Artykuł został przeniesiony pod NOWY ADRES!

Powstanie w Getcie Warszawskim


Gdy w 1933 roku Adolf Hitler obejmował urząd kanclerza, niewielu Niemców spodziewało się, iż wydarzenie to pociągnie za sobą tak zgubne skutki. Szybko okazało się, jak wyglądają prawdziwe zamiary orędowników nazistowskiej ideologii. Naród niemiecki dobrowolnie zgodził się oddać w ręce człowieka, który w późniejszym czasie bez mrugnięcia okiem decydował o życiu i śmierci tysięcy ludzi. Bez skrupułów. Bez cienia litości. Ideologia nazistowska zakładała bowiem ścisłą segregację rasową narodów europejskich, układając je w swoistej hierarchii czystości krwi. Na najniższym szczeblu w tej drabinie znalazł się naród żydowski, uznawany przez Niemców za nieczysty i najbardziej oddalony od rasy aryjskiej - niemieckiej, która stała się w tym czasie wyznacznikiem czystości krwi. Skrajna nietolerancja względem Żydów przejawiała się jeszcze przed wojną. Wybuch światowego konfliktu był apogeum prześladowań, które teraz następowały wręcz lawinowo. Eksterminacja i terror na masową skalę doprowadziły do zagłady znacznej części narodu żydowskiego, a ten przez większą część czasu umierał bez walki. Niemcy brutalnie rozprawili się ze swoimi głównymi wrogami rasowymi, realizując program nakreślony niegdyś przez Hitlera i Alfreda Rosenberga. Izolacja Żydów, a następnie ludobójstwo w niemieckim przekonaniu służyły wyższemu celowi - podporządkowaniu Europy "rasie panów", jak sami siebie zwykli zwać. Naród żydowski w końcu jednak obudził się z letargu i postanowił dogorywać z bronią w ręku, czego wyrazem były kolejne zrywy powstańcze, z których najważniejszym okazało się być powstanie w Getcie Warszawskim.

Jeszcze w trakcie trwania kampanii wrześniowej Niemcy nakreślili główne cele polityki realizowanej na zagrabionych polskich terytoriach. Jak się okazało, głównymi jej wyznacznikami były terror i eksterminacja zamieszkujących II RP nacji. Szczególne miejsce w tej operacji przypadło w udziale Żydom. Ziemie przyłączone do Rzeszy szybko i brutalnie germanizowano. Opornych pozbywano się, eksmitując ich do Generalnego Gubernatorstwa utworzonego z ziem Polski Centralnej, w tym Warszawy oraz Krakowa. Stosowano zbiorową odpowiedzialność, a Polaków wykorzystywano jako tanią siłę roboczą. Latem 1940 roku, już po podbiciu Francji, Niemcy przystąpili do kolejnego etapu zbrodniczej działalności. Okupant wzmógł prześladowania, wykorzystując układ sił na światowej scenie politycznej, gdy oczy całego świata zwrócone były raczej na Europę Zachodnią niż okupowaną Polskę. Mimo iż w chwili kapitulacji Warszawy hitlerowcy zobowiązali się do przestrzegania praw ludności żydowskiej, to właśnie ta nacja szybko stała się najbardziej zagrożoną agresywnymi posunięciami nazistów. Wprawdzie ustawy norymberskie z 1935 roku wprowadzono w Polsce dopiero w 1943 roku, jednakże w praktyce status ludności żydowskiej był równy temu, co uwidoczniło się w Niemczech. Okupant zdecydował się na koncentrację ludności żydowskiej na terenie Generalnego Gubernatorstwa, co umożliwiało szybsze i efektywniejsze wykorzystanie siły roboczej Żydów, a następnie ich eksterminację. Stąd też rozpoczęto budowanie wyizolowanych dzielnic. Już 21 września 1939 roku Reinhard Heydrich nakazał skupienie ludności żydowskiej na terenie największych polskich miast. Co więcej, przymus zamieszkiwania wydzielonych stref obejmował wszystkich, którzy w odległości trzech pokoleń mieli choć jednego Żyda w rodzinie. Paradoksalnie więc nawet osoby nie uznające się za Żydów i nieświadome swojego pochodzenia otrzymywały taki status od okupanta. Budowa gett ruszyła w październiku 1939 roku. W październiku roku następnego przystąpiono do podobnej praktyki w Warszawie, gdzie planowano utworzyć największe tego typu skupisko ludności żydowskiej. 2 października szef dystryktu warszawskiego Ludwig Fischer podpisał rozporządzenie, które normowało powstanie dzielnicy żydowskiej oraz charakter i wygląd obszaru. Objęło ono 4,5% powierzchni stolicy, w sumie 2,6 km2 powierzchni. Mimo niewielkiego obszaru, stłoczono tam aż 37% ludności Warszawy, co łącznie dawało sumę blisko 445 tys. ludzi. Wszystko to spowodowało ogromne zagęszczenie mieszkańców, którzy zmuszeni byli do zamieszkiwania średnio 8-10 osób w jednym pomieszczeniu. Granice getta przebiegały ulicami: Wielka, Bagno, pl. Grzybowski, Rynkowa, Zimna, Elektoralna, pl. Bankowy, Tłomackie, Przejazd, Ogród Krasińskich, Freta, Sapieżyńska, Konwiktorska, Stawki, Okopowa, Towarowa, Srebrna