burzy" i zakazał ujawniania się członków Armii Krajowej. W ten oto sposób w tworzonym przez Sowietów państwie istniało drugie, nieco mniejsze i ograniczające się do kręgów niepodległościowych związanych z działaczami Armii Krajowej. 16 listopada Rada ministrów uchwaliła nowe wytyczne, które 22 listopada odebrano w Warszawie. Zacytujmy zatem początek swoistego rozkazu: "W związku z sytuacją wytworzoną na wschodnich terenach Rzeczypospolitej Polskiej zachodzi potrzeba dalszej pracy konspiracyjnej na tych terenach. Celem pracy konspiracyjnej tamże będzie wpajanie w społeczeństwo niezłomnej wiary, iż w ostatecznym wyniku tej wojny odbudowana zostanie Niepodległa Polska [...] Komitet Wyzwolenia Narodowego jest instytucją nielegalną i samozwańczą i wszystkie jego zarządzenia są przejściowe i bezprawne. To samo dotyczy wszystkich zarządzeń okupacyjnych, likwidujących lub ograniczających naszą niepodległość". I dalej pisano, iż należy "rozwiązać istniejące jeszcze w terenie po stronie sowieckiej oddziały konspiracyjne i partyzanckie Armii Krajowej" przy jednoczesnym zachowaniu "sieci komórek konspiracyjnych". Dalej, utrzymywano "prawo samoobrony" oraz nakazywano uchylanie się od możliwości wcielenia do sił Ludowego Wojska Polskiego. Okulicki odpowiedział na przesłane mu wytyczne 9 grudnia, informując o powstaniu w maju nowej organizacji niepodległościowej. Obawiał się jednak zdradzenia planów Komendy Głównej Armii Krajowej i meldował: "Z uwagi na bezpieczeństwo zachowujemy w ścisłej tajemnicy szczegóły organizacji i wytyczne i niepożądana jest korespondencja na ten temat. Wydaje nam się, że nie powinniśmy się obciążać odpowiedzialnością na rynku międzynarodowym za robotę przeciw Sowietom". To ustalało stan faktyczny sytuacji na ziemiach polskich - Sowieci trzymali się tu mocno, a wraz z nimi obóz lubelski, ale formowało się już silne podziemie, które miało się podjąć walki przeciwko ustanowieniu nowej okupacji. Oczywiście było to niezgodne z obowiązującymi na tych ziemiach prawami ustalonymi przez NKWD i Armię Czerwoną, które nie mogły sobie pozwolił na działalność wywrotową na własnych tyłach. 26 listopada Mikołajczyk meldował do Warszawy o zaistniałej w Londynie sytuacji i recenzował wydarzenia ostatnich dwóch miesięcy. Informował Radę Jedności Narodowej oraz delegata rządu o własnych sukcesach i zawirowaniach międzynarodowych, które wyjątkowo nie sprzyjały sprawie Polaków. Stał na straży stanowiska, w myśl którego ugoda ze Stalinem i przesunięcia graniczne miały uratować Rzeczpospolitą od komunizacji i zalewu działaczy związanych z obozem lubelskim. Postulował zatem ratowanie suwerenności i niepodległości za cenę strat terytorialnych. Jak się miało okazać, nawet tego nie udało się uratować. Tymczasem wieczorem 29 listopada w Bryanston Court, siedzibie Raczkiewicza, zaprzysiężono gabinet Arciszewskiego. Polityk ten miał bogatą przeszłość socjalistyczną. Wielokrotnie zasiadał w parlamencie II RP, obejmował funkcje ministerialne. Dopiero w lipcu 1944 roku przedostał się drogą lotniczą do Londynu, działając wcześniej w ramach Rady Jedności Narodowej. Premier nie miał doświadczenia na arenie międzynarodowej, co było jego głównym mankamentem, zważywszy na trudną sytuację dyplomatyczną Rządu Emigracyjnego. 10 grudnia za sekretarza obrał sobie Jerzego Lerskiego, który lepiej orientował się w międzynarodowych aspektach politycznych. Już 1 grudnia zorganizowano pierwsze posiedzenie nowej Rady Ministrów, podczas którego Arciszewski gwarantował, iż stoi on na straży tych samych wartości, którym hołdowali Sikorski i Mikołajczyk. W swoim przemówieniu zaznaczył, iż zależy mu na porozumieniu ze Związkiem Sowieckim, choć na pierwszym miejscu stawiał dobro kraju. W tym wypadku jeden i drugi postulat wzajemnie się wykluczały, co od razu stało się przedmiotem nagonki na Arciszewskiego i jego gabinet uznawany przez sojuszników za zdecydowanie antyradziecki. To przeświadczenie spowodowało izolację dyplomatyczną Rządu Emigracyjnego, który w łonie koalicji alianckiej całkowicie tracił znaczenie, stając się niemalże biernym obserwatorem wydarzeń, które bezpośrednio dotyczyły Polski i Polaków. Obawy takim stanem rzeczy wyrażali czołowi politycy polskiej dyplomacji emigracyjnej. 11 grudnia gen. Kukiel informował Andersa, iż "nowy rząd [jest] w ciężkim położeniu wobec wrogiego przyjęcia przez brytyjskie koła polityczne i prasę, a negatywnego stosunku tutejszego rządu". 