i Złota. Wkrótce jednak obszar ten Niemcy pomniejszyli i robili to stopniowo aż do likwidacji getta. Warunki mieszkalne wewnątrz enklawy były fatalne. Brak było niezbędnych środków do życia, o co zadbali Niemcy, skutecznie utrudniając kontakt ze światem poza murami. W środku wyodrębniono dwie części nazywane dużym i małym gettem, które łączył ze sobą wiadukt silnie obstawiony przez niemieckie straże. Niemcy absolutnie podporządkowali się rozkazowi nieprzepuszczania nikogo poza obręb murów. W praktyce oznaczało to wyrok dla żyjących wewnątrz getta, którym brakowało żywności, ubrań czy medykamentów. Choć kwitł handel na czarnym rynku, a ludność Polska starała się nieść pomoc pomimo zakazów, do lutego 1943 roku zanotowano już 96 tys. zgonów. Warunki sanitarne były fatalne, a ciała niejednokrotnie rozkładały się bezpośrednio na ulicach, co w połączeniu z brudem i masą ludzi koczujących przed budynkami sprawiało iście piekielne wrażenie. Dantejskie sceny rozgrywały się także podczas prób ucieczki z ogrodzonego obszaru, co Niemcy karali śmiercią. Wewnątrz, w celu maskowania sztuczności życia, powołano żydowską administrację i służby mundurowe. Tzw. Judenraty i Ordnunsdienst sprawowały władzę pod kontrolą Niemców, nierzadko wykazując się równą okupanckiej brutalnością. Nie brakowało też prawdziwych bohaterów, którzy z narażeniem życia nieśli pomocy bardziej potrzebującym mieszkańcom getta. Żydzi opuszczający getto w niemieckich transportach zdawali się wierzyć, iż poza murami czeka ich lepszy los. Jakże się mylili, nie przypuszczając nawet, iż wyjście z getta było drogą przez mękę, prowadzącą do śmierci.

Na przełomie 1940 i 1941 roku nasiliła się polityka zamykania Żydów w gettach. Naród żydowski nie zdawał sobie wtedy sprawy, jak wielkie niebezpieczeństwo mu grozi. Nie podejrzewano wtedy, iż Hitler może posunąć się do ludobójstwa na taką skalę. Dlatego też Żydzi nie buntowali się przeciwko przymusowi zamieszkiwania w gettach, choć warunki tam stale ulegały pogorszeniu. Przy okazji przenosin Niemcy grabili ich z mienia, zabierając co bardziej wartościowe rzeczy. Rekwirowano także żydowskie nieruchomości, a mienie ruchome przesyłano do Rzeszy. Ci, którzy zorientowali się w zbrodniczej polityce hitlerowskiej, decydowali się na ucieczkę lub ukrycie. Niestety, mimo ofiarnej pomocy Polaków (blisko 50% obdarowanych zaszczytnym tytułem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata to obywatele Polski), możliwość szukania schronienia była znikoma. Żydzi wyróżniali się bowiem charakterystycznymi rysami oraz stylem bycia - brody, pejsy oraz elementy ubioru. Co więcej, najczęściej skupieni byli w gminach żydowskich zarządzanych przez wstecznych współwyznawców, którzy zalecali podporządkowanie się niemieckich rozkazom. W ten oto sposób Żydzi dobrowolnie oddawali się jurysdykcji okupanta, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji tych kroków. Ci, którzy zamieszkiwali Getto Warszawskie także z optymizmem patrzyli w przyszłość. Dopiero 26 listopada 1940 roku obszar ten został odgrodzony trzymetrowym murem, a do sierpnia 1941 roku Niemcy umożliwiali sporadyczne kontakty handlowe między Żydami i Polakami. Historyk Emanuel Ringelblum, zamordowany przez Gestapo w marcu 1944 roku), notował w swoim dzienniku, iż chrześcijanie - Polacy ofiarnie ruszyli do pomocy mniejszości żydowskiej, dostarczając chociażby artykuły żywnościowe, w tym chleb. W tym czasie Getto Warszawskie miało juz poważnie ograniczony obszar w stosunku do początkowego, co w połączeniu z rosnącą liczbą mieszkańców dodatkowo pogarszało warunki panujące wewnątrz. Fischer zapowiedział: "Żydzi będą ginęli z głodu i nędzy, a z kwestii żydowskiej pozostanie cmentarz". To właśnie owa "kwestia żydowska" stała się głównym tematem rozmów toczonych przez najwyższych hitlerowskich dygnitarzy na konferencji w podberlińskim Wannsee 20 stycznia 1942 roku. Spotkaniu przewodniczył Reinhard Heydrich, zlikwidowany później przez czeskie podziemie. W konferencji uczestniczyli:
Dr Josef Bühler
Adolf Eichmann
Dr Roland Freisler
Reinhard Heydrich
Otto Hofmann
Dr Gerhard Klopfer
Wilhelm Kritzinger
Dr Rudolf Lange
Dr Georg Leibbrandt
Martin Luther
Dr Alfred Meyer
Heinrich Müller
Erich Neumann
Dr Eberhard Schöngarth
Dr Wilhelm Stuckart

W praktyce obrady dotyczyły masowego ludobójstwa, które zniszczyłoby naród żydowski. "Ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej" określone terminem Endlösung der Judenfrage było początkiem bestialskiej polityki uśmiercania Żydów. Konferencja w Wannsee stała się impulsem do takiego działania, choć jej postanowienia nie miały mocy wiążącej bez wyraźnych rozkazów Adolfa Hitlera. Wkrótce jednak przystąpiono do realizacji tych założeń, wykorzystując obozy koncentracyjne, gdzie lokowano tysiące więźniów. W praktyce eksterminację rozpoczęto nieco wcześniej, choć nie prowadzono jej jeszcze na masową skalę. W celu szybkiego uśmiercania więźniów zastosowano specjalne komory gazowe, które zastąpiły powolne i mało efektywne rozstrzeliwanie. Endlösung prowadzono także w Getcie Warszawskim. Od lipca 1942 roku prowadzono akcję likwidacyjną getta, wysyłając kolejne transporty do obozów zagłady, szczególnie Treblinki. Śmiertelność w gettach w tym czasie bardzo wzrosła. Spowodowane to było pogarszającymi się warunkami oraz obostrzeniami strony niemieckiej. 17 czerwca 1941 roku gubernator Fischer zagroził grzywną i więzieniem Polakom udzielającym wsparcia ludności żydowskiej. Z kolei 15 października Hans Frank wydał rozporządzenie: "Żydzi, którzy bez upoważnienia opuszczają wyznaczona im dzielnicę - podlegają karze śmierci. Tej samej karze podlegają osoby, które takim Żydom świadomie dają kryjówkę". Wszystko to spowodowało zniechęcenie ludności do podejmowania działań mających na celu ratowanie Żydów, choć wciąż nie brakowało i takich, którzy ryzykowali własne życie, pomagając innym. Żydzi wciąż jednak nie decydowali się na podjęcie walki na większą skalę. Starszyzna przeciwna była rozlewowi krwi, wierząc, iż lepszy efekt przyniesie modlitwa. Z twierdzeniem tym spotykamy się w relacjach Filipa Friedmana, który mówi: "Ortodoksyjni Żydzi nie wierzyli, by było możliwe albo nawet pożądane przeciwstawiać się zbrodniom Niemców w inny sposób. Wierzyli, że odmówienie psalmu będzie miało lepsze skutek na bieg wypadków, jak zabicie Niemca - niekoniecznie natychmiast, ale w nieskończonym biegu wzajemnych stosunków między Stwórcą a jego tworem". Zupełnie inne zdanie na temat walki miał Adolf Berman, który w ostatnich miesiącach przed likwidacją Getta Warszawskiego kierował podziemnym ruchem oporu. Doskonale zdawał sobie sprawę, iż kolejne deportacje mają swój koniec w obozach śmierci, a Żydom grozi fizyczna zagłada, jeśli nie zdecydują się przeciwdziałać. Niestety, stosunek sił i środków niemieckich i żydowskich był zdecydowanie niekorzystny dla wyznawców judaizmu. Prawdopodobnie w tym czasie tylko młodzież świadoma była zagrożenia, decydując się na konspirację i przygotowania do walki. Nie brakowało i takich, którzy trzeźwo oceniali szansę powstańczego zrywu i uznawali walkę za nonsens i najkrótszą drogę do grobu. Jak już mówiliśmy, 22 lipca rozpoczęto likwidację getta. Na kilka dni wcześniej wewnątrz obszaru zapanował grobowy nastrój. Żydzi spodziewali się zagrożenia. Niemcy podsycali pesymistyczne nastroje kolejnymi aresztowaniami. Mimo wszystko udało się im zmylić Żydów co do prawdziwych zamierzeń deportacji z getta. Pełnomocnik do spraw przesiedleń Hermann Hoefle zażądał od przewodniczącego Judenratu Adama Czerniakowa codziennych kontyngentów obejmujących 6000 ludzi. Żydom pozostawiono dowolność doboru. Wysiedleni mieli prawo do zabrania 15-kilogramowego bagażu, kosztowności i żywności na trzy dni, co sprawiało wrażenie przenosin do bardziej humanitarnych warunków. Czerniakow zdawał sobie sprawę z prawdziwych założeń akcji i w konsekwencji popełnił samobójstwo, nie godząc się na podobne postępowanie. Na miejsce wywózki przeznaczono plac przeładunkowy Umschlagplatz przy ul. Stawki. W późniejszym czasie władze Warszawy upamiętniły to miejsce pomnikiem. Kolejne transporty zmniejszały zaludnienie w Getcie Warszawskim, rozwiewając złudzenia nawet największych optymistów, którzy wciąż liczyli na oswobodzenie spod brutalnej hegemonii niemieckiej. Jerzy Śląski opisuje sytuację na Umschlagplatz słowami: "Ludzie nawołują się wzajemnie, ktoś krzyczy, żeby uciekać, bo wiozą ich nie do pracy, lecz na śmierć. Przed wagonami zamieszanie. Niektórzy nie chcą do nich wsiadać. Tłum poganiany pałkami gettowymi policjantów napiera. Atletycznie zbudowany mężczyzna w długich lśniących butach bije pejczem tak, że ci, których dosięgnie, padają. To były bokser Mieczysław Szmerling, oficer żydowskiej policji, komendant placu przeładunkowego. Niektórzy próbują pertraktować z policjantami, ściskając w rękach banknoty, biżuterię, złote dziesięciorublówki. Wrzeszczą Niemcy, ujadają ich psy. Jest 5 sierpnia 1942 roku".