13 grudnia Arciszewski miał wystąpić przed Radą Narodową. Niemal w tym samym czasie, bo dzień później, na forum Polskiej Partii Robotniczej wypowiadał się Bolesław Bierut, który wrócił z kolejnej wizyty w Moskwie. Wyniki rozmów ze Stalinem były obiecujące, a przywódca polskich komunistów zapowiadał, iż Mikołajczyk, ze względu na "związek z terrorystami w Polsce" nie zostanie przez ZSRR wpuszczony "do Polski, dokąd w Polsce będzie Czerwona Armia". Wróćmy jednak do Arciszewskiego i jego éxpose. Ogólnie rzecz biorąc, powtórzył to, co w przemówieniu przed Radą Ministrów. W najbardziej interesującej nas kwestii stosunków ze Związkiem Sowieckim twierdził: "Rząd stoi szczerze na gruncie porozumienia ze Związkiem Sowieckim [...] Porozumienie to musi być oparte na poszanowaniu praw i żywotnych interesów obu stron. Musi to być też porozumienie, które nie wywołałoby uczucia krzywdy i niesprawiedliwości w narodzie polskim". 15 grudnia spotkała się Rada Ministrów, która dokonała szeregu zmian personalnych w składzie gabinetu. Ten sam dzień był niezwykle ważny dla sprawy polskiej ze względu na przemówienie Churchilla przed Izbą Gmin. Wiele czasu poświęcił on sprawom Polaków, ignorując jednak istnienie Rządu Emigracyjnego kierowanego przez Arciszewskiego. Za to bardzo często wspominał Mikołajczyka i jego rolę w budowaniu porozumienia ze Związkiem Sowieckim. Nie był to dobry zwiastun przed kolejnymi miesiącami i zbliżającą się wielkimi krokami kolejną konferencją Wielkiej Trójki. Tymczasem w Moskwie zapadły decyzje o przekształceniu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w Rząd Tymczasowy. 31 grudnia obradowała Krajowa Rada Narodowa, która postanowiła sankcjonować podobne posunięcie a prezesem nowego gabinetu obrano Edwarda Osóbkę-Morawskiego. Choć było to jawne pogwałcenie prawa międzynarodowego, wszystko robiono z inspiracji Moskwy, co ujmowało całej operacji bezkarności. Zarówno Rada Ministrów, jak i Rada Narodowa potępiły samozwańczy akt przemianowania. Ambasador Raczyński, doskonale orientując się w międzynarodowych nastrojach, przewidywał, iż jest to koniec Rządu Emigracyjnego, a 1945 rok w jego opinii mógł być "najtragiczniejszym rokiem w naszej historii". Atmosfera niepokoju panowała także w podziemnym państwie polskim, gdzie członkowie Rady Jedności Narodowej rozważali, co powinni uczynić w następującej sytuacji. Coraz bardziej skłaniano się do podjęcia rozmów z Sowietami, aby ostatecznie nie zaprzepaścić szansy formowania nowego gabinetu. Jeszcze w grudniu postulowano, aby Londyn opuścił stanowisko z 29 sierpnia i zdecydował się na rozpoczęcie negocjacji. Tymczasem Rząd Emigracyjny przygotowywał się do batalii przede wszystkim o granice. 9 stycznia spotkała się Rada Ministrów. Adam Tarnowski referował zgromadzonym sytuację polityczną i kwestię rozbieżności polsko-radzieckich. 15 stycznia na forum Rady Narodowej przemawiał Arciszewski, który poruszył bieżące zagadnienia oraz omówił szczegółowo politykę Mikołajczyka. O swoich rządach mówił mniej, obiecując doskonałe przygotowanie do konferencji Wielkiej Trójki zapowiedzianej na najbliższe tygodnie. Jednocześnie stwierdził, iż "miarą polityki polskiej nie może być ocena obcej prasy, lecz interes Polski". Dlatego też otwarcie potwierdził, iż stoi na stanowisku nieustępliwości i kontynuacji zasad, z jakimi Polska wchodziła do wojny - nie może z niej wyjść okrojona w żaden sposób ani z zachwianą suwerennością, a tym było niewątpliwie powołanie do życia Rządu Tymczasowego. Po zakończeniu wypowiedzi Arciszewskiego rozgorzała napięta dyskusja, a posłowie zapytywali chociażby, w jaki sposób Rząd Emigracyjny ma zamiar bronić nienaruszalności granic Rzeczpospolitej. Premier nie miał przygotowanego planu odpowiedzi i tłumaczył, iż należy "urobić opinię międzynarodową dla siebie". Tyle tylko, że opinia międzynarodowa nie sprzyjała Polakom, szczególnie, że Rząd Emigracyjny nadal tkwił w izolacji politycznej. A Rząd Tymczasowy zaczynał prężną działalność, zdobywając sobie liczne rzesze zwolenników. 4 stycznia Związek Radziecki oficjalnie uznał Rząd Tymczasowy i wymienił się z nim ambasadorami. Z Moskwy do Lublina przybył Wiktor Lebiediew, z Lublina do Związku Radzieckiego Zygmunt Modzelewski. Nie był to koniec akcji politycznej ośrodka lubelskiego, który pozostawał w stałym kontakcie z Moskwą i Stalinem. A tymczasem 12 stycznia ożył front nad Wisłą, a Armia Czerwona ruszyła do natarcia na całej długości. 17 stycznia zajęte zostały zgliszcza Warszawy. To zmuszało polityków i wojskowych polskich, zarówno tych na emigracji, jak i w kraju, do konfrontowania posunięć z wydarzeniami na wschodzie. 10 stycznia gen. Okulicki meldował do Londynu o potrzebach finansowych kierowanego przez niego podziemia. Jak się okazało, także i on został zaskoczony nagłym atakiem Sowietów, co skłoniło go do podjęcia decyzji o rozwiązaniu Armii Krajowej. 16 stycznia skonsultował się z delegatem Jankowskim i ostatecznie zaaprobował taki rozwój wydarzeń. 19 stycznia wydał ostatni rozkaz do żołnierzy AK, w którym czytamy: "Dalszą swą pracę i działalność prowadźcie w duchu odzyskania pełnej niepodległości", co było jawnym nawiązaniem do działalności organizacji "Nie". Zresztą w trzy dni później wydał rozkaz uzupełniający dla jej członków, w którym zachęcał do podjęcia szeroko zakrojonych działań przeciwko okupantowi i ośrodkowi lubelskiemu. Jednocześnie nakazywał zakonspirowanie sieci żołnierzy i radiostacji, aby nie dostali się oni w ręce NKWD. W chwili, gdy w Warszawie rozgrywały się ostatnie akty dramatu związanego z wyzwalaniem miasta, w Londynie trwały gorączkowe obrady. 18 stycznia wieczorem Rada Ministrów spotkała się, aby omówić całokształt zagadnień polsko-radzieckich. Wynikiem rozmów było zatwierdzenie memorandum, które mieli otrzymać przedstawiciele władz alianckich oraz członkowie krajowej reprezentacji politycznej. Tekst ostatecznie zaaprobowano 19 stycznia i przesłano do kraju. Ważnym jest, iż zarówno członkowie Rady Jedności Narodowej, jak i Krajowej Rady Ministrów zostali upoważnieni do podjęcia się rozmów z Sowietami i ujawnienia. O wszystkim mieli informować szczegółowo Londyn. Warto wspomnieć, iż 17 stycznia do Warszawy została wysłana depesza Arciszewskiego, w której zawarto zgoła odmienne dyspozycje: "Zważywszy całość sytuacji politycznej i położenie, w jakim wobec postępującej ofensywy sowieckiej znajdziecie się, Rząd stanął na stanowisku, że Delegat Rządu , Krajowa Rada Ministrów, aparat Delegatury, delegaci wojewódzcy i powiatowi, podobnie jak Rada Jedności Narodowej oraz zarządy stronnictw, ujawniać się nie powinny. Zdaniem Rządu nie dałoby to sprawie polskiej znaczniejszej korzyści politycznej". Skąd taka zmiana? Czyżby Rada Ministrów nagle zaczęła się domyślać, iż wszystko jest już przegrane? Członkowie podziemnego parlamentu z radością witali nową możliwość działania, tym bardziej, iż wielu z nich przemyśliwało o porozumieniu z Sowietami i dołączeniu do Rządu Tymczasowego celem budowania szerokiej reprezentacji narodu polskiego opartej na członkach różnych stronnictw. Nie byłoby to jednak na rękę Rządowi Tymczasowego, którego skład najlepiej świadczy, jak szeroką był reprezentacją:
Edward Osóbka-Morawski - premier i minister spraw zagranicznych zastąpiony na drugim stanowisku przez Wincentego Rzymowskiego w dniu 3 maja 1945 roku
Władysław Gomułka - I wiceprezes Rady Ministrów
Stanisław Janusz - II wiceprezes Rady Ministrów
Józef Maślanka - minister administracji publicznej zastąpiony 7 kwietnia przez Edwarda Ochaba
Teodor Piotrowski - minister aprowizacji i handlu zastąpiony 7 kwietnia przez Jerzego Sztachelskiego
Stanisław Radkiewicz - minister bezpieczeństwa publicznego
Stefan Matuszewski - minister informacji i propagandy
Jana Rabanowski - minister komunikacji
Wincenty Rzymowski - minister kultury i sztuki zastąpiony 3 maja przed Edmunda Zalewskiego
Stanisław Skrzeszewski - minister oświaty
Michał Rola-Żymierski - minister obrony narodowej
Tadeusz Kapeliński - minister poczt i telegrafów
Wiktor Trojanowski - minister pracy, opieki społecznej i zdrowia, a następnie od 11 kwietnia minister pracy i opieki społecznej
Franciszek Litwin - minister zdrowia od utworzenia resortu 11 kwietnia
Hilary Minc - minister przemysłu
Edward Bertold - minister rolnictwa i reform rolnych
Konstanty Dąbrowski - minister skarbu
Michał Kaczorowski - minister odbudowy od utworzenia resortu w dniu 24 maja

Delegacja Rządu Tymczasowego jeszcze w styczniu udała się do Moskwy, gdzie negocjowała warunki obustronnego porozumienia i pomocy radzieckiej w kwestii odbudowy zniszczeń powojennych. Zobowiązano się do daleko idącej współpracy. 30 stycznia gabinet Osóbki-Morawskiego uznała Czechosłowacja, w dwa miesiące później uczyniła to Jugosławia.