Nie do końca wiadomo, co tak naprawdę było zamiarem Judenratów, które godziły się na współpracę z Niemcami. Działania, które podejmowali przywódcy żydowscy najczęściej nie sprzyjały ich narodowi, choć w mniemaniu Rad Żydowskich były jedyną drogą ratunku dla zagrożonej nacji. Akcja masowego mordowania Żydów opatrzona kryptonimem "Einsatz Reinhard" rozpoczęła się jeszcze w 1941 roku i trudno było nie zauważyć, iż naród żydowski szybko ulega eksterminacji niemieckiej. W samym okresie od 22 lipca do 21 września 1942 roku, jak szacują Marek Arczyński i Wiesław Balcerak ("Kryptonim Żegota"), 300 tys. mieszkańców warszawskiego getta zostało uśmierconych w Treblince. Zdumiewającym jest zatem fakt bezczynności Żydów w chwili ich zupełnej zagłady. Adolf Berman wyjaśniał to: "Uporczywie nie dopuszczano myśli, że hitleryzm dąży do zupełnego unicestwienia Żydów, że również Żydom w Warszawie grozi fizyczna zagłada. Nie wierzono, aby Niemcy mogli się zdobyć na wymordowanie blisko 400 000 ludzi". Jak się później okazało, liczba pomordowanych sięgnąć miała kilku milionów. Polityka niemiecka spotkała się z silnym odzewem ze strony działaczy polskich. Polacy zdali sobie bowiem sprawę z tego, że Żydzi w bardzo krótkim czasie mogą zostać wyniszczeni. I dlatego należało wyrzec się uprzedzeń i narosłych antagonizmów i podjąć się pracy na rzecz wspólnego dobra. "Biuletyn Informacyjny" Armii Krajowej przestrzegał i wzywał do udzielenia pomocy ukrywającym się Żydom. Kierownictwo Walki Podziemnej wydało w dniu 17 września 1942 roku oficjalną notę, w której oprotestowało, w imieniu narodu polskiego, zbrodnię dokonaną na Żydach. W praktyce system eksterminacji stosowany w Polsce był najostrzejszą formą represji, jakich dopuszczali się Niemcy w Europie. Okazało się jednak, iż obostrzenia i groźby pod adresem pomagających Żydom nie przyniosły wymiernego efektu. Właściwie na współpracę z okupantem decydowały się jednostki słabe bądź zdeprawowane, szukające zysku w cudzym nieszczęściu. Akcję pomocy zakrojoną na szeroką skalę prowadził chociażby Wydział Opieki i Zdrowia, umożliwiając Żydom ukrywanie się wśród ludności polskiej i zapewniając im niezbędne ku temu warunki. Polityka okupanta zmobilizowała także Polskie Podziemie. Szczególne zaangażowanie w niesienie pomocy Żydom wykazywały grupy lewicowe, a później powiązane z Polską Partią Robotniczą. Ogromnego wysiłku podjął się także obóz związany z Rządem RP na Emigracji. We wrześniu 1942 roku utworzony został Tymczasowy Komitet Pomocy Żydom działający przy Delegaturze Rządu na Kraj. Jego przewodniczącą została Zofia Kossak. Delegatura szybko postanowiła rozwinąć działalność, widząc, iż wróg przystępuje do ostatecznej likwidacji gett i obozów. Dlatego też jesienią trwały rozmowy inicjujące powstanie jednolitej organizacji pomocy ludności żydowskiej. Wreszcie w grudniu 1942 roku do życia powołana została Rada Pomocy Żydom opatrzona kryptonimem "Żegota". W jej skład weszły przedstawicielstwa ówczesnych najsilniejszych stronnictw politycznych Polskiego Podziemia, a przewodniczącym mianowano Juliana Grobelnego z PPS-WRN. Rada Pomocy Żydom działała w ścisłej konspiracji. Oczywiście, także w łonie "Żegoty" nie uniknięto aresztowań, ale były to najczęściej przypadkowe akcje zaborcy - łapanki uliczne czy akcje powiązane z działalnością członków RPŻ na polu politycznym. Działalność "Żegoty" opierała się na niesieniu ogólnej pomocy ludności żydowskiej - od opieki nad dziećmi i zapewnianiu im ochrony, poprzez dostarczanie fałszywych dokumentów czy zapasów broni do getta, aż po informowanie Zachodu o tragedii narodu żydowskiego, czemu alianci często nie dawali posłuchu, mimo alarmujących doniesień z różnych stron Europy. Rada powołała kilka referatów, które zajmowały się poszczególnymi zagadnieniami pomocy. I tak powstały referaty legalizacyjny, finansowy, mieszkaniowy, antyszantażowy, propagandowy, dziecięcy, do spraw prowincji a w późniejszym czasie także lekarski i odzieżowy. Warto przy tym wspomnieć, iż dzięki akcjom "Żegoty" wydano Żydom około 50-60 tys. fałszywych dokumentów. Oddział dziecięcy prowadzony przez Irenę Sendlerową miał pod opieką aż 2500 dzieci, które uratowano z warszawskiego getta. Ponadto