Tymczasem przywódcy państw alianckich nazywani Wielką Trójką szykowali się do drugiego już spotkania na szczycie, które Sowieci zobowiązali się zorganizować w Jałcie, gdzie jeszcze niedawno toczyły się niezwykle krwawe walki. Memorandum Rządu Emigracyjnego nie zmieniło przedkonferencyjnej sytuacji, a Brytyjczycy postanowili nadal ignorować Arciszewskiego. 27 stycznia obradowała Rada Ministrów, która domagała się od aliantów zagwarantowania bezpieczeństwa pozostałym w kraju działaczom podziemnym. Tekst uchwały zawierał stwierdzenie: "Rada Jedności Narodowej w Kraju zgadza się przekazać Rządowi Brytyjskiemu pewną ilość nazwisk najwybitniejszych członków Ruchu Podziemnego i Armii Krajowej, o ile otrzyma całkowite zapewnienie, że takie ujawnienie nie przysporzy zgubnych konsekwencji dla tych osób". Jak zatem widzimy, starano się zabezpieczyć tych, którym groziło niebezpieczeństwo ze strony Sowietów. Apel Rady Ministrów pozostał bez odzewu ze strony Wielkiej Brytanii. 1 lutego Rząd Emigracyjny postanowił zerwać stosunki dyplomatyczne z rządem czechosłowackim, który uznał lubelski Rząd Tymczasowy. Był to ostatni tak ważny akt polityczny wydany przez Polaków przed konferencją jałtańską, która odbyła się w dniach 4-11 lutego. Poruszono w jej trakcie ważne kwestie powojennego ładu, który nazwę swą zawdzięczał właśnie tej konferencji (ład jałtański). Bardzo ważną kwestią była sprawa Polaków i ich terytorium. Ostatecznie ustalono, iż nowy gabinet powstanie w oparciu o Rząd Tymczasowy, a działacze emigracyjni zostaną do niego dokooptowani. Ustalono też formułę, która głosiła, iż po wojnie zostaną przeprowadzone "wolne i nieskrępowane wybory, oparte na glosowaniu powszechnym i tajnym". Dalej pisano: "W wyborach tych będą miały prawo uczestniczenia i wystawienia kandydatów wszystkie partie demokratyczne i antynazistowskie". W kwestii granicznej szefowie mocarstw alianckich nadal stali na straży linii Curzona i rekompensat dla Polaków na zachodzie i północy. To w zasadzie przesądziło sprawę uznania ustaleń konferencji teherańskiej, z czym oczywiście nie zgadzała się strona emigracyjna. Gomułka miał zupełnie inne zdanie na ten temat i już 18 lutego podczas przemówienia w Łodzi wyraził pełną aprobatę dla systemu jałtańskiego. 22 lutego to samo stanowisko zajął Rząd Tymczasowy. W zupełnie innym tonie przebiegały posiedzenia Rady Ministrów w Londynie. Polacy o rozstrzygnięciach w Jałcie dowiedzieli się 12 lutego. Pragier podsumował wszystko słowami: "Mimo że byliśmy przygotowani na najgorsze, muszę przyznać, że forma, w jakiej rzecz się dokonała, była dla mnie ciosem niespodziewanym i wstrząsającym. Nie dlatego, iżbym spodziewał się nawrotu ku lepszemu, ale dlatego, że nie wyobrażałem sobie, by ośmielono się na cynizm tak czelny i wyrzuty ze wszystkich osłonek". Ustalenia konferencji jałtańskiej były wstrząsające dla Arciszewskiego i jego gabinetu. Należy wyobrazić sobie sytuację, w której sformowany Rząd Emigracyjny zapowiada walkę do końca, ale nie ma ani środków, ani argumentów, aby ten bój prowadzić. Arciszewski posiadał jedynie poczucie honoru, ale nie było ono wystarczające, aby konsekwentnie prowadzić politykę nieustępliwości. Jedynym, na co mogła się teraz zdobyć Rada Ministrów, był rozpaczliwy protest przeciwko bezwzględnemu traktowaniu przez sojuszników.