współpracy z RPŻ podjęły się zakony marianów i urszulanek, wydające fałszywe metryki chrztu, a także organizacje działające w Polskim Podziemiu, jak chociażby Armia Krajowa, Armia Ludowa, Bataliony Chłopskie czy Bund, który aktywnie wspierał żydowski ruch oporu na ziemiach okupowanych. "Żegota" uzyskiwała także silne wsparcie finansowe, które rosło wprost proporcjonalnie do jej rozwoju i długości działania. Szacuje się, iż latem 1944 roku kierownictwo RPŻ miało do dyspozycji aż 4 mln złotych miesięcznie, co w dużej mierze zawdzięczało pieniądzom przysyłanym zza granicy. Warto też przyjrzeć się dokładniej innej organizacji powstałej w okupowanej Polsce. Żydowska Organizacja Bojowa, bo o niej mowa, utworzona została 28 lipca 1942 roku na terenie Getta Warszawskiego jako próba zbrojnego oporu Żydów więzionych w tej odizolowanej dzielnicy. W skład oddziałów bojowych ŻOB weszły najbardziej liczące się ugrupowania żydowskie, a dowódcą został Mordechaj Anielewicz z Haszomer Hacair. Obok warszawskiego oddziału ŻOB posiadała także organy w innych miastach Generalnego Gubernatorstwa. Dzięki pomocy Polskiego Podziemia Żydzi zdobywali niezbędną broń oraz amunicję przemycaną na teren getta przez żołnierzy Armii Krajowej i Gwardii Ludowej. W tym względzie zarówno obóz londyński, jak i związany z Moskwą uznały ŻOB jako legalną zbrojną organizację żydowską. ŻOB prężnie działała za murami getta, mimo ograniczonych możliwości. Prowadzono budowę bunkrów obronnych, zdobywano broń, przeprowadzano także akcje likwidacyjne konfidentów i kolaborantów. Obok ŻOB na terenie getta działał także Żydowski Związek Wojskowy utworzony przez byłych oficerów Wojska Polskiego żydowskiego pochodzenia jeszcze w listopadzie 1939 roku. ŻZW prowadził współpracę z Polskim Podziemiem, de facto podlegając Związkowi Walki Zbrojnej, a później Armii Krajowej. Tuz przed wybuchem powstania w getcie nawiązano współpracę z Żydowską Organizacją Bojową, dokonując podziału stref obronnych i ustalając taktykę współdziałania. Dowódcą ŻZW był prawdopodobnie Dawid Wdowiński, jednak dużą rolę odgrywał w nim również Mieczysław Apfelbaum. Szacuje się, iż w przeddzień wybuchu powstania w getcie liczebność bojowników ŻZW sięgała ponad 500 ludzi, jednakże niewykluczone jest także silne wsparcie ochotnicze, które podniosło stan osobowy organizacji do blisko 1500 żołnierzy. Ich uzbrojenie pozostawiało wiele do życzenia. Posiadali oni, według prawdopodobnych danych, 3 ciężkie karabiny maszynowe, 4 RKM-y i 1 LKM, a także 150 pistoletów i około 1000 granatów. ŻOB dysponowała w tym czasie 500 ludźmi, na których przypadało około 500 sztuk pistoletów, każdy z 10-15 nabojami. Dodatkowo mieli oni do dyspozycji ponad 2000 granatów ręcznych, z których część pochodziła z produkcji "domowej". Mieli również 2000 butelek zapalających, także własnej produkcji. Żydowska Organizacja Bojowa podzieliła getto na trzy sektory, w których zamierzała nawiązać kontakt bojowy z nieprzyjacielem. Rzeczywistość zweryfikowała zamiary bojowników, a getto ostatecznie podzielono na dwa rejony operowania ŻOB i ŻZW. W ostatnich miesiącach przed zrywem bojowym niezwykle ważną operacją było dostarczenie zapasów broni. Poczesne miejsce w tej akcji zajmuje Armia Krajowa, która zgodziła się współpracować z Żydami, nierzadko narażając na szwank życie własnych żołnierzy. Jesienią rozpoczęto szeroko zakrojoną, na miarę możliwości, operacją przerzutową. Punktem przerzutowym było mieszkanie przy Krakowskim Przedmieściu 4 m. 11, skąd wysyłano za mury spore ilości broni. Za operację odpowiedzialność wziął Korpus Bezpieczeństwa działający w ramach AK. 18 stycznia 1943 roku, w chwili wzmożenia represji niemieckich w Warszawie (i ostrej łapanki na terenie getta) ŻOB chwyciła za broń, wzywając do walki mieszkańców enklawy. "Żydzi! Okupant przystępuje do drugiego aktu naszej zagłady. Nie idźcie bezwolnie na śmierć... Brońcie się... W walce macie możliwość ratunku... Walczcie...". Ten dramatyczny apel nie pozostał bez odzewu. Gdy Niemcy wkroczyli do getta, napotkali silny opór, co zmusiło ich do zaniechania planów. Do kolejnej tego typu akcji, tym razem ostatecznej, okupant przystąpił niemalże dokładnie w trzy miesiące później.