13 lutego o 10.00 do rezydencji Raczkiewicza przybyli Raczyński, Arciszewski i Tarnowski. Dyskusja dotyczyła przede wszystkim ustaleń konferencji Wielkiej Trójki. Jeszcze przed południem rozpoczęło się zebranie Rady Ministrów, na które przybył prezydent. Po południu uchwalono tekst oświadczenia, w którym Rząd Emigracyjny wyraził sprzeciw wobec ustaleń konferencji jałtańskiej. Nie przyjęto projektu rozkazu do żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych, w którym nakazywano zachowanie spokoju. Pomysł uznano za absurdalny, który mógłby dodatkowo pogorszyć sprawy. Nazajutrz Rada Ministrów spotkała się po raz kolejny. Przebieg spotkania był dość dramatyczny ze względu na poruszaną problematykę. Ministrowie dyskutowali nad zabezpieczeniem mienia polskiego na emigracji i archiwów Rządu Emigracyjnego. Znamionowało to próby przygotowań do likwidacji gabinetu, choć Polacy chcieli uniknąć jakichkolwiek podejrzeń o podobną działalność. Starano się natomiast przygotować do dalszych zmagań na arenie międzynarodowej, nawet gdyby Rząd Emigracyjny miał działać pomimo zakończenia walk i kapitulacji Państw Osi. A rozwój wydarzeń na międzynarodowej arenie był coraz mniej korzystny dla Polaków. 27 lutego Churchill przemawiał w Izbie Gmin i po raz kolejny potwierdził ustalenia teherańskie i jałtańskie, rozstrzygając tym samym jakiekolwiek kwestie rewindykacyjne. Polacy załamani byli postawą sojuszników. Brytyjczycy i Amerykanie, w swoich odpowiednikach polskiego sejmu i senatu, przegłosowali akt końcowy konferencji jałtańskiej przy proteście nielicznych parlamentarzystów, którzy z reguły byli osobistymi przeciwnikami polityków sterujących biegiem wydarzeń. Tymczasem w Londynie Anglicy starali się wysondować Mikołajczyka, czy ten jest gotowy do porozumienia z obozem lubelskim. Były premier Rządu Emigracyjnego nadal był brany pod uwagę jako jedyny możliwy konkurent Rządu Tymczasowego i jedyna możliwa do zaakceptowania przez Sowietów opcja. 20 lutego zgodził się na warunki stawiane przez Brytyjczyków i przystał na propozycję przelotu do Moskwy. 24 lutego spotkał się z gen. Andersem, który zdecydowanie mu ten krok odradzał. Wojskowy złożył wyrazy uznania za patriotyczną do tej pory postawę Mikołajczyka, ale był przeciwny rokowaniom z Rządem Tymczasowym, ponieważ to przysporzyłoby mu jedynie popularności i podniosłoby jego rangę. Działalność Mikołajczyka na tym polu była zatem najmniej pożądaną. Jednocześnie jego wstawiennictwo umożliwiłoby zapewne złagodzenie represji względem członków Polskiego Podziemia. Prześladowania ze strony Sowietów rozpoczęły się, gdy tylko przekroczyli oni wschodnie granice II Rzeczypospolitej. Na początku marca istniało spore prawdopodobieństwo, iż kluczowi działacze podziemni zagrożeni są aresztowaniem przez NKWD. Jankowski meldował na początku marca, iż uwięzieni zostali kolejni działacze. 3 marca wyrażał wolę swoją i kolegów z podziemnego parlamentu: "[...] Prosimy Was i upoważniamy do zakomunikowania rządom brytyjskiemu i amerykańskiemu personaliów czterech ministrów celem zakomunikowania rządowi sowieckiemu. Nazwiska kierowników departamentów zakomunikujemy ewentualnie później". 8 marca Rada Ministrów rozważała sposoby wyjścia z trudnej sytuacji opozycji w okupowanym kraju. Jednocześnie trwały zabiegi Sowietów o pozyskanie Polaków do rozmów celem rzekomego porozumienia. W lutym Rząd Tymczasowy, zresztą z polecenia Stalina, przeniósł się do Warszawy. Wyniszczona stolica szybko zaczęła podnosić się z ruiny za sprawą napływającej rzeszy cywilów. Obóz lubelski postanowił również stworzyć Biuro Odbudowy Stolicy, które zajęło się pozyskiwaniem funduszy na odbudowę miasta i organizowaniem konkretnych prac. Jednocześnie władza ludowa rozpoczęła akcję przeciwko ludności, starając się od pierwszych chwil swoich rządów podporządkować sobie Polaków. Prowadzono akcje rozbrojeniowe połączone z masowym terrorem. Szczególne represje dotknęły ludzi połączonych w jakikolwiek sposób z Armią Krajową oskarżaną o działalność antyradziecką. Co więcej, nowa władza otworzyła specjalne obozy dla aresztowanych, wykorzystując chociażby poniemieckie więzienia. W Rembertowie przetrzymywano kilka tysięcy żołnierzy, których uwolniło Polskie Podziemie. Organizowały się Milicja Obywatelska, Urząd Bezpieczeństwa, które brutalnie rozprawiały się z przejawami oporu, mając do dyspozycji radzieckich pomocników. Nic zatem dziwnego, iż w okupowanym kraju formowały się kolejne grupy zbrojne, które postanowiły przeciwstawić się nowej okupacji. Wśród nich na pierwszy plan wysunął się oddział kierowany przez Józefa Kurasia ps. "Ogień", który grasował na Podhalu. Były to jednak przypadki na tyle odosobnione, iż na dłuższą metę nie były w stanie zagrozić władzy ludowej. Tym bardziej, iż Sowieci rozprawili się z przywódcami Polskiego Podziemia. Warto teraz przenieść się do podwarszawskich miejscowości, gdzie w lutym i marcu ulokowali się działacze Rady Jedności Narodowej, Delegatury Rządu na Kraj oraz byli członkowie Armii Krajowej z gen. Okulickim na czele. W drugiej dekadzie lutego spotykała się w Podkowie Leśnej Komisja Główna RJN, która 21 lutego uchwaliła dokument ustosunkowujący Polskie Podziemie względem ustaleń jałtańskich. Co ciekawe, tekst dokumentu akceptował, choć przymusowo, wyniki konferencji: "Rada Jedności Narodowej wypowiada przekonanie, że powzięte bez udziału i zgody Państwa Polskiego postanowienia konferencji krymskiej narzucają, jeszcze przed ukaraniem Niemców, Polsce, która pierwsza w świecie podjęła walkę z hitleryzmem o wolność własną i cudzą, nowe, niezmiernie ciężkie i krzywdzące ofiary. Rada Jedności Narodowej stanowczo protestując przeciwko jednostronności postanowień konferencji, zmuszona jest zastosować się do niej, pragnąc widzieć w nich w dzisiejszej rzeczywistości możliwość ratowania niepodległości Polski, uniknięcia dalszego niszczenia narodu oraz do stworzenia podstawy organizacji własnych sił i do prowadzenia przyszłej samodzielnej polityki polskiej, zmierzającej do ugruntowania pokoju w Europie, odbudowy gospodarczej zniszczonego kraju oraz przebudowy stosunków społeczno-gospodarczych w Polsce w duchu prawdziwej wolności i demokracji. Rada Jedności Narodowej pragnie jeszcze przez to swoje bolesne dla narodu polskiego stanowisko zamanifestować wolę porozumienia się ze wschodnim sąsiadem i nawiązania z nim trwałych, przyjaznych stosunków pokojowych". Dalej czytamy o przymusie przeprowadzenia wolnych i nieskrępowanych wyborów, ustaleniu granicy wschodniej w konsultacjach ze Związkiem Radzieckim oraz odszkodowaniach dla Rzeczypospolitej na zachodzie i północy. Wyrażono również oficjalne poparcie dla Stanisława Mikołajczyka jako kandydata do centralizacji rządów wszystkich ośrodków władzy. Tego samego dnia RJN zajmowała się jeszcze propozycjami dowództwa radzieckiego, które zapraszało na rozmowy gen. Okulickiego. Postanowiono propozycje odrzucić. Był to pierwszy tak jaskrawy przejaw szukania kontaktu między Sowietami a Polakami. Porozumienie oczywiście miało zostać sfingowane, a nad całą sprawą pracowało NKWD z gen. Iwanem Sierowem na czele, który wobec przywódców Polskiego Podziemia występował pod pseudonimem Iwanow. Na początku marca zaproszenia ponowiono, tym razem poprzez niejakiego płk Pimieniowa. Sowieci zachęcali do przybycia na rozmowy i podjęcia negocjacji z reprezentatywną grupą oficerów Armii Czerwonej powołaną w tym celu przez marsz. Gieorgija Żukowa. Podziemni działacze długo wahali się, węsząc spisek, jednakże 10 marca wyrazili wstępną zgodę na podjęcie się rozmów. O zajściu starano się na bieżąco informować Londyn, który ewentualne ustalenia mógł przekazywać sojusznikom. Można zatem powiedzieć, iż cała akcja ze strony polskiej była dość dobrze skoordynowana i nie było podstaw, aby wierzyć, iż Sowieci dopuszczą się zdrady. Już 17 marca delegat Jankowski spotkał się z Pimieniowem w Pruszkowie. To zapoczątkowało całą serię posiedzeń, na które Sowieci zapraszali najbardziej reprezentatywnych przedstawicieli władz podziemnych sterowanych przez obóz londyński. Jankowski poruszył kwestie ustalenia kompetencji Rządu Tymczasowego oraz porozumienia z Rządem Emigracyjnym. Sowieci zobowiązali się umożliwić Polakom przelot do Londynu, aby tam mogli poczynić odpowiednie konsultacje. Iwanow szybko zdobył zaufanie Polaków. Co więcej, Arciszewski i jego współpracownicy także dali się nabrać i słali do kraju zachęcające do współpracy depesze, uważając, iż podziemie krajowe jest najlepszym przedstawicielem spraw polskich przed obradującą w Moskwie od końca lutego Komisją Trzech. Zadaniem Harrimana, Clark-Kerra i