19 kwietnia 1943 roku wybuchło powstanie w Getcie Warszawskim. Żydzi zdawali sobie sprawę, iż ostateczny akt likwidacji getta nastąpi właśnie w tym dniu, dlatego postanowili przygotować się do odparcia Niemców. Choć wiedzieli, iż ich siły są mizerne w porównaniu z tym, czym dysponował przeciwnik, stanęli do nierównej walki. Jej los był z góry przesądzony. Hitlerowcy ruszyli do natarcia w poniedziałek. Nazajutrz wypadało żydowskie święto Pesach, które judaiści obchodzili z wielkim uniesieniem. Tradycyjne przygotowania prowadzono pomimo mobilizacji do walki. Wielu z tych, którzy szykowali się do obchodów, nie doczekało pełni księżyca tradycyjnie wiązanej ze świętem. W tradycji żydowskiej trwa ono siedem dni w Izraelu, poza jego granicami osiem. Pierwszy wieczór to tzw. Pascha, najbardziej wzniosły moment religijnego życia Żydów. Stąd też porównania do chrześcijańskiej uroczystości Wielkanocy. Choć nie zapomniano o święcie, nastroje panujące w getcie określić należy jako bojowe. Na dowódcę przyszłych walk wyznaczono Mordechaja Anielewicza. Młody Żyd wykazywał się szczególną ambicją i zabiegał o zaszczytne stanowisko. Miał ku temu predyspozycje, choć w walce był niedoświadczony. Marek Edelman wspomina, iż mianowano go dowódcą na własną prośbę. Tymczasem na teren getta wkroczyli Niemcy. Oddziały hitlerowskie liczyły blisko 3000 żołnierzy sformowanych z jednostek SS, "Schupo", "Sipo" oraz artylerii i saperów Wehrmachtu wspomaganych dodatkowo przez 367 granatowych policjantów i 337 faszystów w Łotwy i Ukrainy). Siłom tym ŻOB i ŻZW mogły przeciwstawić 1100 zorganizowanych żołnierzy. W getcie znajdowało się wówczas blisko 65 000 ludzi. Ich mentalność zmieniła się w ciągu tych paru miesięcy. Teraz nie chcieli już umierać zapomniani i anonimowi, zapragnęli walczyć. 19 kwietnia nad gettem powiewały sztandary wywieszone przez Żydów, a dowództwo ŻOB w odezwie z 23 kwietnia zapowiadało walkę na śmierć i życie oraz wzywało do podjęcia wysiłku tych, którzy jeszcze nie zaangażowali się w starcia. Dwie kolumny, które wkroczyły do getta o 6.00 rano przywitał ogień z okien domów rozmieszczonych przy Nalewkach. To zmusiło zaskoczonych Niemców do wycofania się. Do walki podciągnęli oni lekkie czołgi, ale i te zatrzymali bojownicy, którzy obrzucili nadciągające jednostki granatami i butelkami zapalającymi. Dowództwo nad akcją objął teraz gen. major Jürgen Stroop. "Grossaktion in Warschau" była jego największym do tej pory wyznaczonym zadaniem. W SS służył od 1 lipca 1932 roku, dochodząc do rangi SS-Gruppenführera. W roku przystąpienia do Schutzstaffel wstąpił też do NSDAP. W swojej karierze wielokrotnie wykazywał się bestialstwem, co docenili jego przełożeni, nakazując mu prowadzenie akcji antypartyzanckich na Ukrainie, a wcześniej przeprowadzenie represji w Poznaniu i kilku innych podbitych polskich miastach. Od kwietnia 1943 roku zajmował się deportacją Żydów do Treblinki. Podczas likwidacji Getta Warszawskiego Stroop prowadził dziennik-raport, który później stał się jednym z ważniejszych dowodów podczas Procesu przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdzes. Wyprzedzając może nieco bieg wypadków, musimy opowiedzieć o jego powojennych losach. 8 maja 1945 roku został zatrzymany przez Amerykanów i pociągnięty do odpowiedzialności za zbrodnie wojenne. Wprawdzie Amerykanie skazali go na śmierć, jednak na wniosek rządu Polski Ludowej, przekazali go Polakom, którzy ponownie niemieckiego generała osądzili. Co ciekawe, Stroop w 1949 roku został umieszczono w jednej celi z Kazimierzem Moczarskim, byłym żołnierzem Armii Krajowej. Niemiec opowiedział współwięźniowi historię swojego życia, ze szczególnym uwzględnieniem "Grossaktion in Warschau", co stało się później kanwą książki Moczarskiego zatytułowanej "Rozmowy z katem". Wróćmy zatem do powstania w getcie i oddajmy na chwilę głos katowi Warszawy, Jürgenowi Stroopowi:

"Podczas wtargnięcia po raz pierwszy do getta udało się Żydom i polskim bandytom przez zaatakowanie przygotowanym zawczasu ogniem odeprzeć rzucone do walki siły łącznie z czołgami i samochodami pancernymi. Przy drugim natarciu, około godz. 8, rzuciłem przez wyznaczone szlaki siły podzielone na małe grupy w celu przetrząśnięcia całego getta. Mimo ponownego zaatakowania ogniem udało się teraz systematycznie przeszukać całe kompleksy budynków. Przeciwnik został zmuszony do wycofania się z dachów i wyżej położonych punktów oporu do piwnic, bunkrów i kanałów. Ażeby przeszkodzić ucieczce do kanałów, sieć kanalizacyjna pod żydowską dzielnicą mieszkaniową została niezwłocznie zalana wodą, co jednak okazało się przeważnie iluzoryczne na wskutek wysadzenia przez Żydów w powietrze zaworów. Wieczorem pierwszego dnia napotkano większy opór, który jednak specjalnej jednostce bojowej udało się prędko złamać. W toku dalszej akcji udało się wyprzeć Żydów z urządzonych przez nich gniazd oporu, kryjówek strzeleckich itp. i w ciągu 20 i 21 kwietnia tak opanować większą część tzw. reszty getta, że nie mogło już być mowy o znaczniejszym oporze na terenie tego kompleksu budynków.
Główna grupa bojowa Żydów, przemieszana z polskimi bandytami, wycofała się już w ciągu pierwszego czy też drugiego dnia na tzw. plac Muranowski. Tam została zasilona przez większą liczbę polskich bandytów. Planem jej było utrzymanie się wszelkimi sposobami w getcie, ażeby przeszkodzić wtargnięciu z naszej strony. Na jednym z betonowych budynków wywieszono flagi żydowską i polską jako wezwanie do walki przeciwko nam".
Pierwszego dnia walk po południu burza rozpętała się w pobliżu Muranowskiej. ŻZW doskonale wykorzystała warunki tego miejsca, dziesiątkując nacierających Niemców i niszcząc czołg. Z kolei wieczorem polskim saperom udało się zrobić wyłom przy Bonifraterskiej i zasilić szeregi walczących. Następnego dnia Niemcy ponownie wkraczają na teren getta. Udaje im się zlikwidować 9 broniących się zaciekle bunkrów. Kolejni Żydzi zostają pojmani. Wysokie straty niemieckie wymusiły na nich zmianę taktyki. W kolejnych dniach koncentrują się oni na podpalaniu poszczególnych domów. Spalani żywcem Żydzi niejednokrotnie decydują się na samobójczą śmierć. 22 kwietnia zaciekła batalia toczy się o ulicę Muranowską i Miłą. Następnego dnia wydana zostaje wspominana już przez nas odezwa dowództwa żydowskiego: "Toczy się walka o Waszą i naszą wolność. O Wasz i nasz – ludzki, społeczny i narodowy – honor i godność. Pomścimy zbrodnie Oświęcimia, Treblinki, Bełżca, Majdanka. Niech żyje braterstwo broni i krwi walczącej Polski!". Z kolei Stroop dzieli swoje oddziały i decyduje się na odcięcie dopływu energii elektrycznej. Popołudniowy atak Niemców nie przynosi spodziewanego efektu, czego przyczyną jest szaleńczy opór bojowników żydowskich. Rankiem następnego dnia natarcie jest kontynuowane, a obrońcy już niemal w całości gromadzą się w pobudowanych przezornie bunkrach. 27 kwietnia Stroop wspomina jako bardzo pracowity. Na uwagę zasługuje bohaterski czyn Dawida Hochberga, który własnym ciałem osłonił bunkier, aby umożliwić przedostanie się pozostałym bojownikom pod huraganowym ogniem Niemców. Polska prasa, "Dzień Warszawy" nr 44, informuje:
"Wielkie szopy Tebensa, zatrudniające około 10 tysięcy ludzi, poddały się. Poddali się również pracownicy Werterfassung. Niemcy obiecali im, że zostaną przewiezieni do obozów w Trawnikach i w Poniatowie. Według otrzymanych przez nas informacji, z około 20 tysięcy wywiezionych do Lublina Żydów, zaledwie mała garstka doczekała się spełnienia niemieckiej obietnicy.
Wczoraj zaatakowali Niemcy szop Hoffmana [ul. Nowolipki 51a]. Najdzielniej bronią się szczotkarze w palącym się od kilku dni gmachu.
W płonącym ghetto rozgrywają się dantejskie sceny. Matki wyrzucają dzieci z okien palących się domów. Nie ma gdzie uciec z ognia, chyba tylko pod kule wroga. Straszliwy swąd palących się ciał opada jak zmora na całe miasto. Nocą rozpalają się nad Warszawą krwawe łuny..."
Od 1 maja trwają walki o bunkier przy ul. Franciszkańskiej 30, gdzie do 3 maja Niemcom udaje się zdobyć żydowskie magazyny żywnościowe. Wciąż trwają systematyczne przeszukiwania kolejnych sektorów getta połączone z podpalaniem. Prasa polska cały czas donosi o zaciętym boju w Getcie Warszawskim. 5 maja odzywa się także obóz londyński. Premier Władysław Sikorski w kolejnej już audycji radiowej wzywa Polaków do udzielenia jak największej pomocy walczącym Żydom. Dzień później Niemcy przystępują do niszczenia Wielkiej Synagogi na ul. Tłomackie. Bojownicy zaczynają wątpić w sens dalszego oporu. Oczekują wsparcia z aryjskiej strefy Warszawy. Część decyduje się na próbę przebicia kanałami. Niektórym się udaje, inni czynią to bezskutecznie. Nadchodzi 8 maja. Niemcy decydują się na zlikwidowanie bunkra przy Miłej 18, gdzie znajduje się dowództwo Żydowskiej Organizacji Bojowej. Wobec niemożności ucieczki Mordechaj Anielewicz i kilku innych bojowników popełniają samobójstwo. Części jednak udaje się wydostać z bunkra i dotrzeć na ul. Franciszkańską. W następnych dniach opór wygasa. Ostatni żołnierze próbują dramatycznego przebicia się z getta na stronę aryjską. 9 maja 40 ludziom udaje się ta sztuka i wkrótce znajdują schronienie u żołnierzy Armii Krajowej. 13 maja dramat rozgrywa się w Londynie. Przedstawiciel Bundu Szmul Zygielbojm dokonuje samospalenia na znak protestu przeciwko likwidacji getta. W środku pozostawił rodzinę. Wcześniej pisze list do przedstawicieli władz polskich na uchodźstwie. 16 maja rozgrywa się ostatni akt dramatu. Niemcy wysadzają w powietrze Wielką Synagogę, co symbolicznie daje kres zbrojnemu zrywowi ludności żydowskiej w getcie. Jürgen Stroop po raz kolejny raportuje (co ciekawe, jego raport ozdobiony jest bogato zdjęciami): "Postanowiłem zakończyć Grossaktion 16 maja 1943 r. o godzinie 20 minut 15. Piękną klamrą oficjalnego zamknięcia Wielkiej Akcji było wysadzenie w powietrze Wielkiej Synagogi przy ulicy Tłomackie". W jego raporcie czytamy także o stratach, jakie szacunkowo miały ponieść obie strony. Stroop podawał w raporcie przesłanym do Heinricha Himmlera, iż zginęło 13 000 Żydów. Pisał także o ujęciu dalszych 49 000. Wśród strat własnych generał major wymienia 16 zabitych i 87 rannych. Wiemy jednak, iż dane te zostały mocno zaniżone, ponieważ w rzeczywistości Żydom i Polakom udało się zabić lub ranić nawet do 300 ludzi, choć sami szacowali sukcesy na znacznie wyższe. Ponadto wojska hitlerowskie utraciły jeden czołg i dwa samochody pancerne. Getto przestało istnieć...