Mołotowa było wyłonienie reprezentacji Rządu Jedności Narodowej. Jakież było zdziwienie Polaków, gdy szesnastu przywódców Polski Podziemnej 27 marca udało się na rozmowy do Pruszkowa i nazajutrz zostało aresztowanych i wywiezionych do Moskwy. Tam osadzono ich na Łubiance. Tymczasem w Londynie Arciszewski i Berezowski starali się wysłać do Rady Jedności Narodowej i Krajowej Rady Ministrów depeszę datowaną na 30 marca (ostatecznie wiadomość przesłano dopiero 11 kwietnia), w której optymistycznie oceniali zaistniałą sytuację, twierdząc, iż konsultacje polsko-sowieckie wprawdzie nie są zobowiązujące, ale wskazują na chęć ułożenia się Związku Radzieckiego z Polakami. Jednocześnie przestrzegano przed wyciąganiem zbyt pochopnych wniosków i zalecano ostrożność. Było już jednak za późno, ponieważ szesnastu z najważniejszych działaczy zniknęło, o czym pozostali na wolności członkowie podziemnej administracji raportowali Arciszewskiemu już 1 kwietnia. Depesza kończyła się słowami: "Podejrzewamy podstępne aresztowanie lub wyjazd do Londynu lub do Moskwy, lub rozmowy w izolacji pod presją. Sami wyciągnijcie wnioski i zdecydujcie, czy już pora na interwencję u aliantów". Rząd Emigracyjny, zaniepokojony doniesieniami, postanowił niezwłocznie poinformować sojuszników. 5 kwietnia spotkała się Rada Ministrów, która ustaliła, iż w "Dzienniku Polskim" i "Dzienniku Żołnierza" opublikowane zostaną nazajutrz teksty informujące opinię publiczną o zaistniałej sytuacji. Jednocześnie ofensywa dyplomatyczna nie przyniosła większych skutków, bowiem 11 kwietnia strona radziecka odcięła się od zorganizowanej przeciwko Polakom akcji i powiadomiła o tym Harrimana i Clarka-Kerra. Jednocześnie toczyła się debata między Churchillem i Stalinem na temat zaproszenia do Moskwy Mikołajczyka. Ten, zgodnie z wolą Stalina, publicznie zaakceptował 15 kwietnia ustalenia jałtańskie, a 22 kwietnia wydał tekst uzupełniający, uznając linię Curzona z Lwowem po stronie Związku Radzieckiego. Kręgi emigracyjne ponownie się podzieliły, dostrzegając, iż wraz z aktem Mikołajczyka przekreślone zostały szanse na jakiekolwiek dalsze negocjacje, a sprawa przynależności terytorialnej Kresów Wschodnich została rozstrzygnięta. Tymczasem w okupowanym kraju należało jakoś załatać dziurę po nieobecnych działaczach, porwanych zdradziecko przez Sowietów. 7 kwietnia nowym kierownikiem Delegatury został Stefan Korboński. 10 kwietnia przyszło oficjalne potwierdzenie nominacji zastępczej od Rządu Emigracyjnego. Jednocześnie postanowiono rozwiązać Krajową Radę Ministrów i przebudować Radę Jedności Narodowej. 19 kwietnia rozwiązane zostało "Nie", a na jego miejsce rozpoczęto budowanie Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj z płk Rzepeckim na czele. Był to wynik rozkazów Naczelnego Wodza, gen. Władysława Andersa. 24 kwietnia Rada Jedności Narodowej postanowiła zaistnieć na międzynarodowej arenie i wysłała do San Francisco depeszę, w której domagała się sprawiedliwego traktowania Polaków na rozpoczynającej się 25 kwietnia konferencji założycielskiej Organizacji Narodów Zjednoczonych. Apel pozostał bez odzewu. 3 maja powołano do życia Komisję Główną RJN z Janem Matłachowskim, Józefem Kwasiborskim, Stanisławem Wójcikiem i Zygmuntem Zarembą. Tego samego dnia alianci zachodni wreszcie otrzymali potwierdzenie o aresztowaniu Polaków przez NKWD. Podpisana 9 maja niemiecka kapitulacja nie była końcem zmagań Polaków o wolność. Wyrazem tego była odezwa RJN z 17 maja, w której czytamy: "Wojna skończyła się, lecz walka trwa. Walka o realizację ideałów sformułowanych w Karcie Atlantyckiej, walka o prawdziwą wolność, demokrację i sprawiedliwy pokój". Wydawało się, iż trudno będzie walczyć o te wzniosłe ideały przy słabnącym poparciu mocarstw zachodnich. 