Wielokrotnie o sytuacji na ziemiach polskich informowani byli dyplomaci zachodni. Nie mieli oni jednak możliwości interwencji zbrojnej na ziemiach polskich. Wiązało się to z nieciekawą sytuacją na froncie, jaka zaistniała w latach 1941-43. Siły III Rzeszy wciąż górowały nad alianckimi, co powodowało, iż niemożliwym było zmuszenie Niemców do czegokolwiek natarciem na froncie. Sprzymierzonym pozostawała zatem droga dyplomatyczna. Referaty informacyjne i propagandowe polskich organizacji podziemnych wielokrotnie wysyłały sygnały za pośrednictwem Londynu. 3 maja 1941 roku Rząd Polski na Emigracji wystosował specjalną notę do sojuszników zachodnich, w której określono rozmiar zbrodni niemieckich na polskich ziemiach. Szczególne miejsce w tym referacie zajęła sprawa żydowska, a dokumenty przetłumaczono na kilka języków, aby ułatwić komunikację. Niestety, nie dotarto do sumień polityków angielskich, którzy nie zdecydowali się na przeprowadzenie operacji odwetowej. Strona polska sugerowała nawet użycie sił bombowych RAF-u w celu dokonania nalotów na szereg celów zarówno w Niemczech, jak i krajach okupowanych, jednak alianci nie chcieli przystać na taką ewentualność, tłumacząc to czynem niegodnym dla alianckich sił powietrznych. Kontrowersje wokół tematu nalotów odwetowych trwały od początku wojny. Brytyjczycy wielokrotnie wykazywali się w tym temacie przesadną słabością, początkowo nie dostrzegając nawet szansy odwetu za bestialskie bombardowania Londynu czy Coventry. 9 czerwca 1942 roku na antenie radia BBC premier Władysław Sikorski wezwał aliantów do pociągnięcia do odpowiedzialności zbrodniarzy hitlerowskich. Jego apel nie miał jednak siły przebicia. Podobnie rzecz się miała z notami wicepremiera Stanisława Mikołajczyka, który 27 listopada tego samego roku zauważył ogrom problemów okupowanej ojczyzny, ze szczególnym zwróceniem uwagi na kwestię mordowania ludności żydowskiej i polskiej. Zaprzeczył także doniesieniom, jakoby naród polski współpracował w tym celu (likwidacji Żydów ) z Niemcami. Wreszcie, 17 grudnia 1942 roku, Narody Zjednoczone zareagowały na niepokojące wieści z kontynentalnej części Europy. W specjalnej nocie przywódcy Wielkiej Brytanii, USA i ZSRR wyrazili oburzenie polityką niemiecką (paradoksalnie w Związku Sowieckim eksterminacja była porównywalna). Stwierdzono także: "Raz jeszcze uroczyście stwierdzają [Narody Zjednoczone], iż odpowiedzialni za te zbrodnie nie ujdą kary, i zwracają się o podjęcie środków prowadzących do praktycznej realizacji tego celu". Interweniował także wysłannik Polskiego Podziemia Jan Karski, który przed wyjazdem z Warszawy do Londynu spotkał się z przedstawicielami żydowskiego podziemia, w tym przywódcą Bundu. Ogółem jednak zachodnie noty, protesty i dokumenty miały niewielkie znaczenie. Oprócz wymowy moralnej tak naprawdę niczego nie zmieniały w statusie Żydów przebywających pod okupacją niemiecką. Bestialska brunatna okupacja trwała nadal w najlepsze i nie było tego w stanie zmienić żadne niemrawe memorandum Narodów Zjednoczonych. Dlatego też, widząc, iż śmierć milionów Żydów może zostać zapomniana, organizacje podziemne zdecydowały się na szaleńczy zryw, którego punktem kulminacyjnym było powstanie w Getcie Warszawskim. Opór zbrojny Żydów wbudził zainteresowanie całego świata, ale i za tym nie poszły adekwatne do czynu ludności żydowskiej kroki. USA i Wielka Brytania po raz kolejny zdobyły się zaledwie na noty, a samoloty sowieckie podczas strategicznych bombardowań omijały teren getta. Prasa polska, raportująca na bieżąco o wynikach walki w getcie, musiała zdobyć się na smutne podsumowanie akcji. W dniu 20 maja 1943 roku czytelnicy "Gwardzisty" mogli dowiedzieć się chociażby:
"Bohaterscy bojownicy z ghetta warszawskiego przejdą do historii walk wyzwoleńczych jako przykład nieustraszonej odwagi i męstwa".

Miał rację biuletyn wydawany przez Gwardię Ludową. Żydzi walczący w getcie faktycznie przeszli do historii, a dzisiaj ich wysiłek pozostaje jedną z najpiękniejszych i najbardziej bohaterskich kart tego narodu. Umęczonego, jak żaden inny w trakcie sześciu lat trwania II wojny światowej.