25 maja do Moskwy przyleciał Harry Hopkins, któremu Truman wyznaczył delikatną misję doprowadzenia do porozumienia ze Związkiem Radzieckim. Wysłannik prezydenta szybko doszedł do porozumienia ze Stalinem i już 31 maja sporządzono listę osób, które miały zostać zaproszone na rozmowy do Moskwy. Zaproszenia rozesłano na dzień 15 czerwca. Konferencja rozpoczęła się nazajutrz, a przybyli na nią Polacy reprezentujący różne ośrodki władzy - Bolesław Bierut, Władysław Kowalski, Stanisław Szwalbe, Edward Osóbka-Morawski, Władysław Gomułka, Wincenty Rzymowski, Zygmunt Modzelewski, Stanisław Mikołajczyk, Jan Stańczyk, Antoni Kołodziej, Stanisław Kutrzeba, Adam Krzyżanowski, Zygmunt Żuławski, Władysław Kiernik i Henryk Kołodziejski. Obrady trwały do 21 czerwca, gdy ogłoszono akt porozumienia. W trakcie rozmów doszło do burzliwej wymiany zdań, szczególnie między Mikołajczykiem a Gomułką. Ten ostatni stwierdził nawet: "Nie obrażajcie się, panowie, że my wam tylko ofiarowujemy miejsce w rządzie takie, jakie sami uznajemy za możliwe. Myśmy bowiem gospodarze. Wy zaś możecie się stać współgospodarzami Polski, jeśli zrozumiecie wasze błędy i pójdziecie po drodze, którą idzie Rząd Tymczasowy. Porozumienia chcemy z całego serca. Lecz nie myślcie, że jest to warunek naszego istnienia. Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy". 19 czerwca uwidocznił się pewien przełom w rozmowach, choć strona związana ze Stronnictwem Ludowym postulowała powrót do czasów sprzed przewrotu majowego. Stańczyk nalegał również na jak najszybsze załatwienia sprawy: "Atmosferę oczekiwania w kraju trzeba przerwać szybkim rozwiązaniem sprawy. Na międzynarodowym terenie Polska dzisiaj jest nieobecna i w związku z tym ponosimy nie do naprawienia może straty". Wreszcie 21 czerwca ogłoszono oświadczenie, które sygnował Mikołajczyk: "a) zaproszenie do Prezydium Krajowej Rady Narodowej p. Wincentego Witosa z samej Polski i p. Stanisława Grabskiego z zagranicy; b) wprowadzenie do składu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej p. Władysława Kiernika i Czesława Wycecha z samej Polski, a p. Stanisława Mikołajczyka, Jana Stańczyka i Mieczysława Thugutta z zagranicy; c) pełny skład Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej zostanie ogłoszony w najbliższym czasie". Porozumienie to satysfakcjonowało aliantów zachodnich, którzy uznali, iż Polacy rozwiązali problem własnymi rękami. W praktyce największy sukces odniósł Stalin i jego obóz lubelski. W tym samym czasie, w dniach 18-21 czerwca w Moskwie, trwał proces szesnastu pojmanych w marcu przez NKWD. Okulickiego skazano na karę 10 lat więzienia, pozostałych oskarżonych na kary od 4 miesięcy do 8 lat więzienia. Obserwatorzy zagraniczni oceniali, iż cały proces był mistyfikacją, a Clark-Kerr napisał do Londynu: "Żaden z zagranicznych, bezstronnych obserwatorów obecnych na sali nie mógł nie być pod wrażeniem odwagi, godności i uczciwości zamierzeń znacznej większości Polaków". Jednocześnie wyroki radzieckiego trybunału oceniano jako bardzo łagodne. 28 czerwca Bolesław Bierut ogłosił skład nowego gabinetu, któremu uznania natychmiast udzieliła Francja:
Edward Osóbka Morawski - premier
Władysław Gomułka - wicepremier
Stanisław Mikołajczyk - wicepremier i minister rolnictwa i reform rolnych
Michał Żymierski - minister obrony narodowej
Wincenty Rzymowski - minister spraw zagranicznych
Władysław Kiernik - minister administracji publicznej
Jerzy Sztachelski - minister aprowizacji i handlu
Stanisław Radkiewicz - minister bezpieczeństwa publicznego
Stefan Matuszewski - minister informacji i propagandy
Jana Rabanowski - minister komunikacji
Władysław Kowalski - minister kultury i sztuki
Stanisław Tkaczow - minister leśnictwa
Michał Kaczorowski - minister odbudowy
Jan Stańczyk - minister pracy i opieki społecznej
Czesław Wycech - minister oświaty
Tadeusz Kapeliński - minister poczt i telegrafów
Hilary Minc - minister przemysłu
Konstanty Dąbrowski - minister skarbu
Henryk Świątkowski - minister sprawiedliwości
Franciszek Litwin - minister zdrowia
Władysław Gomułka - 13 listopada 1945 roku mianowany ministrem ziem odzyskanych
Stefan Jędrychowski - 8 stycznia 1946 roku mianowany ministrem żeglugi i handlu zagranicznego

Powołanie do życia Rządu Jedności Narodowej było aktem doniosłym, choć niepożądanym przez kręgi emigracyjne. Szybko do akcji dyplomatycznej przystąpiły stolice europejskie, udzielając uznania nowemu gabinetowi i cofając jednocześnie uznanie dla Rządu Emigracyjnego. Najważniejszym w tym względzie aktem było uznanie TRJN przez Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone w dniu 5 lipca. Rząd Emigracyjny działał nadal, ale jego siła polityczna pozostawała jedynie martwą literą.


Polecamy


Patronat


Recenzje
Portal "II wojna światowa": teksty Mateusz Łabuz, grafika CoDJumper.pl, zarząd: MindSpa Psycholog Kraków